DETEKTYW HISTORII: Radzieckie szpitale wojenne cz.2

4 KOMENTARZE

  1. Witom wele szlustydnia

    Panie Marianie, tak na gibko juzas’ pora rzeczy do tematu tego filmu i jo se powola sam doszkryfnon’c’.

    Ta fotka ze minuty 3.00 to sztab ruskich wojokow ze Laband ze okolicy ulicy Rzeczyckyj, tam tyn dom, kole kerego se ta fotka knipsli, dalyj jeszcze stoi (podouech juz na tyn dom kedys’ Panu namiary!), niydaleko stoua i artyleria, i w tym tydniu we „Wiadomos’ciach” TV Imperium bouo i o artyleryjskich niywypauach ze tamtyj prawie okolicy – prosza sprawdzic’ … .

    Jak juzas’ idzie o te targowisko o kerym Pan rozprawiou to jedzynie i lekarstwa przedewszyskim starali sie tam jakos’ dostac’ downi miyszkan’cy Gleiwitz, bo byli oni przez Polokow sam „odpoiwiednio pomijani w przidziauach itp usw (delikatnie godajonc). Coby to pozyskac’ wymiyniali to Polokom i rusom na swoje drogocynnos’ci prawie ze za darmo.

    Jak idzie o te czimanie swiniow, krowow itp we domach i blokach to to pamiyntom jeszcze ze kon’cowki lot 70ych. Niyjednokrotnie Poloki abo polske Ukrain’ce ze wschodu take rzeczy widziwiali i chociosz rozprawio sie o tym w nawionzaniu do piyrszych lot po wojnie to i te obywatele polske kere i potym byli zasiedlane we naszych domach take nuemr wydziwiali. Przisuowiowo krowa na balkonie wcale niy boua ino przisuowiowom, a we pywnicy bloku wielerodzinnego niyjedna s’winia boua chowano. To jeszcze pou biydy ale, gorzyj bouo ze aferami kedy np we restauracji sprzedowane = podowane gos’ciom bouo psie miynso jako inksze. Bydzie lepszo sposobnos’c’ to wiyncyj o tyj aferze szkryfna.

    A sam fragmynt z literatury o tych czasach jeszcze we inkszym troszka aspekcie, kery i w tematy zwionzane ze filmym wlazuje po konsku :

    John Sack „Oko za oko“

    (wybrane fragmynty o Glywicach)

    „John Sack – ur. 24 marca 1930 r. w Nowym Jorku. Ukończył
    z wyróżnieniem Harvard College, studiował na uniwersytecie Columbia. Od czterdziestu czterech lat jest dziennikarzem. Był reporterem w Północnej
    i Południowej Ameryce. Europie. Afryce oraz Azji. Jest autorem
    i producentem licznych programów radiowych i telewizyjnych. Pracował dla The New Yorker. The Atlantic, współpracował z Esquire. W czasie wojen
    w Wietnamie. Korei i Iraku był specjalnym korespondentem CBS News. Ma w swym dorobku dziewięć książek z zakresu literatury faktu, między innymi „From Here to Simbashi” . „M”. „Lieutenant Calley”. „Company C”. John Sack jest jedynym amerykańskim dziennikarzem, który był korespondentem wojennym na wszystkich wojnach toczonych przez USA od blisko pięćdziesięciu lat.
    „Oko za oko” to wstrząsająca relacja o wypadkach mających miejsce po
    zakończeniu drugiej wojny światowej na Śląsku. Autor opisuje historię
    życia Loli, Żydówki – więźniarki obozu w Oświęcimiu, która po
    wyzwoleniu zostaje komendantem więzienia w Gliwicach, Pinka – jej
    towarzysza dzieciństwa, który został naczelnikiem UB na obszar Śląska,
    oraz Szlomo – komendanta obozu dla Niemców w Świętochłowicach.
    Autor stara się odpowiedzieć na pytanie co popychało ludzi, którzy
    przeszli tak niewyobrażalne cierpienia do dokonania zwrotu i zadawania
    takich samych cierpień innym. Sprawa żydowskiego udziału w tych
    wydarzeniach jest kontrowersyjna, ale jest to pierwsza publikacja na ten
    temat. Aby opisać tę historię John Sack poświęcił siedem lat na
    zbieranie materiałów w Polsce, Niemczech, Izraelu i Stanach
    Zjednoczonych

