Andrzej Wawrzyczek: Chciałbym zacząć od pytania o Pana imię, bo słyszałem, że nie jest ono proste do wymówienia. Szczególnie dla Polaków.

Peadar de Burca: Mam na imię Peadar (wym. Pader), co jest irlandzkim odpowiednikiem imienia Peter. Ale problemy z moim imieniem mają nie tylko Polacy. Nawet Irlandczycy nie zawsze sobie z nim radzą. Nie jest zbyt popularne, więc wiele osób może nie pamiętać, że w ogóle jest takie imię. De Burca to nazwisko normandzkie. Moi przodkowie pochodzili z terenu Francji, z miejscowości Burge. W XI wieku dotarli na zachodnie wybrzeże Irlandii i cywilizowali ten region. To dość popularne nazwisko, choć zapewne lepiej znane w angielskiej wersji Burke. W mojej rodzinie wciąż żywa jest jednak tradycja mówienia w języku irlandzkim i dlatego ja nazywam się Peadar de Burca.

AW: Język irlandzki to osobny temat do rozmowy. Wiele osób może go kojarzyć z muzyki celtyckiej, ale na co dzień chyba nie jest zbyt rozpowszechniony?

PB: Nie. Mówi nim zaledwie około 3 proc. ludności Irlandii. Nasz język został zniszczony przez Anglików przez wieki ich dominacji nad wyspą, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że sami Irlandczycy też nie są tutaj bez winy. W pewnym momencie po prostu go opuściliśmy i to była nasza świadoma decyzja. Naród dążył do nowoczesności, chciał się bogacić, a nowoczesność i bogactwo kojarzone było wyłącznie z Anglikami. Chcieliśmy być jak oni, a w tym celu musieliśmy też mówić ich językiem. W efekcie sto lat temu, na przełomie XVIII i XIX wieku, język irlandzki powszechnie postrzegany był jako coś złego. Rodzice karali swoje dzieci za mówienie w tym języku, również szkoły aktywnie rezygnowały z użycia języka irlandzkiego. Dzisiaj zbieramy tego żniwo. I to pomimo tego, że obecnie wszystkie dzieci obowiązkowo uczą się irlandzkiego w szkole. Mit o tym, że to gorszy język wciąż jest żywy. Irlandzkie dzieci nienawidzą tych lekcji także dlatego, że są bardzo trudne. Jeśli tylko mają taką możliwość, chętnie ich unikają. Wolą wybrać na przykład matematykę, niż irlandzki.
To co Pan opowiada jako żywo przypomina mi sytuację z językiem śląskim, który szczególnie w okresie komunizmu kojarzono z językiem niemieckim i mocno rugowano. Myślę zresztą, że wciąż nie brakuje w Polsce kręgów, które starają się nie dostrzegać odmienności śląskiej kultury. To zaskakujące, że losy Śląska i Irlandii są tak zbieżne. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że pod tym względem może się Pan czuć tutaj jak w domu.

Podobieństw jest bardzo dużo. Irlandia ma burzliwą tradycję powstań i walki o niepodległość. Mimo to wciąż są ludzie, którym odpowiada zależność od Wielkiej Brytanii. Stąd współczesny podział na Irlandię i Irlandię Północną. Górny Śląsk po trzech powstaniach również podzielił się przed wojną na część polską i niemiecką. Nawet dzisiaj wielu tutejszych mieszkańców nadal domaga się przywrócenia odebranej im po wojnie autonomii.

AW: Jak się więc Pan odnajduje, biorąc pod uwagę wszystkie te podobieństwa, w Polsce i tutaj na Śląsku?

PB: Pyta Pan czy mi się tutaj podoba? Oczywiście. Widzę bardzo dużo zalet tego miejsca i życia właśnie tutaj – wspaniałe krajobrazy, historię i kulturę. Tutejsi ludzie są dobrzy, nawet jeśli zdobycie ich zaufania zajmuje trochę czasu. Cóż, nie wszyscy muszą być tak otwarci na innych, jak Irlandczycy. Spędzam tu naprawdę wspaniały czas.

