Spacer po Gliwicach wieczorową porą

3 KOMENTARZE

  1. Witom przi szlustydniu

    Piyknie opowiedziane i je bazom do tysionca inkszych berow o Glywicach, jak np to o tym Kos’ciele S’wiyntyj Barbary = mozno kedys’ Pan Marian opowiy i o starym kos’ciouku …, kerego s’lad outarza jeszcze tam jest przeca;)

    „Pewnej niedzieli po godzinie jedenastej wracałem z wesołej wieczornej biesiady do domu. Moja droga prowadziła przez cmentarz. Przypadkowo moje spojrzenie padło na stary, czarny kościół św. Barbary. W środku paliło się światło. Byłem zaskoczony i pomyślałem najpierw, że to złudzenie. Ale im dłużej mój wzrok przykuwały długie, wysokie okna, tym wyraźniej spostrzegałem osobliwą jasność w pobliżu ołtarza. Być może – pomyślałem – z drugiej strony kościoła, w jednym przylegających do cmentarza domów, pali się jasne światło, którego blask przedostaje się przez kościelne okna. Obszedłem kościół z drugiej strony. W stojących tu domach oświetlone było tylko jedno jedyne okno. Mieszkańcy spokojnie już spali. Były w takim razie tylko dwie możliwości: albo kościelny miał jeszcze coś do załatwienia w kościele, co było ale raczej mało prawdopodobne, bo co miałby on tu jeszcze do roboty w środku nocy, albo w Domu Bożym grasował kościelny rabuś. O jakimś zjawisku nadprzyrodzonym moja dusza nie pomyślała. Kościół był zbudowany na planie krzyża. Z przodu pod wieżą było wejście główne; dwoje innych drzwi znajdowało się na bocznych ramionach krzyża, a z tyłu, na jego zwieńczeniu stał ołtarz. Cichym krokiem zbliżyłem się kolejno do wszystkich trojga drzwi i sprawdziłem z największą ostrożnością, czy jedne z nich nie były otwarte; ale wszystkie były starannie zamknięte. Wszystkie okna były nieuszkodzone i pozamykane, a poza tym parapety znajdowały się tak wysoko, że bez jakiejś drabiny, której nigdzie nie było widać, nikt mógłby się tam wspiąć. A więc w kościele nie mógł być ani kościelny, ani złodziej. Nasłuchwiałem przez dziurki od klucza. Nie słychać było żadnych odgłosów, żadnych kroków, żadnego ruchu. Było cicho jak w grobowcu.
    Oświetlenie okolicy ołtarza było słabe i pozostawało niezmienne. Gdyby była to świątynia katolicka, wziąłbym ten słaby blask za poświatę wiecznej lampki. Ale że tak nie było, nie potrafiłem tej zagadki rozwiązać. Przez to skradanie się, nasłuchiwanie, cichy oddech, wydałem się samemu sobie niesamowitym. Niepostrzeżenie tknęło mnie jakieś niejasne przeczucie sił nadprzyrodzonych. W kościele znajdowało się wiele krypt grobowych największych rodzin miasta. Dopiero co pochowano tu młodą hrabinę, która spała spokojnym snem wieczności w pobliżu ołtarza. Zimny dreszcz przeszedł mi po skórze.
    Nie mogłem pozostawić tej sprawy bez zbadania; ale sam nie potrafiłem nic zrobić. Tylko we wnętrzu kościoła trzeba było szukać rozwiązania, a do tego potrzebowałem kluczy. Kościelny mieszkał na przeciwko kościoła. Starając się nie czynić hałasu, zastukałem do niego, by wyszedł na zewnątrz. Z obawy, że jasność mogłaby w międzyczasie zniknąć, oczy miałem cały czas skierowane w kierunku ołtarza. W końcu kościelny wychylił z okna swoją głowę w szlafmycy. Opowiedziałem mu cicho, co zobaczyłem; skierowałem jego wzrok na kościół. Kiedy spostrzegł światło, przestraszył się. Otworzył mi drzwi, wpuścił do środka, zaświecił i wysłuchał mojej opowieści o tym, co widziałem i zauważyłem. „Drogi Panie” – rozpoczął wtedy – „pozostańmy w takim razie stamtąd z daleka! Tam się dzieje coś, czego my dwaj nie możemy pokonać. Z pewnością są to sprawki świata umarłych”. „Żarty, Panie kościelny, jak Pan może – taki rozsądny człowiek – wierzyć w takie głupstwa!” „To nie żarty, drogi Panie, jestem starym człowiekiem i wiem, co się dzieje w moim kościele, tego może być Pan pewny. Teraz to wiem.” Zastanowił się chwilę i potem zamruczał do siebie: „Na Boga, to dotknie wszystkiego, dokładnie wszystkiego!” „Co Pan takiego wie ? Co dotknie wszystkiego ?” spytałem podenerwowany jeszcze jego urywanymi wypowiedziami i zatrwożonym spojrzeniem na kościół, gdzie wciąż widoczna była zagadkowa jasność. „Do kościoła prowadzi głębokie przejście podziemne. Za ołtarzem był normalnie jego koniec. Na długo przed moim tu przyjściem tunel ten został zasypany, ale – wie Pan przecież, że w ubiegły piątek pochowano w kościele młodą hrabinę.” „Tak ! No i co ?” „Przed stu laty zmarła młoda hrabina z tej samej rodziny. To była hrabina Jadwiga, leży pod miedzianą płytą koło chrzcielnicy.” „Wiem, wiem, i co?” „W kościele palił się całe trzy noce, cichy,
    święty ogień. Nikt go gasić nie chciał i nikt nie potrafił. Krótko przed śmiercią mojego świętej pamięci poprzednika, to jest przed czterdziestu pięciu laty, zmarła hrabina Erdmuthe z tego samego rodu, osiem dni przed jej ślubem. Czarny monument z marmuru pod kaplicą hrabiowską wskazuje miejsce jej grobu.” „No i ?” „A więc, w kościele paliło się przez trzy noce, widziało to setki ludzi, a mój poprzednik znalazł przez to śmierć” „Śmierć ?” „Śmierć ! No tak jak Panu mówię. W jaki sposób, nigdy nie opowiedział, ale mogę tysiąckrotnie przysięgać, że to prawda. Teraz, kiedy młoda hrabina ledwie co leży w ziemi, pali się znowu. Co Pan o tym sądzi ? Mam sobie też sprowadzić śmierć ? Nie ! Niech Pan pozwoli tej biednej młodej hrabinie odpoczywać pokoju. Boże, bądź łaskawy dla jej młodej duszy !”