    „We wtorek, 23 stycznia, Rosjanie podjechali pod wytworny ratusz oraz figurę Neptuna. Na długo przedtem cała śmietanka partii nazistowskiej – „złote bażanty” w nienagannie skrojonych, brunatnych mundurach – uciekła w stronę zachodzącego słońca, natomiast prości ludzie pozostali w swoich piwnicach czekając. Matki
    i ojcowie leżeli na kiełkujących ziemniakach zaś dzieci bawiły się gwiazdkowymi prezentami takimi jak drewniane modele Messerschmittów
    z wymalowanymi swastykami. – Ba – ba – bang! Jesteś Rusek! Nie żyjesz! – wołały dzieciaki, dopóki we wtorek nie usłyszały rosyjskich pocisków bo wtedy matki i ojcowie wrzucili Messerschmitty oraz portrety Hitlera do pieców. – Musimy, bo Rosjanie by nas zabili – wyjaśniali.
    Pierwsze pociski, które spadły na Kaiser Wilhelmstrasse zabiły dwie niemieckie uczennice. W następnych dniach Rosjanie – sami Azjaci, umajeni niczym wieszaki na płaszcze futrami, harmoniami, karabinami oraz skrzyżowanymi pasami na naboje – zabijali ludność Gliwic praktycznie bez celu. Wołali: – Du Gitler! Ty Hitlerze! – i strzelali do policjantów, strażaków, listonoszy i konduktorów w granatowych mundurach. Zabili nawet pewnego mężczyznę, w którego domu znaleźli lamowany złotem epolet z Pierwszej Wojny Światowej. Zastrzelili pewną liczbę lekarzy, prawników, krawców, pielęgniarek, cieśli, snycerzy, fryzjerów, rewidentów, zegarmistrzów, właścicieli trafik, kierowników, górników, nawet kilku uciekinierów
    z Oświęcimia, nawet Żydów. Niemcy w swych piwnicach pompowali do rur wódkę, toteż Rosjanie nie mogli być bardziej pijani, zaś kobiety obcinały włosy, aby zwycięzcy ich nie zgwałcili. – Frau komm! Kobieto, chodź! – mówili jednak Rosjanie i ustawiali się w kolejki, aby gwałcić nawet ośmioletnie dziewczynki i osiemdziesięcioletnie zakonnice.
    Mieszkańcom Gliwic wydawało się, że to Okupacja Hunów, ale najgorsze się jeszcze nie stało.“

    W środę, 14 lutego, pierwszego dnia pracy Loli w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego, Rosjanie wywiesili
    w Gliwicach plakat:

    1. Wszyscy Niemcy płci męskiej, pomiędzy 16-tym, a 50-tym rokiem życia mają w ciągu 48 godzin zgłosić się do Biura Rekrutacji do Pracy…
    2. Wszyscy mają ze sobą przynieść co najmniej dwa komplety zimowej odzieży, koce, naczynia do gotowania i żywność na nie mniej niż dziesięć dni…

    Jako iż Biurem Rekrutacji do Pracy było gliwickie więzienie, Lola nie od razu pojechała do Gliwic. Czekała w Katowicach aż Rosjanie przeprowadzą swoją „selekcję” i więzienie przejdzie pod kontrolę Polaków.
    Póki co, zgłaszali się tam gliwiccy Niemcy. Jeżeli tego nie robili, Rosjanie przychodzili do ich domów i mówili: – Mitkommen. Chodź z nami – albo porywali ich z ulic, nawet jeśli dany Niemiec miał siedemdziesiąt pięć lat.
    W więzieniu gliwiczanie chodzili w kółko, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, do chwili, gdy kazano im wsiąść na wagony do przewozu bydła, po 120 osób na jeden.“