Gdybym miał wskazywać na wady, to myślę, że dużym problemem w Polsce i na Śląsku jest tradycja złej władzy. Nie widzę osób, które chciałyby dokonać prawdziwej zmiany. Nie ważne czy mówimy o włodarzach miast, czy o rządzie centralnym – oni podejmują złe decyzje. Kierują się wyłącznie interesem swoim, swoich bliskich i wielkich biznesów. To oczywiście nie jest problem dostrzegalny wyłącznie w Polsce, ale tutaj odczuwam go bardziej, niż gdzie indziej. Weźmy pierwszy przykład w brzegu. Gliwice budują za grube miliony olbrzymią halę sportową, która tak naprawdę nie będzie miała żadnego wpływu na nasze życie. Wielokrotnie już udowodniono, że stawianie takich obiektów, to zwykła głupota i marnotrawstwo pieniędzy. Ale i tak wydaje się na nie publiczne środki, zamiast budować za nie na przykład drogi dla rowerów, z których mieszkańcy korzystaliby na co dzień, ograniczając tym samym emisję spalin.

AW: Zauważyłem, że wiele osób, które dopiero przyjechały do Gliwic zwraca uwagę na problemy z powietrzem. Rodowici mieszkańcy może się już przyzwyczaili do niego.

PB: Bez przerwy spotykam ludzi, którzy mówią, że wyjeżdżają z Polski z powodu kiepskiej jakości powietrza. To olbrzymi i niedoceniany problem. Władze Gliwic nawet nie chcą przyznać, że taki problem istnieje. Wszyscy wiedzą, że dostrzeżenie problemu, to pierwszy krok na drodze do jego rozwiązania. A oni nie chcą zrobić nawet tego. Myślę, że ta kwestia rozwiąże się najwcześniej za jakieś 20 lat. Nasze dzieci, kiedy dorosną, będą więc miały możliwość zauważyć różnicę. My niestety możemy tego nie doczekać. Konieczne zmiany postępują zdecydowanie zbyt wolno.

AW: Widzę, że nie boi się Pan ostrej krytyki. Wielu gliwiczan może zresztą kojarzyć Pana nazwisko z felietonów publikowanych w „Gazecie Wyborczej”, które charakteryzuje właśnie to, że niczego nie owija Pan w bawełnę. Bez ogródek krytykuje pan miasto, prezydenta, negatywne zjawiska obserwowane codziennie na ulicy.

PB: Dla mnie to nic niezwykłego. Po to są gazety i media w ogóle. Zdaję sobie sprawę z tego, że współcześnie media żyją raczej z przekazywania błahych wiadomości i zdjęć celebrytów. Ale nie taka jest ich rola. Nie przypadkiem nazywamy je czwartą władzą. Powinnością mediów jest właśnie krytyczne spoglądanie na rzeczywistość. Dobrze widać to i w Irlandii, i w Wielkiej Brytanii, i również w Stanach Zjednoczonych, gdzie media mają siłę doprowadzania do realnych zmian albo przynajmniej dymisji nieudolnych polityków.

W Polsce natomiast media dały się zrelatywizować. Z jednej strony mamy takie dzienniki, jak „Gazeta Wyborcza”, które postrzegane są jako reprezentatywne wyłącznie dla jednej grupy ludzi. Z drugiej – na przykład „Gazetę Polską”, która jest reprezentatywna dla innej grupy mieszkańców. Tymczasem żadna z tych gazet nie będzie stanowić autorytetu dla przeciwnej grupy Polaków. Nawet jeśli będą ją czytać, zaczną bez przekonania kręcić głową mówiąc: „Nie, to nie może być prawda”. Polskie media po prostu nie potrafią wybić się na niezależność. Byłoby dobrze, gdyby na przykład „Gazeta Wyborcza” potrafiła otwarcie chwalić niektóre poczynania obecnego rządu. Bo nie oszukujmy się, każdy rząd czasami podejmuje dobre decyzje i trzeba umieć to szczerze pochwalić. Nie można krytykować jakiejś grupy przez cały czas tylko dlatego, że się jej nie lubi.