    Przez swoją wyszeptaną opowieść człowiek ten zachwiał moją wiarą. Światło w kościele ciągle się paliło. Było mi niezbyt przyjemnie. „A to podziemne przejście, o którym Pan przedtem mówił, co ono ma z tą sprawą wspólnego?” „Jak się mówiło, prowadziło ono mrocznymi zakolami około sześciu metrów pod ziemią do hrabiowskiego pałacu.” „No to Panie kościelny, jesteśmy blisko rozwiązania. Być może członkowie hrabiowskiego rodu związani są jakimś starym rodzinnym prawem nakazującym, by każdej hrabiowskiej dziewicy, którą z ich kręgu zabrała śmierć, trzy noce z rzędu składać przy grobie cichą pośmiertną ofiarę ? Albo – przypomina Pan sobie, że hrabina Matylda była w trumnie odziana w białą, bogato haftowaną srebrem szatę, że na palcu jej prawej ręki błyskał pierścień z diamentem a we włosach małe klejnoty ? Może ludzie żądni rabunku wykorzystali podziemne przejście…” „Po pierwsze nie potrzeba by na to trzech nocy, a poza tym, co najważniejsze, drogi przyjcielu, zapomina Pan, że tunel jest zasypany, a opuszczane drzwi zamurowane.” „Jest Pan tego pewny, całkowicie pewny ?” „Zasypanie !” odparł powoli i teraz sam zaciekawiony „Zasypania nie jestem całkowicie pewien. Powiedziano mi tylko o tym, ale że drzwi są zamurowane, to jest fakt. Sam Pan przecież po przyjmowaniu komunii odchodził za ołtarz i z pewnością nie zauważył tam żadnych drzwi. Po dużych wyłożonych płytach można jeszcze teraz rozpoznać miejsce, gdzie się te drzwi znajdowały.” „W porządku, ale czy jest możliwe, żeby z tego podziemnego przejścia dostać się inną drogą do kościoła?” Tak żebym ja tego nie zauważył ? Nie, drogi Panie, to niemożliwe !” „Całe to pomieszczenie przed ołtarzem to przecież jeden wielki grobowiec ! Z wierzchu leżą płyta przy płycie, jedna cynowa, druga miedziana, a na dole stoją trumny. Jak łatwo jest z podziemnego tunelu się do tego wielkiego grobowca przedostać, jak łatwo jest wówczas jedna z takich płyt podnieść od dołu !” „Tak, na moją biedną duszę, Panie, to byłoby możliwe !” „Więc tak to jest ! Chodźmy proszę do kościoła; za piętnaście minut mamy pełne wyjaśnienie !” „My ! Do kościoła? Teraz ? Nie, za Boga. Mamy przecież już wyjaśnienie. Wszystko jest już jasne !” „Co takiego ?” „No wyjaśnienie” „Wyjaśnienie ? A co Pan takiego wyjaśnił?” „No że światło, hrabina Matylda i podziemny tunel, to wszystko się ze sobą łączy, jest naturalnie ze sobą powiązane” „Ja tego tak jasno jeszcze nie widzę. Obaj nie wiemy właściwie nic, poza tym, że w kościele pali się światło. Wszystko inne to czyste przypuszczenia. Jest Pan mądrym, kochanym człowiekiem; niech Pan nie zatrzymuje się w pół drogi”
    „Mój poprzednik zmarł przez tą historię. Jego poprzednik może też. Kto to wie ? Nie mam najmniejszej ochoty przez harbinę Mytyldę gryźć ziemię. Nie wtykam nosa w nie swoje sprawy.” „Nie swoje sprawy? Panie ! Przecież to jest Pana sprawa ! Kościół św. Barbary został Panu powierzony. Co by Panu powiedział przewodniczący kolegium kościelnego, gdybym mu jutro opowiedział, że nie chciał Pan ze mną pójść ? Wzywam Pana, aby pomny złożonej przysięgi służbowej, poszedł Pan ze mną.” „Sam nie pójdę,” odrzekł niepewnie i ponuro kościelny; „Weźmy ze sobą przynajmniej Mathesena.” „Kto to jest Methesen?” „Nazywa się Mathes; jest moim posługaczem” Byłem zadowolony z tej propozycji. Mężczyzna ten spał jak zabity; w końcu potrząsając nim dobudzilśmy go. Kościelny krzyknął mu do ucha: „W św. Barbarze się pali ! Świętej pamięci hrabina Matylda straszy ! Przejście podziemne jest przebite a płyty nagrobne odsunięte !” Ten przerażony wyskoczył z łóżka obiema nogami naraz. W pierwszym oszołomieniu zamiast do spodni wsunął nogi do rękawów swego kaftana, i myślał, że to przez czary nie może sobie poradzić ze swoim ubraniem. W końcu przyszedł stopniowo do siebie, a kiedy usłyszał, że płomień w św. Barbarze zmniejeszył się już tylko do blasku słabego światła, opowiedział, że zauważył to coś już wczoraj i przedwczoraj wieczorem.
    Dzisiaj była to więc trzecia, i jeśli wierzyć relacjom kościelnego, ostatnia noc. Na zegarze zbliżała się dwunasta; wtedy kończą się zwykle wszelkie tego rodzaju nocne zjawiska. Musieliśmy się więc pospieszyć, jeśli nie chcieliśmy przyjść za późno. Mathes był rozsądnym człowiekiem ! Powiedział, że przede wszystkim musimy mieć światło. Bo czy to złodzieje, czy duchy panoszą się w św. Barbarze, światła nie znoszą i jedni i drudzy. Dlatego zabrał latarnię, a każdy z nas dostał do ręki świeczkę ołtarzową. Te paliły się jaśniej niż zwykłe, bo były to mocne świece woskowe; ponadto, według Mathesa, lampka ołtarzowa stanowiła niejako zabezpieczenie przed wszelkimi pokusami szatana i jego kompanów. Zresztą Mathes miał pokaźną pałkę, mnie wyposażył w krótką trzcinkę, a kościelny, ze strachem sercu, pochwycił długą linijkę. Tak uzbrojeni przystąpiliśmy do naszego nocnego rozpoznania.