    „Adam wraz
    z czterema innymi Żydami i jednym katolikiem, został prymusem i wraz
    z promocją otrzymał przydział do miasta wyznaczonego Loli – do Gliwic. Pojechał tam mercedesem, w czwartek, 15 marca.
    Gliwice, to był Dziki Zachód. Złymi facetami byli Rosjanie – Azjaci, oraz kryminaliści odbywający swoje wyroki w rosyjskiej armii. Na piechotę,
    o laskach, o kulach i na rowerach, które niczym dzikie konie wyrzucały ich
    w śnieg, jak Jesse Jamesowie przybywali do Gliwic na jednodniowe przepustki. Aż do pach, aż do kolan sięgały im zegarki, które rabowali, chrząkając niczym ludzie z Epoki Kamienia Łupanego: – Urr! – co miało znaczyć „Uhr!” czyli po niemiecku „Zegarek!”. Wymachiwali tak przystrojonymi kończynami, jakby obawiali się, że jeśli przestaną to robić, zamrą w bezruchu, niczym kukły z Disneylandu o północy. Zabierali też zapalniczki, aby zapalać nimi swe ogniska, oraz żarówki, by oświetlać swe namioty, a także Nuit de Paris jako namiastkę Smirnoffz. – Otwirai! Otwieraj! – wrzeszczeli przed niemieckimi domami, a wszedłszy do środka grabili mężczyzn, gwałcili kobiety, bawili się z dziećmi, myli w miskach ustępowych i upijali się jeszcze bardziej, każąc Niemcom pić i wołać „Niech żyje Stalin!”
    Nie dbali o to, że dany Niemiec nie był w SS. Oddział Rosjan otaczał kwartał domów, zabierał wszystkich mężczyzn powyżej szesnastego roku życia do gliwickiego więzienia, wysyłał część z nich, większość, albo wszystkich
    w głąb Rosji i ruszał do następnego kwartału. Jako iż wielu Niemców było górnikami, zwolnionymi od poboru do niemieckiego wojska, w samych Gliwicach znalazło się nie mniej niż trzydzieści tysięcy zdolnych do pracy mężczyzn. W marcu wciąż jeszcze przechodzili oni przez więzienie, więc Adam musiał umieścić swoje biuro poza jego murami, w dawnym gmachu gliwickiego gestapo. Powiesił swą. czapkę oficerską w jednym z dawnych pokojów przesłuchań i czekał na Niemców, których mógłby przesłuchać, po czym, gdyby oblali egzamin, zesłać do obozu w Świętochłowicach i dalej, do sądu, więzienia i przed plutony egzekucyjne w Katowicach.
    Ponadto odbywał spacery po swym nowym miejscu zamieszkania.
    Z otwartych pysków delfinów na ratuszu zwisały teraz sople, a otaczający go rynek był pełen rozmiękłego śniegu i wody, szarej od sadzy z pobliskiej huty. Ulica prowadząca od rynku do stacji kolejowej była zupełnie wymarła, bowiem gliwiccy Niemcy rzadko wychodzili z domów. Co jakiś czas przejeżdżał tramwaj, albo pełen Rosjan powóz, obryzgując drzewa brudną breją. Jednego z takich mokrych dni, Adam, ubrany po cywilnemu za wyjątkiem na wpół ukrytego pistoletu, szedł sobie tą opustoszałą ulicą, kiedy zobaczył coś dziwnego: cywila, przystojną kobietę w czarnym futrze. Była za stara jak dla niego, miała około czterdziestki, a jednak zatrzymał ją
    i powiedział: – Przepraszam. Jestem z policji, czy mógłbym wiedzieć kim pani jest?
    – Frau Sophie Schmidt. – Czy jakieś inne podobne nazwisko.
    – Czy ma pani jakąś legitymację?
    – Oczywiście. – Kobieta sięgnęła do torebki i wyciągnęła list od
    polskiego księdza. Było tam napisane coś w rodzaju:

    Do wszystkich, których może to interesować:
    Do przedłożenia przez Frau Sophie Schmidt, parafianka kościoła
    Świętej Trójcy we Lwowie. Niniejszym zaświadczam, że…