Albo weźmy na przykład pod lupę Kościół katolicki. Jestem względem niego bardzo krytyczny, ale potrafię dostrzec również pozytywy – na przykład stosunek hierarchów kościelnych do przyjmowania uchodźców. Trzeba być uczciwym, a czytelnicy to odwzajemnią. Nadal mogą nie zgadzać się z linią, którą reprezentuje gazeta, ale przynajmniej docenią, że jest szczera w tym, co pisze. Bo jeśli przez cały czas będziesz tylko i wyłącznie krytykować, to druga strona nie przestanie cię nienawidzić. To wszystko, co uzyskasz – dwie wiecznie zwaśnione ze sobą grupy ludzi.

To co robię, to staram się nie powielać takiego podejścia w moim życiu. Często spotykam ludzi, którzy mają inne poglądy, niż moje – prawicowców, którzy są nieprzejednanymi przeciwnikami aborcji, wierzącymi, że Kościół we wszystkim ma rację. Moja opinia jest zupełnie inna, ale staram się zawsze z nimi rozmawiać. Chcę poznać ich motywację, a dzięki temu znaleźć dla nas platformę wspólnego porozumienia, gdzieś pomiędzy naszymi stanowiskami. Właśnie tego potrzebuje dzisiaj Polska – znalezienia złotego środka. Kraj nie może być wiecznie podzielony na pół, bo to droga prowadząca donikąd. Korzystają z tego wyłącznie wielkie korporacje, które wiedzą, że jak przeniosą swój biznes do Polski, to zawsze znajdą kogoś, kto będzie dla nich pracował za pół darmo. Gdyby naród nie był tak podzielony, Polakom żyłoby się dużo lepiej i to nie tylko ekonomicznie. Po prostu byliby bardziej zadowoleni z życia.

AW: Czy sytuacja w Polsce nie jest przypadkiem dość zbliżona do tego, co działo się w Irlandii kilkadziesiąt lat temu?

PB: Współczesna Polska zawsze przypomina mi Irlandię z lat 80. ubiegłego wieku. Mentalnie jesteście dokładnie w tym samym momencie. Irlandczycy również byli wówczas bardzo bogobojni i dość zaściankowi. Nie mieliśmy zbyt szerokich horyzontów.

AW: I co wydarzyło się przez lata, że dziś ta sytuacja w Irlandii wygląda zupełnie inaczej?

PB: Przede wszystkim przeżyliśmy wielką zmianę kulturalną. Przez lata Irlandczycy czuli się gorsi od innych anglojęzycznych nacji – na przykład Amerykanów czy Anglików. Stąd brała się też olbrzymia emigracja do tych krajów. Miliony mieszkańców Stanów Zjednoczonych ma dziś irlandzkich przodków. W pewnym momencie to zaczęło się zmieniać, a Irlandczycy stopniowo zyskiwali większą pewność siebie. Wpływ na to miał na pewno wielki sukces, jaki odniósł zespół U2 oraz Bono. Dzisiaj sporo osób się z nich śmieje, ale w latach 80. i 90. to właśnie oni budowali naszą pewność siebie. Bo jeśli ci chłopcy – Irlandczycy, tacy jak my – stali się sławni i podziwiani na całym świecie, to znaczy, że nie jesteśmy tacy najgorsi.

Potem przyszła jeszcze nasza reprezentacja piłkarska, która – odkąd pamiętam – grała po prostu fatalnie. Aż nagle zaczęła wygrywać. Piłkarze z Irlandii awansowali na Mistrzostwa Europy i Mistrzostwa Świata. To sprawiło, że cały naród poczuł się lepiej. Kibice zaczęli podróżować w ślad za piłkarzami po całym globie, wspólnie cieszyć się z kolejnych triumfów. Aż w końcu pokonaliśmy Anglię. To było bodaj w 1988 roku, na Mistrzostwach Europu w Niemczech. Wygraliśmy 1:0. Wiele osób wciąż jest w szoku. To naprawdę miało na nas niesamowity wpływ. Rozwój poprzez sport.

Weźmy następny fenomen – Riverdance. Słynne na cały świat irlandzkie show taneczne. Oczywiście to nie jest prawdziwy irlandzki taniec. Raczej taniec irlandzki na sterydach. Ale i tak mogliśmy się z tymi utożsamiać. To jesteśmy my, nasza kultura i ludzie to kochają. To nie mogło pozostać bez wpływu na zbiorową irlandzką psychikę.