    Spokojne zachowanie Matehsa dodało mi otuchy, a kościelnemu, jak się zdało, trochę kurażu dodało kolegium kościelne, które wciąż jeszcze miał przed oczami. Nasz plan operacyjny opracował Mathes. Przez główne drzwi z przodu, pod wieżą, mieliśmy zamiar wejść do środka. Wtedy mielibyśmy przed nami całą długość kościoła, dzięki czemu zyskalibyśmy na czasie, by po przyjrzeniu się z dużej odległości oświetlonej okolicy ołtarza, omówić dalszy sposób postępowania. Mathes chciał z latarnią stanąć na posterunku przy drzwiach kościelnych, aby zabezpieczyć nam naszą wyśmienitą broń, jaką było światło. My dwaj mieliśmy wtedy zapalić nasze lampki i pójść głównym przejściem w środku kościoła w kierunku ołtarza. W środku, niedaleko chrzcielnicy, kościelny miał się zatrzymać; ja za to miałem wtedy pójść naprzód by zbadać ołtarz i jego otoczenie. Tak wyglądał plan Mathesa. Mathes miał dosyć znaczne umiejętności strategiczne. Mnie wysłał na czoło; miałem stanowić straż przednią. Kościelny był jednostką główną, a sam Mathes tworzył odwód. Gdyby linie pierwszej i drugiej armii zostały pobite i zmuszone do odwrotu, Mathes był pierwszym, który mógł dać drapaka; mógł zrobić tylko jeden krok przez próg kościelnych drzwi, i już był na zewnątrz.
    Mnie tymczasem szło podobnie, jak niektórym generałom – zaaprobowałem plan bitwy, ponieważ nie potrafiłem się w nim całkiem rozeznać; na miejscu – pomyślałem – okaże się cała reszta. Kościelny był ostrożniejszy. Wyznaczył miejsce zbiórki obok drzwi kościelnych, na wypadek, gdybyśmy musieli zwiewać. Ale Mathes, który przez bojaźliwość swego Pana nabrał odwagi, by sobie z niego pożartować, uważał, że o ucieczce wcale nie musi być mowy. „Główna jednostka” wciągnęła sobie szlafmycę mocniej na uszy i mruknęła przez zęby:”Tobie dobrze mówić, ty stoisz przy kościelnych drzwiach”. Zaproponowałem jeszcze jeden wojenny manewr: wydałem rozkaz dzienny, by w razie, gdy ktoś z nas krzyknie, dwaj pozostali również zaczęli od razu z całych sił krzyczeć. W przypadku bezposredniego spotkania jednego z nas z przeciwnikiem, musiałby się on wtedy obawiać większej ilości niewidocznych sił po naszej stronie. Z tymi uzgodnieniami podeszliśmy na palcach do wieży. Kościelny wsunął wolno klucz do zamka. W tym samym momencie zegar na wieży wybił kwadrans przed dwunastą. Zgrzyt wielkich kół zębatych zegara, ruch młotka, trzy głuche uderzenia, ich brzmienie zanikające w ciemnej nocy – obleciał mnie strach, przestrzeń wokół jakby się zacieśniała. Ciężko oddychałem. Moi towarzysze, niemniej przejęci tymi trzema nieszczęsnymi uderzeniami, nie odezwali się jednym słowem. W niemym oczekiwaniu weszliśmy cicho do kościoła.
    Teraz staliśmy pomiędzy kościelnymi drzwiami a drewnianą przegrodą, którą dla zapobieżenia przeciągom zakładano zwykle w dużych kościołach, a która tutaj wyposażona była w przesuwne drzwi. Kościelny i ja zapaliliśmy nasz lampki. Od dowodzącego, zgodnie z sensem tego słowa, należało oczekiwać niezłomności. Bywają jednak przykłady, że określenie to jest nietrafione. Tego właśnie musiałem się obawiać w przypadku moich obu dowódców. Jeżeli obaj by zwiali, byłem stracony. Musieli mi więc jeszcze raz zaręczyć, że będziemy się wiernie trzymać razem i żaden nie wyjdzie z kościoła bez dwóch pozostałych. Potwierdzili to przybiciem ręki. Prawa ręka kościelnego drżała. Mathes zaś, który bez przyczytania w życiu choćby jednego zbioru przepisów służbowych miał o zaopatrzeniu armii doskonałe pojęcie, wyciągnął flaszeczkę kminkówki, dał każdemu do wypicia po mocnym łyku i ostrożnie pociągnął za drzwi przesuwne w przegrodzie;
    weszliśmy we dwóch do środka. Mathes pozostał z latarnią za przegrodą. Nasz wzrok wyprzedzał nasze kroki. „Na Boga wszechmogącego” – zaszeptał kościelny do siebie, „przy ołtarzu jest jasno”. Powoli szliśmy naprzód. W moich nogach jakby osadził się zimny ołów, tak ciężkie się one zrobiły. Nocna cisza w Domu Najwyższego, zimne, grobowe powietrze, czarna ciemność, pustka w wysokim i długim sklepieniu – i teraz to zagatkowe migotanie przy ołtarzu – sto razy chętniej chciałbym atakować jakąś baterię wojskową. Tam się przecież odpoczywa. Tam przez sam atak dostaje się świeżego powietrza; a tu to skradanie się, to wstrzymywanie oddechu, ta śmiertelna cisza! Nasze oczy spoglądały na lewo i prawo na ławki dla kobiet oraz w kierunku bocznych przejść, ale nie zauważyliśmy nic podejrzanego. Staliśmy cicho nadstawiając uszu, ale nic nie można było usłyszeć.
    (…)