    Wszelako kiedy Adam to czytał, podszedł do nich jakiś polski i policjant. Zobaczywszy, że kobieta otwiera torebkę, doszedł do wniosku, iż Adam usiłuje ją obrabować, więc sięgając po pistolet, zapytał: – Kim pan jest?
    – Jestem z UB.
    – Co to takiego? – Policjant nie wiedział, ale Niemka wiedziała. Po niemiecku Urząd nazywał się Staatlicher Sicherheitsdienst, lub, czego nie dało się uniknąć, polskim SS, bądź też polskim gestapo, i Niemcy obawiali się go bardzo. Kobieta gorączkowo zaczęła szukać w torebce listów z polskich szkół i z polskich klubów, trajkocząc zarazem do Adama: – Działam teżw organizacjach dobroczynnych i…
    Adam nabrał podejrzeń. Powiedział polskiemu policjantowi:
    – Dobrze. Jeżeli nie słyszał pan o UB, może nas pan odprowadzić na Teuchertstrasse. – Potem powiódł ich oboje obok ratusza w stronę budynku, który wyglądał złowieszczo dzięki warstwom czarnych cegieł wbudowanych pomiędzy zwyczajne, czerwone. Stojący w drzwiach strażnik przepuścił Adama i kobietę, ale policjanta zatrzymał. Adam zaprowadził Niemkę do swego biura na drugim piętrze, posadził ją na drewnianym krześle i sam usiadł naprzeciwko. Zza szyb padało szare światło. – Kim pani jest? – zapytał Adam.
    – Powiedziałam już. Sophie Schmidt.
    – I jest pani ze…?
    – Lwowa. Tak jak stwierdzają listy.
    Kobieta była zdenerwowana. Włosy miała upięte w kok, tak ciasny,
    że wydawało się, iż napinają skórę na jej twarzy. W pewnym momencie Adam przeprosił i wyszedł na chwilę, a kiedy powrócił do pokoju, kobiety już nie było. Przy otwartym oknie stał tłum pracowników i kiedy Adam przez nie wyjrzał, zobaczył w dole, na betonie, czarne futro, przypominające martwego niedźwiedzia. – Co się stało? – zapytał.
    – Chyba wyskoczyła – powiedział ktoś.
    Kobieta nie żyła.“

    „- Wprowadźcie ich.
    – Tak jest, Pani Komendant.
    Otóż więzienie miało kształt litery „T”. Pionowa kreseczka była przeznaczona dla mężczyzn, natomiast poprzeczna, dla kobiet. – Do paki! – wołały strażniczki do Niemek, popychając je, kiedy te nie rozumiały, a w tym samym czasie strażnicy przeprowadzali mężczyzn przez małe okratowane drzwi do pionowej części „T“.“


    Pewnego dnia pojawił się w więzieniu Loli mężczyzna w spodniach czarnych jak smoła, kolorze SS. Jakiś Polak dostrzegł go w pobliżu rynku
    i zawołał: – Ty faszysto! Ubierasz się na czarno! – Słysząc to, Niemiec zaczął uciekać, ale Polak gonił go całą milę, aż do kościoła świętych Piotra i Pawła, złapał go obok złotej mozaiki, zbił, skopał i zaprowadził do więzienia Loli. Kilka strażniczek zabrało się do zabezpieczania kompromitującego dowodu rzeczowego – czarnych spodni mężczyzny – ściągając je z niego tak agresywnie, że aż przerwały gumkę. Aresztowany krzyczał, ale kazały mu się zamknąć. Nie zauważyły, że te spodnie były częścią skautowskiego munduru. „Mężczyzna” miał czternaście lat.
    Dziewczyny postanowiły poddać go torturom. Obecnie Urząd Bezpieczeństwa Publicznego miał 227 więzień dla Niemców, a każde z nich posiadało własny sposób brania odwetu za Drugą Wojnę Światową.“

    „W czterdzieści cztery lata później pojechałem do Gliwic (które już nie nazywały się Gleiwitz), w Polsce, aby dowiedzieć się na temat Loli wszystkiego, czego tylko zdołam. Powietrze było pełne sadzy z pobliskich kopalń i hut a domy tak szare, że często nie potrafiłem odczytać nazw ulic pod warstwą smętnego nalotu. Natomiast ludzie byli cudowni, a nowy, pełen serdeczności, szef dawnego więzienia Loli umożliwił mi zwiedzenie tego czerwono – ażurowego budynku. Obecnie mieścił on trzystu mężczyzn, samych Polaków, których zobaczyłem jak spacerują, rozmawiają, grają
    w ping – ponga i oglądają telewizję. Jeden z nich (jak dowiedziałem się później) wykopał tunel do dawnej szkoły samochodowej i w swoim czasie miał nim uciec, inny, skazany na wykonywanie ciężkich prac, wykopał na dawnym, betonowym dziedzińcu Loli dwa ludzkie szkielety. Miały one połamane ręce, jedna ze szczęk była zgruchotana, jedna z czaszek przebita jakimś ostrym narzędziem, ale nikt nie wiedział kim byli ci ludzie ani czy zostali zgładzeni i pogrzebani za czasów Loli.
    Żaden z dawnych strażników Loli nie pełnił już służby, ale trzech z nich, przebywających na emeryturze odnalazłem w Gliwicach/Gleiwitz. Wszyscy trzej byli katolikami i mieszkali na mrocznych poddaszach, gdzie spędziliśmy razem wiele godzin wspominając rok 1945. Jeden z nich powiedział mi, że bił Niemców, …“