Idźmy dalej – ekonomia. Irlandia nie ma wielu zasobów naturalnych. Największym jest bodaj potencjał turystyczny. Ale Irlandczycy kochają własność. Zaczęli więc inwestować w nieruchomości. Rozwinęło się bardzo dużo firm budowlanych, które zarabiały duże pieniądze i ciągnęły w górę całą gospodarkę. Na początku to było dobre. Dopiero potem zwariowaliśmy na punkcie kredytów, co ostatecznie skończyło się krachem w gospodarce. Ale dzięki branży budowlanej Irlandia stała się tak bogata, że nawet po kryzysie ludziom żyło się dużo lepiej, niż 30 lat temu. Wpływ na to miała na pewno też wysoko wykształcona kadra. Irlandczycy, podobnie jak Polacy, uwielbiają swoje uniwersytety, kochają studiować i mają pociąg do wiedzy. Doczekaliśmy się młodego pokolenia rwącego się do pracy i do sukcesów.

Tę samą ścieżkę sukcesu można by dziś odtworzyć w Polsce. Choć nie mam pewności, czy to by się udało. Barierą może być przerośnięta polska biurokracja. Polacy chętnie się dziś spierają, który rząd był gorszy – poprzedni czy obecny. Moim zdaniem oba są siebie warte. Platforma Obywatelska miała osiem lat, żeby zmienić Polskę i nie zrobiła praktycznie nic.

AW: Były polski premier – Donald Tusk – mówił, że Polska będzie „zieloną wyspą Europy”. Nawiązywał w ten sposób właśnie do tego irlandzkiego cudu gospodarczego, o którym mówiliśmy. Czy Pana zdaniem udało się tę zapowiedź zrealizować?

PB: Nie. Nigdy nie zrobił niczego w tym kierunku. Przede wszystkim nie ograniczył biurokracji. Mógł sprawić, żeby ludziom łatwiej było otwierać biznesy. Nie zrobił tego. Ale obecny rząd Prawa i Sprawiedliwości też tego nie robi. Dlatego jeśli chcesz dzisiaj otworzyć w Polsce własny interes, musisz pracować dwukrotnie ciężej, niż gdybyś chciał to zrobić w Irlandii. Podam przykład. Mam w Irlandii przyjaciela, którego siostra piecze ciasta. Nie potrzebuje do tego żadnego lokalu, żadnych inwestycji. Po prostu zaczęła je robić. Zgłosiła tylko swój zamiar do kontroli sanitarnej. Pracownicy naszego irlandzkiej sanepidu przyszli do jej mieszkania, skontrolowali jedynie czy jest czysto i wydali zgodę. „Proszę bardzo, możesz tu piec swoje ciasta” – powiedzieli. A w Polsce? Tu również mam przyjaciółkę w podobnym biznesie. Myśli Pan, że wolno jej piec ciasta u siebie w mieszkaniu? Nigdy w życiu! Musi mieć do tego specjalną kuchnię, która spełnia mnóstwo wyśrubowanych standardów. To jakieś szaleństwo! Jeśli chcecie mieć w Polsce „zieloną wyspę”, to musicie zacząć od upraszczania ludziom życia.

I zacząć ludziom godziwie płacić, żeby nie zarabiali jednej piątej tego, co pracownicy na zachodzie Europy. Znam nauczycieli w Polsce, którzy zarabiają – w przeliczeniu – może tysiąc euro. To jest żenujące! Dla porównania, moja zaprzyjaźniona nauczycielka z Irlandii zarabia 52 tys. euro rocznie. To musi się zmienić. Płaćcie nauczycielom godziwe pieniądze. Płaćcie lekarzom godziwe pieniądze. Płaćcie policjantom godziwe pieniądze. Wtedy będą zmotywowani, będą się bardziej starać, a kraj będzie mógł się rozwijać. A jak ludzie będą mieli pieniądze, nie będą musieli szukać pracy za granicą. Będą zostawali w kraju i tutaj wydawali zarobione złotówki. Nie robicie tego. Wręcz przeciwnie, dajecie się wyzyskiwać zagranicznym korporacjom, które szukają w Polsce wyłącznie taniej siły roboczej, żeby pomnażać swoje zyski.