    Przy chrzcielnicy zgasły jednocześnie nasze świece. ”Niech Pan zapali swoją lampkę od Mathesa i zaraz wróci” – rzekłem do kościelnego zbierając jeszcze ostatki sił i chwyciłem się chrzcielnicy, bo pociemniało mi w oczach; zrobiło mi się tak słabo, jak nigdy dotąd; myślałem, że muszę upaść. Moje policzki były zziębnięte a czoło rozpalone. Dreszcze przeszły całe moje ciało, byłem w stanie zupełnego podniecenia gorączkowego. Stałem na grobie hrabiny Jadwigi.
    W tym samym momencie, kiedy kościelny znalazł się za przesuwnymi drzwiami przegrody, a ja zostałem w kościele zupełnie sam, uderzył mi w twarz ostry powiew powietrza; w krypcie pod moimi nogami poruszyło się coś żywego. Jak porażony usunąłem się z miedzianej płyty. Kolana mi dygotały. Serce przestawało bić. Światło na ołtarzu miało związek z kryptą hrabiny Jadwigi. To przeczuwałem wyraźnie. Ale jak bliski albo daleki ? Ta zagadka miała się jeszcze rozwiązać. Hrabina Jadwiga spoczywała od stu lat pod miedzianą płytą. To nie nie mogła być więc ona. Tyle przytomności umysłu jeszcze posiadałem, żeby w to nie wierzyć. Pół minuty później spojrzałem jeszcze raz w kierunku ołtarza. Stała przed nim kobieca postać i pochylała głowę nisko nad Stołem Pańskim. Była odwrócona plecami do mnie.
    Długo wytrzeszczałem oczy patrząc w kierunku ołtarza. Z moją krótkowzrocznością nie mogłem ale wiele osiągnąć. Ledwo co rozróżniałem wyraźne kontury kobiecej postaci. Byłem od niej odległy o ponad osiemdziesiąt kroków. Między nami wisiała ciemna noc. Ale jej ukłony i ruch jej rąk spostrzegałem bardzo dokładnie. O jej odzieniu też nie mogłem nic konkretnego stwierdzić. Widziałem tylko tyle, że nosiła coś w rodzaju grubszej niż normalnie chusty, owiniętej wokół szyji. Teraz wybiła na wieży dwunasta. Postać szła z opuszczonymi, złożonymi rękami powoli za ołtarz. Szła jak duch; jej stąpania nie słyszałem, a widziałem tylko, jak się przemieszcza. Światło na ołtarzu paliło się teraz jaśniej, a jego blask rozchodził się znacznie dalej, niż przedtem. Moją zatrwożoną duszę ogarnęło przerażające uczucie istnienia świata duchów. Ja sam też już nie należałem całkiem do tego świata. W końcu nadszedł kościelny z zapaloną lampką. Lękliwa to była postać. Szaroblada, poważna twarz w pożółkłej szlafmycy; czarna kamizelka; białe rękawy flanelowej koszuli, czarne spodnie z czarnymi szklanymi guzikami i biała skarpeta na jednej nodze – skutek pierwszego strachu przy budzeniu – długa linijka pod ramieniem, która na emporach rozciąłgała się cieniem do długości gigantycznego masztu – i w końcu te zdeprymowane i zniechęcone oczy pod mocno wygiętymi brwiami. Nie, ten człowiek nie był do tego stworzony, żeby się na nim wesprzeć; a jednak dziękowałem Bogu, że go zobaczyłem; był on przynajmniej żywą istotą. Szepcąc mu do ucha opowiedziałem, co zobaczyłem i odpaliłem od niego moją świecę. „To ona” rzekł zdrętwiały ze strachu, „to hrabina Jadwiga. Tak jest namalowana na obrazie wiszącym hrabiowskim zamku. Ta gruba chusta wokół szyi, to była kiedyś taka moda.” Ledwo wypowiedział te słowa, zgasły znowu obydwie nasze świece, jakby specjalnie zdmuchnięte przez jakąś niewidzialną istotę.”

    to ze mojego zbioru:

    http://schlesien.nwgw.de/ax5x0.xhtml

  2. Tyn tekst znoduech we Nr.1 „Der Oberschlesische Wanderer” (Glywice, 3 I 1832). Niystety czas zniszczou konsek te pora zajtow z kerych to przepisuja. Tak tysz wyboczcie jak cos bydzie niy tak abo jakis wyraz, abo litera, byda musiou ostowic do domyslynia sie. Niykere wyrazy tysz som inaczyj szkryfniynte jak dzisiej. Byda to dowou w czynsciach, bo tyn rodzaj gotyckego szriftu , w jakim to autor prawie dwiesta lot zurik szkryfnou, je mi tysz ciynzko do rozszywrowywanio. Jako ciekawostka dodom jeszcze ino ize redaktorym i wydawcom tego glywickego cajtunga bou Neumann, a tyn tekst o kosciele sw. Barbary(tym starym – kerego juz downo niyma, je z podle fyjdra niyjakego Dr. Pappe. Litery kere niy idzie wiyncyj odczytac zastompia znakym”_”
    „Von einem fröhlichen Abendschmause ging ich eines Sonntags nach eilf Uhr zu Hause. Mein weg führte mich über den Kirchhof. Zufällig fiel mein Blick auf die alte schwarze Kirche zu St. Barbara. Es war Licht darin. Ich stu_te und glaubte anfänglich, daß ich mich täuschte. Aber je mehr ich mein Auge auf die langen hohen Fenster heftete je deutlicher deutlicher gewahrte ich die sonderbare Helle in der Gegend des Altars. vielleicht, dachte ich, brennt jenseits der Kirche in einem der an den Kirchhof stoßenden Häuser ein helles Licht, dessen Schein durch die Kirchenfenster fällt. Ich ging um die Kirche herum. Einziges Fenster der hier stehenden Häuser war erleuchtet. Die Bewohner derselbem schliefen schon alle in stiller Ruhe. Jetzt waren nur zwei Fälle denkbar, entweder hatte der Küster noch ein Geschäft in der Kirche, welches aber nicht recht wahrscheinlich war, denn was sollte der in Mitternachtstunde hier zu thun haben; oder im Gotteshause trieb ein kirchenräuber sein Wesen. An eine übernatürliche Erscheinung dachte meine Seele nicht. Die Kirche war in derForm eines Kreuzes gebaut. Vorn, unter dem thurmwar der Haupteingang; die beiden andern Thüren waren an den Enden des Kreuzes, hinten am Kopfe des lezteren stand der altar. Ich ging leisen Schrittes an alle drei Thüren, und versuchte mit möglichster Behutsamkeit ob eine geöffnet sey; aber sie waren alle drei sorgfältig verschlossen. Alle Fenster waren unbeschädigt und geschlossen, auch waren die Fensterbrüstungen so hoch, daß ohne Leiter niemand hätte einsteigen können, und eine solche Leiter war nirgends zu sehen. Also konnte weder der Küster, noch ein Räuber in der Kirche seyn. Ich horchte durch die Schlüssellöcher. Man hörte keinen Laut, keinen Tritt, keine Bewegung. Alles war still
    wie ein Grab. Die Beleuchtung der Gegend des Altars war schwach und blieb unverändert. Wäre es eine katholische Kirche gewesen, so hätte ich den blassen Schein für den Schimemer der ewigen Lampe gehalten. Aber so wußte ich mir durchaus das Räthsel nicht zu lösen. Mein Schleichen, mein Horchen, mein leises Athmen hatten mich gegen mich selbst unheimlich gemacht. Eine ferne Ahndung(?) des Uebernatürlichen schwebte mir unvermerkt näher. In der Kirche waren mehrere Gruften für die erstenFamilien der Stadt. Unlängst erst hatte man eine junge Gräfin hier beigesezt. Sie schlief den stillen Schlaf der Ewigkeit in der Nähe des altars. Ein heimlicher Frost streifte mir über die Haut.
    Ununtersucht konnte ich die Sache nicht lassen; aber allein konnte ich nichts thun. In der Kirche nur war die Lösung zu suchen, und dazu bedurfte ich der Schlüssel. Der Küster wohnte der Kirche gegenüber. Ich pochte ihn mit möglichst wenigem Geräusch heraus. Immer hatte ich die Augen auf die Gegend des Altars gerichtet, aus Furcht die Helle möchte unterdessen verschwinden. Endlich steckte der Küster den Kopf mit der Schlafmütze zum fenster heraus. Ich erzählte ihm leise, was ich gesehen; ich führte seinen Blick auf die Kirche. Er erschrak, als er das Licht gewahrte. Er schloß mir die Thüre auf, ließ mich herein, schlug Licht an, und ließ sich alles erzählen, was ich gesehen und bemerkt hatte. „Lieber Herr” hub er dann an, „da lassen Sie uns davon bleiben! da geht etwas vor, das wir beide nicht gewältigen können. Bestimmt sind das Dinge der Unterwelt”. „Possen, Herr Küster, wie können sie verständiger Mann solch albernes Zeug glauben!” ” Nicht Possen, lieber Herr; ich bin ein alter Mann, und weiß was in meiner Kirche vorgeht, darauf verlassen Sie sich. Jetzt weiß ich es.” Er sann eine Weile, dann murmelte er vor sich hin: „Bei Gott, es trifft alles! auf ein Haar trifft alles!” „Nun was wissen Sie denn? was trifft denn alles?” fragte ich, durch seine satzweisen Aeußerungen noch aufgeregt, und mit ängstlichen Blick auf die Kirche, in der die räthselhafte Helle noch sichtbar war. „Ein tiefer Erdgang führt zur Kirche. Hinter dem
    altare war sonst sein Ende. Lange, lange vor meiner Zeit ist der Gang verschüttert, worden, aber – Sie wissen doch, daß die junge Gräfin vorigen Freitag in der Kirche ist beigesetzt worden?” „Ja! nun?” „Vor hundert Jahren starb eine junge Gräfin aus demselben Hause. Es war Gräfin Hedwig, sie liegt unter der Kupferplatte am Taufsteine.” „Ich weß, ich wiß; nun?” „Da hat es gebrannt in der Kirche, drei Nächte
    hindurch, ein stilles heiliges Feuer. Keiner hat es löschen mögen, keiner hat es gekonnt. Kurz vor dem dem Tode meines seeligen Vorgängers, das sind nun fünfundvierzig Jahr, starb die Gräfin Erdmuthe aus dem nämlichen Hause, acht Tage vor ihrer Hochzeit. Das schwarze Marmor-Monument unter der gräflichen Kapelle bezeichnet ihre Grabstätte. „Nun, und?” „Nun, und drei Nächte hat es gebrannt in der Kirche das haben Hunderte von Menschen gesehen, und mein Antezessor hat den Tod davon gehabt.” „Den Tod?” „Den Tod! wie ich Ihnen sage. Auf welche Weise hat er nie erzählt; aber ich will tausend Eide schwören, daß das wahr ist. Jetzt, die junge Gräfin Mathilde liegt kaum in der erde, da brennt es wieder. Nun was meinen Sie dazu? Soll ich mir etwa auch den tod holen? Nein! lassen Sie die arme Gräfin in Frieden ruhen. Gott sey ihrer jungen Seele gnädig!”
    Der Mann hatte mich durch seine flüsternde Rede in meinem Glauben wankend gemacht. Das Licht in der Kirche brannte noch. Es war mir nicht recht gemütlich. „Nun, und der Erdgang, von dem sie vorhin sprachen, was hat der mit der Sache zu thun?” „Ja wie man sagt, hat er in dunklen Krümmungen, drei Lachter tief unter Tage, zum gräflischen Schlosse geführt.” „Nun, Herr Küster! da sind wir dem Aufschlusse ja nahe. Vielleicht sind die Mitglieder des gräflichen Hauses durch ein altes Familiengesetz verbunden, jeder gräflichen Jungfrau, die der Tod aus ihrem Kreise führte, drei Nächte hindurch, ein stilles Todtenopfer, bei der Gruft der Geschiedenen zu bringen? oder – Sie entsinnen sich, daß Gräfin Mathilde im Sarge mit einem weßen, reich in Silber gestickten Todtenkleide angetan war; an dem Finger ihrer rechten blitzte ein Diamantring, im Haar kleine Jouvelen, sollten vielleicht mittelst des unterirdischen Ganges raubsuchtige Menschen -” „Erstlich brauchte man dazu nicht dreier Nächte, und dann, was die Hauptsache ist, lieber Freund, Sie vergessen, daß der Gang verschüttet und die Fallthüre vermauert ist.” „Wissen Sie das