    „W Gliwicach nominalnym „komendantem” był pewien dwudziestoletni sierżant, którego Lola w istocie przewyższała rangą. Chłopak ten został mianowany 2 lutego 1945, kiedy Niemcy wciąż jeszcze byli w Gliwicach, ale w maju złamał nogę, przebywał w szpitalu do sierpnia, a w maju 1946 nadal chodził o kulach. Żaden z ludzi, z którymi rozmawiałem w Gliwicach nie pamiętał jego nazwiska, ale zdobyłem je do swojej wiadomości w Sądzie Rejonowym w Katowicach. Pomimo prób nie udało mi się znaleźć w Polsce nikogo, kto by go znał. Przeprowadziłem wywiady z trzydziestoma pięcioma osobami, które stwierdziły, że Lola była komendantką w Gliwicach. Poza samą Lola byli to: oficerowie Wydziału Zakładów Karnych w Katowicach, pracujący tam w roku 1989: płk Wacław Kozera, Dyrektor, Stanisław Podsiadło, kierownik wydziału prawnego
    i organizacyjnego, mjr Bogdan Szczepurek, komendant więzienia
    w Gliwicach; przedstawiciele władz śląskich z roku 1945: Pinek Mąka; oficerowie śląskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, z roku 1945: Adela „Glickman”, Mosze „Grossman”, Szmul Kleinhaut (poprzez Hele Kleinhaut), Efraim Lewin, Mosze Mąka, Szlomo Morel, Ryfka „Glickman Singer”, Szlomo „Singer”, Leo Zelkin; strażnicy pracujący w gliwickim więzieniu w roku 1945: Jadzia Gutman Sapirstein „Banker”, Krystyna Zielińska Dudzińska, Stanisław Eweik, Józef Pijarczyk, Lucjan Zenderowski; mężowie Loli: Szlomo Ackerfeld, oraz dr Michał Blatt; członkowie rodziny Loli, przebywający w roku 1945 w Gliwicach: Jadzia Rappaport Ackerfeld Jacobs, Ada Neufeld Potok Halperin, Josef Martyn (poprzez Basie Martyn), Pincus Martyn, Zlata Martyn Potok, Mania Rappaport, Moniek Rappaport, Gucia Martyn Shickman; gliwiccy znajomi Loli z roku 1945: Helen Fortgang, Rose „Grossman”, Leibish Jacobs, Pincus Schickman, Sam Schickman, Genia Rosenzweig Tigel. Rozmawiałem także z Salkiem „Zuckerem”, który przypominał sobie, że Lola pracowała w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego, oraz z trzema osobami pamiętającymi, że w roku 1945
    w gliwickim więzieniu komendantką była kobieta: Gunterem Cieśla, więźniem Gliwic w roku 1945, majorem Josefem Jurkowskim, w 1945 Dyrektorem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego na obszar Śląska, oraz por. Edwardem Witkiem z katowickiej policji z roku 1945. W Niemieckich Archiwach Federalnych znalazłem list byłej więźniarki z Gliwic stwierdzający: „Nadzorującą była pewna Polka”, a także, co najważniejsze, w archiwum Okręgowego Zarządu Zakładów Karnych w Katowicach znalazłem dokument w języku polskim o następującym brzmieniu: „Rzeczpospolita Polska. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Departament Więzień i Obozów, 10 maja 1945. Do Bezpieczeństwa Publicznego. Departament Kadr. W miejscu. Proszę przyjąć i zatrudnić Obywatelkę Lolę Potok na stanowisku zastępcy komendanta do spraw politycznych i kształceniowych w Gliwicach, poczynając od 14 lutego 1945”. List ten był podpisany i opieczętowany przez kierownika Departamentu Kadr oraz przez dyrektora Departamentu Więzień i Obozów. Znalazłem też list od Loli, mówiący: „Do Rejonowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Wydział Więzień i Obozów.
    W Katowicach. Podanie o urlop dla Zastępcy Komendanta. Raport. Melduję, że w związku z okólnikiem z dnia 30 lipca 45 r. przysługuje mi urlop, o który teraz proszę ze względu na potrzebę wypoczynku i złego stanu zdrowia. Uprzejmie proszę o pozytywne rozpatrzenie mojej prośby i udzielenie mi urlopu. Zastępca komendanta. Lola Potok. Katowice, 7 września 1945.* „