To samo jeśli chodzi o sklepy. Uderzyło mnie to, gdy tylko tu przyjechałem. To miał być zupełnie inny świat, a gdzie nie spojrzeć, wszędzie widziałem markety TESCO. Zupełnie jak u mnie w domu. Albo Biedronki, Lidle itd. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego nie ma wielkiej sieci polskich supermarketów. Macie dostęp do wspaniałego jedzenia i mnóstwa innych zasobów, ale nie potraficie przekuć tego w sukces. Dlaczego? Ktoś mi powiedział, że to wina Polaków, bo nie umieją współpracować dla wspólnego dobra. Nie przekonuje mnie taki argument. To przecież bardzo naturalne, żeby Polacy kupowali polskie jedzenie w polskich sklepach i żeby ich pieniądze zostawały w Polsce. Nie chce mi się wierzyć, że mądrzejsi ode mnie ludzie pracujący dla polskiego rządu nie potrafią dojść do tych samych wniosków i wprowadzić ich w życie. Trzeba by zapytać, dlaczego tego nie robią? Dlaczego politycy wszystkich partii nie dojdą wspólnie do takich budujących wniosków i nie zaczną po prostu wprowadzać ich w życie?

AW: Bo w naszym kraju każda partia ma swoje własne, najlepsze pomysły na rozwój gospodarki. W Polsce wydaje się niemożliwe to, co obserwujemy w innych krajach, gdzie duże partie potrafią tworzyć koalicje i wyznaczać wspólny kierunek w rozwoju, współpracować ponad podziałami.

PB: Tak właśnie powinno to wyglądać, bo tak zachowują się patrioci. Nie patrzą na swoje osobiste poglądy, ale mówią jasno: “postawmy kraj na pierwszym miejscu”. Chodzi o to, żeby ustalić wspólnie, co jest dobre dla edukacji, co jest dobre dla służby zdrowia, co jest dobre dla rozwoju infrastruktury, a następnie zebrać te wszystkie cele w jeden plan rozpisany na 10 lat, który byłby realizowany niezależnie od tego, kto akurat będzie u władzy. Nawet jeśli rząd się zmieni, ten plan będzie nadal wdrażany. Bo najważniejszy powinien być kraj i ludzie, którzy w nim mieszkają, a nie partyjne poglądy. To banalnie proste. Wróćmy jeszcze raz do Gliwic i wyobraźmy sobie, że zamiast drogi przez środek miasta – ja wiem, że ona była planowana przez dziesięciolecia – odbudowujemy kanał, który niegdyś tamtędy przebiegał. Na jego brzegach mogłyby powstać kawiarnie, a mieszkańcy wypływaliby na wodę łódkami lub spacerowali po nabrzeżnych bulwarach. Pochodzę z miasta w zachodniej Irlandii, gdzie w centrum jest taki właśnie kanał. Ludzie z całego świata przyjeżdżają, żeby móc go zobaczyć. Później wydają na miejscu swoje pieniądze, dzięki czemu miasto staje się coraz bogatsze. Tak samo mogłoby być w Gliwicach. Tym bardziej, że ukierunkowani jesteśmy na pracowników firm programistycznych, ludzi w typie hipsterów, którzy mogliby patrzeć na to miasto z zachwytem: “patrzcie, to są Gliwice – wspaniałe miejsce i mają ten piękny kanał w centrum, wokół którego gromadzą się ludzie szukający sposobów na miłe spędzenie czasu”. Ta wizja mogłaby ich tu przyciągać, sprawiać, że chcieliby tu zamieszkać ze swoimi rodzinami, mieć dzieci.

Dokładnie tak dzieje się dzisiaj w Kopenhadze – mieście bardzo przyjaznym dla ludzi i dla rodzin. Tak samo mogło być w Gliwicach. A co mamy w zamian? Drogę! Przychodzą do mnie ludzi i mówią: “dzięki tej drodze dojeżdżam do Katowic 5 minut szybciej”. To naprawdę wspaniałe! Nieważne, że dla tych 5 minut zniszczyliśmy miasto, wpuściliśmy do niego spaliny, rozpołowiliśmy je na dwie odseparowane od siebie części.

AW: Cały czas mówimy o Irlandii, ale nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że opisuje Pan Polskę. Podobieństwa są uderzające. Polacy też masowo emigrują do Stanów Zjednoczonych i do Anglii. Nasza drużyna piłkarska gra najlepiej od dziesięcioleci. Pierwszy raz w historii wygraliśmy z Niemcami. Dostrzega Pan więcej takich podobieństw?