    gewiß? ganz gewiß? „Die Verschüttung!” entgegnete er langsam und jetzt selbst gespannt, „die Verschüttung weiß ich nicht ganz gewiß. Das ist mir nur gesagt worden, aber daß die Fallthüre vermauert ist, das ist Thatsache. Sie selbst sind ja, beim Communicieren, hinter dem Altare weggegangen und werden dort keine Fallthüre bemerkt haben. n den großen eingelegten Fließen bemerkt man noch jetzt die Stelle wo die Fallthüre gewesen ist.” „Gut! Aber ist es denn nicht möglich, daß man sich vom Erdgange aus, einen andern
    Ausweg in die Kirche verschafft haben kann?” „Ohne daß ich es bemerkt haben sollte? Nein, lieber Herr, das ist nicht möglich!” „Der ganze Raum vor dem Altare ist eine große, weite Gruft! oben liegt Platte neben Platte, bald von Zinn, bald von Kupfer, unten stehen die Särge. Wie leicht ist es, aus dem Erdgange sich zu dieser großen Gruft durchzubrechen, wie leicht dann, eine jener Platten von unten aufzuheben!” „Ja bei meiner armen Seele, Herr, das wäre möglich!” „Nun so ist es! Kommen Sie in die Kirche; in einer halben Viertelstunde haben wir völligen Aufschluß!” „Wir! in die Kirche? Jetzt? Um Gotteswillen nicht. Wir haben ja schon den Aufschluß. Es ist ja schon alles ganz klar!” „Was denn?” „Nun der aufschluß!” „Der Aufschluß? Nun was haben Sie denn für einen Aufschluß aufgeschlossen?” „J nu – das Licht, die Gräfin Mathilde und der Erdgang, das hängt alles zusammen, ganz natürlich zusammen.” „So helle sehe ich das noch nicht. Wir wissen eigentlich alle beide noch nichts, als daß ein Licht in der Kirche brennt. Das Uebrige sind bloße Vermuthungen. Sie sind ein kluger, lieber Mann; bleiben Sie nicht auf halbem Wege stehen!”
    „Mein Vorgänger ist an der Geschichte gestorben. Vorvorgänger vielleicht auch. Wer weiß das! Ich habe nicht die mindeste Lust, über die Gräfin Mathilde ins Gras zu beißen. Was deines Amtes nicht ist, da laß Deinen Vorwitz!” „Deines Amtes nicht ist? Herr! Allerdings ist es Ihres Amtes! Die Kirche zu St. Barbara ist Ihnen anvertraut. Was würde das Ihnen vorgesetzte Kirchen-Kolegium sagen, wenn ich morgen erzähle, daß Sie sich geweigert hätten, mit mir zu gehen. Ich fordere Sie bei Ihrem Diensteide auf; kommen Sie!” „Allein gehe ich nicht,” sagte der Küster verdrießlich und kleinlaut; „lassen Sie uns wenigstens Mathesen mitnehmen.” „Wer ist Mathesen?” „Mathes heißt er; er ist mein Hausknecht.” Den Vorschlag war ich gern zufrieden. Der Mensch schlief wie ein Erschlagener; endlich rüttelten wir ihn auf. Der Küster schrie ihm in die Ohren: „In St. Barbara brennt es! Die hochselige Gräfin Mathilde geht um! der Erdgang ist durchbrochen, die Gruftplatten sind gelüftet!” Da sprang der Erschrockene mit beiden Beinen zugleich aus dem Bette. In der ersten Betäubung fuhr er, statt in die Beinkleider, mit den Füßen in die Armslöcher seiner Jacke, und glaubte sich behext, als er mit dem Anzuge nicht fertig werden konnte. Nach und nach erholte er sich endlich, und als er hörte, daß sich daß Brennen in St. Barbara auf den bloßen Schein eines schwachen Lichts reducire, so erzählte er,
    daß er das Nämliche schon gestern und vorgestern Abend bemerkt habe. Heute war also die dritte, und wenn des Kirchners Chronik wahr war, die letzte Nacht. Die Uhr ging auf Zwölfe; dann sollen ja alle nächtliche Erscheinungen der Art gewöhnlich sich enden. Wir mußten also eilen, wenn wir nicht zu spät kommen wollen. Mathes war ein vernünftiger Mensch! Mit Licht, meinte er, müßen wir uns vor allem andern versehen. Möchten nun Geister oder Menschen in der St. Barbara hausen, Licht könnten beide nicht vertragen. Er nahm daher eine Laterne mit, jeder von uns beiden erhielt ein Altarlicht in die Hand. Diese brannten heller als die gewöhnlichen, weil es starke Wachslichter waren; auch war, nach Mathesens Ansichten, ein solches Altarlicht doch gewissermaßen ein Schutzbrief gegen alle Anfechtungen des Teufels und seiner Genossen. Uebrigens hatte Mathes einenrespectabeln Prügel, ich ward mit einem kurzen spanischen Rohr versehen, und der Küster ergriff, in der angst seines Herzens ein langes Lineal. So bewaffnet tratten wir denn unsere nächtliche Rekognoscirung an.
    Ich ward durch Mathesens ruhiges Benehmen ermuthigt, und der Küster schien, durch das ihm vor die Augen geschobene Kirchen-Kollegium, auch ein bischen Kourage mehr bekommen zu haben. Unsern Operationsplan hatte Mathes entworfen. Zur Hauptthüre, , vorn unter dem Thurme wollten wir hineingehen. Wir hatten dann die ganze Länge der Kirche vor uns, und konnten Zeit gewinnen, unsere weitern Maasregeln zu besprochen, wenn wir erst die beleuchtete Gegend des Altars, in der weiten Entfernung, beaugenscheinigt hatten. Mathes wollte mit der Laterne an der Kirchthüre Posto fassen, um uns unsere vorzügliche Waffe, das Licht, zu erhalten. Wir beide sollten dann unsere Lichter anzünden und in dem Hauptmittelgange der Kirche, herauf, nach dem Altar zu, gehen. In der Mitte, in der Gegend des Taufsteines, sollte der Küster stehen bleiben; ich aber sollte nun vorwärts gehen, und den Altar und seine Umgebungen rekognoszieren. So war Mathesens Plan.
    Mathes hatte recht hübsche strategische Kenntnisse. Mich schickte er auf die Spitze hinaus; ich sollte den Vortrab machen. Der Küster war das Hauptkorps, und Mathes selbst bildete die Reserve. Wurden die Armeen des ersten und zweiten Treffens geschlagen und zum Rückzug genöthigt, so war er der erste, der Reißaus nehmen konnte; er durfte nur einen Schritt über die Kirchthürschwelle thun, und er war im Freien. Indessen, mir ging es, wie