    • To jest problym tyj TV ze mo ino jedyn naprawdy ciekawy program i staro sie widocznie nim tak „grac'” coby jak najwiyncyj intrygowac’ widza. To ale mo krotke nogi, take zmiynianie durch i durch terminow zniychynco do wos ludzi.,

      Kochano TV Imperium, naprowdy wierzcie, take ciongue zmiynianie tukej czasu edycji tego programu „Detektyw historii” to na dugszo meta nic dobrego = to zniychynco naprowdy ludzi ino do wos wogole. Zamiast tego proponowou bych zasiyngnonc’ u nos „widzow” i „sympatykow” zdania i opini. Jako wasz sympatyk proponuja tak do przikuadu tematy kere naprowdy som ciekawe dlo miyszlan’cow tego miasta i tych kerzy sie tym miastym interesujom, a pora nowych ideii na ciekawe programy sam tysz przikuadowo wymiynia. Skrociou bych ale np tyn nudny cykl w kerym sie ino powtarzo wiadomos’ci prasowe (to moge byc’ ale niy aze tela – lepiyj postawic’ na jakos’c’ niz na ilos’c’). A propozycjom ciekawego programu kero wom jako widz proponuja to np (moja propozycja titla by boua np („Glywicke maszkyty”) – to bou by program kaj roztomaite ludzie z Glywic i podglywickich wsiow by wom pokozywali jak warzom (gotujom) w doma, w restauracji i kaj tam ino. Wiym ze tych programow we roztomaitych telewizjach je pouno, ale glywickego warzynia (np starych glywickich receptow, abo receptow na beztydziyn ze glywickich domow / od prywatnych ludzi) jeszcze niy bouo. To ino jedna propozycja, a jest ich wiyncyj … .
      Pokozcie ze poradzicie wiyncyj, i pokorzcie wiyncyj odwagi i orginalnos’ci. Idei dlo wos miou bych jo i inksze ludzie couki miech – np czymu niy zrobicie cosik cyklicznego dlo glywickich bajtlow – np naszo ziymia mo niyprzebrany zasob fajnych bojkow dlo waszych dzieci – – stykuo by ino im na dobranoc je poopowiadac’ … . zamiast tego nadmiernego czytania artykuow ze prasy redaktor/ka mogua by sie tym zajonc’ od czasu do czasu. Np Pani Aleksandra mogua by sie w tym synsie przigotowac’ i pokozac’ ze poradzi tysz lepiyj czytac’. Niych sie Pani niy obrazi ale moim zdaniym powinna Pani przed swoimi wypowiedziami lepiyj sie przigotowywac’, bo widza ze Pani mo pewiyn problym z prowadzynim na zywo wywiadow przed kamerom. Jest Pani sympatycznom personom, ale „rozmowy na zywo” to dlo Pani jeszcze niy to. Na poczontek proponowou bych Pani jakis’ cykl ze bajtlami, bo widziouech w jednym z reportarzy ze to Pani piyknie poradzi, i cykl np „Bajek dlo małych Gliwiczan” przisporzou by Pani duzo sympatykow i ws’rod nos dorosuych.

      Pozdrowiom

      Irek Czaja

      ps

      Panie Marianie jak redaktory tego niy rozumiom to niych Pan im nagro np film o swojskim kiszyniu i warzyniu s’lonskego zuru i sie przekonajom ze to mo syns i je ciekawe. Abo do tych ludzi kerzy majom korzynie na wschodzie pokozac’ jak sie kisi czerwone buraki. Som tysz receptury typowo glywicke np „Glywicki kouocz ze orzechami laskowymi”. Ale prawdziwy szac (skarb) znondzie ta TV we kuchniach u ajnfachowych ludzi we Glywicach i okolicy – wystarczy ino posznupac’ …

      To boua moja mauo propozycja a inksze widze mieli byich na zicher wiyncyj.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę zatwierdź swój komentarz!
Podaj swoje imię i nazwisko