PB: Oczywiście, Polacy i Irlandczycy są bardzo podobni mentalnie. Mają tendencję do tego, żeby czuć się gorszymi od innych, szczególnie prześladowanymi przez los. Zauważyłem, że w Polsce bardzo żywe jest poczucie bycia ofiarą, podkreślania, że inne kraje nas skrzywdziły. W Irlandii było podobnie – też tak myśleliśmy. A potem po prostu przestaliśmy. 20 lat temu powiedzieliśmy sobie, że chcemy się zmienić, że nie chcemy być już ofiarami, którym ludzie tylko współczują. Zamarzyliśmy o wielkości.

AW: Zaczęliście patrzeć w przyszłość, a nie wyłącznie za siebie.

PB: Dokładnie tak. To było bardzo ważne dla procesu pokojowego w Irlandii Północnej, który zaczął się w 1995 roku, a już trzy lata później osiągnęliśmy porozumienie, na mocy którego walki zostały wstrzymane. W latach 80. i 90. nie było dnia, żeby nie pojawiały się informacje, że ktoś w Irlandii Północnej został zastrzelony albo zginął w ataku bombowym. To była nasza codzienność. Nie ważne, czy mieszkałeś na północy, czy na południu kraju. Takie informacje musiały wpędzać cię w depresję.

I nagle wszystko się skończyło. Politycy porozumieli się i zatrzymali tę narastającą falę przemocy. To zasługa między innymi Bertiego Aherna – bardzo dobrego negocjatora, który był wówczas premierem. To on usiadł do stołu z Tonym Blairem oraz Gerrym Adamsem z północnoirlandzkiej partii Sinn Féin i wspólnie wypracowali to porozumienie. Nareszcie nastał pokój. Więc jeśli ci ludzie, którzy tak się nienawidzili, których poplecznicy przez czterdzieści lat wzajemnie się zabijali, potrafili się porozumieć, to nie uwierzę, że takie porozumienie ponad podziałami nie jest możliwe tutaj w Polsce. Możecie brać przykład z Irlandii. My również byliśmy ofiarami, wydawało nam się, że wszyscy są przeciwko nam. Ale wystarczyło zmienić sposób patrzenia na świat, żeby zrozumieć, że tak nie musi być.

Oczywiście nie wystarczy porozumienie na szczycie. Również ludzie muszą się zmienić. Myśleć bardziej lokalnie. To bardzo ważne zarówno dla mnie, jak i mojej żony, żeby żyć lokalnie. To żaden problem wsiąść do samochodu i pojechać na zakupy do hipermarketu. Zdarza nam się. Ale najczęściej staramy się robić zakupy w małych, osiedlowych sklepach. Zabieramy ze sobą rowery obładowane siatkami i wypełniamy je do pełna. Staramy się nie korzystać z samochodu, nie brać plastikowych toreb, zostawiać nasze pieniądze u polskich przedsiębiorców. W ten sposób każdy z nas może pomagać swoim sąsiadom, wspierać lokalną gospodarkę.

Albo inny przykład. Siedem lat temu, gdy przyjechałem do Gliwic po raz pierwszy, park za naszą kamienicą był pełen psich kup. Za każdym razem zabieraliśmy więc ze sobą na spacer plastikowe woreczki. Gdy tylko widzieliśmy kogoś z psem załatwiającym swoje potrzeby, dawaliśmy mu woreczek, żeby mógł posprzątać po swoim pupilu. I to zaczęło działać. Sytuacja się zmieniła. Dzisiaj kupa w naszym parku to coś bardzo rzadkiego. Na tym właśnie polega branie odpowiedzialności za swoje otoczenie. Jeśli gdzieś w naszym sąsiedztwie mieszka samotna starsza osoba, nie bójmy się serdecznie jej pozdrowić. Nie ważne, że jej nie znamy. Po prostu przywitajmy się i zapytajmy, czy wszystko u niej w porządku. To proste – wystarczy przestać być samolubnym i pomyśleć czasem o okolicy, w której żyjemy.

AW: Dlaczego zatem wyjechał Pan z Irlandii i przyjechał do Polski? Kiedy to było?