    manchen Generalen, ich billigte den Schlachtplan, weil ich ihn noch nicht recht übersehen konnte; auf dem Platze selbst, dachte ich, wird sich das Weitere schon ergeben. Der Küster war bedächtiger. Er bestimmte wenigstens die große Kirchthüre zum Sammelplatz, im Fall wir retiriren müßten. Mathes aber, der durch seines Herrn Zaghaftigkeit das Herz bekommen hatte, sich über ihn lustig zu machen, meinte, von der Retraite müßte gar nicht die Rede seyn. Das Hauptkorps zog sich die Schlafmütze tiefer über die Ohren und brummte zwischen die Zähne: „Du hast gut sprechen, Du stehst an der Kirchthüre.” Ich schlug nur noch eine Kriegstift vor: näulich ich gab den Tagesbefehl, daß, wenn einer schrie, die beiden andern aus Leibeskräften gleich mitzuschreien anfangen sollen, damit die Gegner eine unsichtbare Mehrzahl unserer Parthei im Hintergrunde fürchten müßten, wenn sie auf einen Einzelnen von uns stossen sollten. Unter diesen Verabredungen waren wir auf den Zehen vor die große Kirchthüre gekommen. Der Küster steckte langsam den Schlüssel in das Schloß. In diesem Augenblicke schlug oben auf dem hohen Thurm die Uhr drei Viertel auf Zwölf. Das Knarren der großen Uhrräder, das Ausheben des Hammers, sie dumpfen drei Schläge, ihr Verhallen in die dunkele Mitternacht – Mir sank das Herz, die Gruft engte sich zusammen. Ich athmete schwerer. Meine Begleiter, von den verhängnißvollen drei Schlägen nicht minder ergriffen, sprachen kein Wort. Wir traten in stummer Erwartung leise in die Kirche.
    Jetzt standen wir zwischen der Kirchthüre und dem holzernen Verschlage, der in großen Kirchen, zur Vermeidung der Zugluft, gewöhnlich angebracht ist, und hier mit einer in Rollen gehenden Thüre versehen war. Der Küster und ich zündeten nun unsere Lichter an. Nach dem Sinne des Worts soll man von
    einem Lieutenant (Lien-tenant), daß Standhalten erwarten. Man hat aber Exempel, daß dieser Sinn manchmal verfehlt worden ist. Ich mußte von meinen beiden Generallieutenants ein Gleiches befürchten. Liefen sie davon, so war ich verlesen. Ich ließ mir also noch von beiden Hand und Wort darauf geben, daß wir treu an einander halten wollten, und keiner ohne die beiden andern zur Kirche hinaus gehen solle. Sie bekräftigten dies durch ihren Handschlag. Des alten Küsters Rechte zitterte. Mathes, der ohne in seinem Leben ein Etappen-Reglement gelesen zu haben, von der Verpflegung einer Armee ganz vortreffliche Begriffe hatte, holte ein fläschchen Kümmel hervor, gab jedem einen
    derben Schluck, und nun zog er die Rollenthüre des Verschlags behutsam auf; wir beide traten ein. Mathes blieb außerhalb des Verschlages mit der Laterne stehen. Unser Blick eilte unsern Schritten voraus. ” Bei dem ewigen Gott im hohen Himmel,” flüsterte heimlich der Küster, „am Altare ist es helle.” Wir gingen langsam vorwärts. In meine Beinrohren senkte sich kaltes Blei, so schwer wurden mir die Füße. Die nächtliche Stille in dem Hause des Höchsten, die kalte Grabesluft, das schwarze Dunkel, die oede (?) in dem himmelshohen langen Gewölbe – und nun der unerklärliche Schimmer am Altare – hundertmal lieber hätte ich auf eine Batterie stürmen wollen. Da erholt man sich doch. Da lüftet sich die Gruft durch den Angriff selbst; aber hier dieses Lauern, dieses Athem an sich halten, dieses todte Schweigen! Unsere Blicke späheten rechts und links in die Frauenstühle und in die Seitengänge, aber wir gewahrten nichts Verdächtiges. Wir standen still und horchten, aber auch nicht das Mindeste ließ sich vernehmen. Wir hätten können einen (2 wyrazy niy do odczytania – hören(?). Die ganze Kirche war ein weites Grab. Am Taufsteine gingen unsere Lichter mit Einem Male aus. „Zinden sie Ihr Licht bei Mathes an, kommen sie aber bald wieder,” sagte ich, die letzte Kraft noch sammelnd, zum Küster, und erhaschte den Taufstein, denn mir ward schwarz; vor den augen; ein nie gekannter Schwindel wandelte mich an, ich glaubte umsinken zu müssen. Meine wangen waren erkaltet, meine stirne glühte. Frost durchschauerte alle meine Glieder, ich glaube, ich hatte ein komplettes Kanonenfieber. Ich stand auf der Gruft der Gräfin Hedwig.
    In dem Augenblicke, als der Küster die Rollthüre des hölzernen Verschlags hinter sich hatte, und ich nun in der Kirche allein, ganz allein mich befand, strich ein scharfer Zugwind an meinen Gesichte schnell vorüber; unter meinen Füßen regte sich etwas Lebendiges in der Gruft. Ich trat wie elektrisiert von der kupfernen Platte weg.
    Meine Knie flogen. Das Herz hörte mir auf zu schlagen. Das Licht auf dem Altare stand mit der Gruft der Gräfin Hedwig in Beziehung. Das ahnte ich nun deutlich. Wie nahe aber, oder wie fern? – Dies tiefe Räthsel sollte sich noch lösen. Gräfin Hedwig ruhte seit einem Jahrhundert unter der kupfernen Platte. Die konnte es nicht seyn. So viel Besinnung hatte ich noch, um dies bestimmt nicht zu glauben. Eine halbe Minute darauf sah ich nach dem Altare wieder hin. Eine weibliche Figur stand vor demselben, und beugte den
    Kopf tief nieder auf den Tisch des Herrn. Sie stand mit dem Rücken gegen mich gewendet. Lange stierte ich nach dem Altare hin. Mein kurzsichtiges Auge erreichte nichts weiteres. Die Umrisse der weiblichen Figur unterschied ich kaum deutlich. Meine Entfernung von ihr betrug über achtzig Schritte; zwischen mir und ihr lag dunkele Nacht. Aber ihr Niederbeugen, die Bewegung ihrer Arme bemerkte ich ganz genau. Auch über ihre Kleidung konnte ich nichts bestimmtes wahrnehmen. Nur so viel sah ich, daß sie eine Art von mehr als gewöhnlich dickem Umschlingetuch über dem Halse trug. Jetz schlug es oben auf dem Thurme zwölf. Die Figur ging, mit herunterhängenden gefalteten Händen, langsam hinter den Altar. Ich hörte ihren Gleistertritt nicht; ich sah sie nur gehen. Das Licht auf dem Altare brannte jetzt heller, sein Schein breitete sich viel weiter, als vorhin, aus. Eine schauerliche Ahnung der Geisterwelt trat mir näher vor die bange Seele. Ich selbst gehörte der Erde schon nicht mehr recht an. Endlich kam der Küster mit dem angezündeten Lichte. Eine schreckhafte Gestalt. Das erdfahle, ernste Gesicht in der gelblichweißen Schlafmütze; eine schwarze Weste; die weißen Flanellärmel der Unterweste, schwarze Beinkleider mit schwarzen Glasknöpfen, einen schwarzen und einen weißen Strumpf an den Beinen, – eine Folge des ersten Schrecks bei dem Anziehen – das lange Lineal unter dem Arme, das im Schatten, in der Größe eines gigantischen Mastbaums, an den Emporkirchen sich hindehnte – und nun das niedergeschlagene muthlose Auge unter den dickgewölbten Brauen. Nein, der Mensch war nicht geschaffen, um mich an ihn zu lehnen; und doch dankte ich Gott, daß ich ihn sah; war es doch wenigstens ein lebendiges Wesen. Ich lispelte ihm in das Ohr, was ich gesehen, und zündete mein Licht an dem seinigen an. „Das ist” sagte der vor Schreck Erstarrte, „das ist Gräfin Hedwig. So hängt sie gemalt im gräflichen Schlosse. Die Wulst um den Hals war sonst Mode.” Er hatte kaum die Worte über den Lippen, so erloschen wieder unsere beiden Lichter, als ob sie von einem unsichtbaren Wesen absichtlich ausgeblasen würden.

    (Der Beschluß folgt)”

    Tu by szuo juz skonczyc ta ciekawo, ale i dowajonco mocka informacji o starym kosciele sw. Barbary (i niy ino o nim) geszichta. Przinajmiyj narazie cza bydzie. Chyba ze, …

    Chyba ze ktos znondzie nastympny numer starego glywickego cajtunga, kery sie
    mianuje „Der oberschlesische Wanderer” – musiou by to byc Nr.2 ze 1832 roku. No to na tela i

    Pyrsk! Szwager

    ps. starouech sie wszysko napisac tak jak bouo we orginale, pora buyndow we druku zech poprawiou, ale i pora literow abo wyrazow niy szuo niystety juz odszyfrowac.

    DO ORYGINAŁU NIEMIECKIEGO:
    Uzupełnienia brakujących liter
    Słowa oznaczone pytajnikiem, które moim zdaniem są w porządku
    Fragmenty nie tłumaczone
    Niepotrzebne / błędne litery
    Pojedyńcze poprawione literówki

    http://schlesien.nwgw.de/140x5x0.xhtml

    ps

    Uwazny czytelnik merknou na zicher ize w tym tekscie je odpowiydz na „zagadka ” Pana Mariana – czyli za kogo sie przeblyk Pan Marian w tym filmie 😉

  3. Prawie każdy kościół czy cmentarz ma swoje duchy i duszę. Nie da się o tej duszy starych budowli tak po prostu opowiedzieć – to się czuje jak miłość, tęsknotę, radość czy smutek. Starzy ludzie to właśnie wiedzą i dlatego rzadko gadają o życiu bez potrzeby.
    Problemem wędrówek nocnych jest nagła zmiana rodzaju widzenia – zamiast boskiego słońca masz do dyspozycji lampy ustawione przez kogoś i sugerujące ci na co masz patrzeć a na co nie. Sztuką jest patrzenie w noc po swojemu.
    =M=================

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę zatwierdź swój komentarz!
Podaj swoje imię i nazwisko