PB: Wydaje mi się, że to było w 2010 roku, kiedy urodziła się moja pierwsza córka. Chyba się bardzo nie pomylę, jeśli powiem, że główny powód, dla którego obcokrajowcy przyjeżdżają do Polski, to fakt, że zakochali się w jednej z tutejszych kobiet. Dokładnie tak było ze mną. Był taki moment w moim życiu, że rzuciłem się w wir pracy – bardzo dużo pisałem i wystawiałem. Pracowałem po 18 godzin na dobę, aż w pewnym momencie poczułem się wypalony. Potrzebowałem zmiany – z różnych względów. Wtedy poznałem moją żonę, której praca wymagała od niej pozostania w Polsce. Stwierdziłem, że mogę pojechać tam razem z nią. To miała być dla nas obojga wielka przygoda.

Dla Irlandczyka emigracja to w sumie chleb powszedni. Tylko, że zazwyczaj wyjeżdżamy do Stanów Zjednoczonych albo Australii. To dla nas wygodne, bo znamy język. Ja postanowiłem porwać się na coś bardziej ambitnego, coś co byłoby prawdziwym wyzwaniem. I tak właśnie trafiłem do Polski. Myślę, że każdy w połowie swojego życia, gdy ma trzydzieści kilka lat, powinien rzucić sobie jakieś wyzwanie. To budzi, wyrywa z monotonii. Jak tylko tu przyjechałem od razu pojawiły się różne problemy. To było dobre, bo problemy sprawiają, że ludzie muszą przemyśleć pewne sprawy, zastanowić się dwa razy, muszą się zmierzyć sami ze sobą, przestają być leniwi.

Lenistwo to wróg każdego z nas. Ciągle chodzimy do tych samych sklepów, spotykamy się z tymi samymi przyjaciółmi, w piątki chodzimy do tego samego pubu. Popadamy w rutynę. Życie zaczyna nas nudzić. I wtedy właśnie wyjeżdżamy na drugi koniec świata. Ja tak zrobiłem. Przyjechałem do Polski, z dala od mojej strefy komfortu. Musiałem znaleźć nowych przyjaciół, nowe zajęcie, nowe sposoby komunikowania się z ludźmi mówiącymi w innym języku – w zasadzie całkiem nowy sposób na życie. Musi Pan wiedzieć, że w Irlandii zarabiałem naprawdę dobre pieniądze. A w Polsce? Mógłbym na przykład uczyć języka, ale to zupełnie nie dla mnie. Poza tym, nie jestem nauczycielem, więc nie będę udawał nauczyciela tylko po to, żeby zarabiać pieniądze. Polska przywitała mnie więc nieustannymi wyzwaniami, ale dzięki temu jestem dzisiaj lepszym człowiekiem. Z perspektywy czasu stwierdzam, że przyjazd tutaj to był znakomity pomysł. Oczywiście, były momenty, gdy czułem się bardzo źle z dala od mojego kraju, moich przyjaciół, mojego dawnego życia. Ale więcej było momentów radości i zadowolenia. Bycie tutaj, z moją rodziną, możliwość zajmowania się dziećmi – to dla mnie bardzo wiele znaczy. Nigdy bym się już nie zamienił na moje dawne życie.

AW: Czytałem, że z pomocą córek próbuje się Pan uczyć polskiego.

PB: Próbowałem dwukrotnie, ale mi nie wyszło. To po prostu zbyt trudne.

AW: Trudniej, niż z irlandzkim?

PB: Ciężko mi to porównać. Z irlandzkim się wychowywałem, więc może mi się wydawać łatwy. Moje córki mówią płynnie po polsku i angielsku, a teraz uczą się irlandzkiego. Ale dla nich to proste, bo są młode. Z wiekiem nauka języka przychodzi coraz trudniej. Nie tylko dlatego, że człowiek stopniowo traci połączenia nerwowe w mózgu, ale też dlatego, że robi się leniwy. Może gdybym przez ostatnie siedem lat poświęcał codziennie dwie godziny na naukę polskiego, dzisiaj rozmawialibyśmy już po polsku. Nauka zabiera jednak dużo czasu, a ja wbrew pozorom nie mam go bardzo wiele. Muszę pisać książki, artykuły do gazet, opiekować się córkami, bo moja żona pracuje na pełny etat. Oczywiście uwielbiam się nimi zajmować, uczyć nowych rzeczy, ale to zabiera mi czas, który mógłbym poświęcić na przykład na naukę polskiego.

AW: Bycie ojcem na tzw. pełny etat to nie jest częste zjawisko w Polsce. Zwykle dziećmi zajmują się tutaj jednak kobiety. Wyobrażam sobie, że gdy idzie Pan ze swoimi córkami na przykład na plac zabaw, musi to wyglądać dziwnie. Same matki i Pan – jedyny mężczyzna.

PB: Bez przerwy przytrafiają mi się różne zwariowane sytuacje. Piszę sporo komedii, a większość opowiada o tym, jak opiekuję się moimi córkami. Jest taka historia, o którą wszyscy proszą, żebym im opowiedział. Jechałem wtedy samochodem z moją młodszą córką, Maliną, gdy nagle zachciało jej się zrobić kupę. Generalnie zgubiliśmy się. Byliśmy gdzieś na Śląsku z dala od domu. A ona ciągle krzyczała: „Tatuś, siusiu, kupa”. Musieliśmy szybko znaleźć jakąś łazienkę. Zatrzymaliśmy się w jakiejś wsi. Wysiedliśmy, a ja chciałem zapukać do pierwszego napotkanego domu. Na każdej bramie był jednak ten sam napis: „Uwaga pies”. Na niektórych był jeszcze bardzo przekonujący obrazek rottweilera zjadającego ludzką twarz. Moja córka miała już jednak spodnie ściągnięte do kostek, więc nie było odwrotu. Zanim jednak dostałem się do najbliższych drzwi, zaatakował mnie jakiś mały szalony pies i zaczął gryźć po kostkach. Próbowałem go jakoś odgonić. W tym czasie otworzyły się drzwi i stanęła w nich właścicielka domu, typowa śląska gospodyni w kwiecistym fartuchu. Musiała być bardzo zdziwiona, bo wyglądałem, jakbym gwałcił jej psa. Zapytała mnie, co robię. A ja na to: „siusiu, kupa”. Wystraszyła się i zaczęła wołać swojego męża. Ten szybko się pojawił – w kamizelce i z laską. Zaczął nią wymachiwać w moją stronę. Chciałem jakoś wyjaśnić, że to nie ja chcę zrobić kupę, tylko moja córka. Wziąłem ją na ręce. On machał przed nią swoją laską. Pies szczekał. W tym momencie Malina nie wytrzymała i narobiła prosto na tego biednego psa. To była chyba najdziwniejsza rzecz, jaka przydarzyła mi się w Polsce. Ale wcale nie jedyna.

AW: Jakie inne historie lubi Pan opowiadać?

PB: Raz zostałem zaatakowany przez warszawską ekipę filmową. Po całym dniu zajmowania się córkami wracaliśmy z kawiarni do domu niosąc ze sobą wielką butlę soku jabłkowego. To było kilka lat temu, gdy większość uliczek w centrum była rozkopana i mieliśmy tylko jedną drogę do domu. Nagle wyrósł przede mną jakiś człowiek z krótkofalówką i zaczął na mnie krzyczeć po polsku. Mówiłem mu, że nic nie rozumiem. Dopiero jak się rozejrzałem zauważyłem, że oni kręcili tam jakiś film. Widziałem sporo ludzi, kamery, aktorów przebranych za radzieckich żołnierzy. I ten człowiek z krótkofalówką krzyczący na mnie, że mam się wynosić z planu zdjęciowego. Przeprosiłem go i próbowałem wyjaśnić, że to jedyna droga jaką możemy wrócić do domu. Kazał nam iść za sobą, ale bez przerwy nas poganiał. Powiedziałem mu, żeby trochę wyluzował, a on zdjął marynarkę i próbował się na mnie rzucić. To nie był żaden mięśniak. Normalny facet, wykształcony, znał języki. Nie mógł mi nic zrobić, bo miałem przed sobą tę wielką butlę soku. Odepchnąłem go i zaraz otoczyło mnie kilku innych, takich jak on. Ludzie w typie hipsterów – chudzi, w okularach przeciwsłonecznych. Chcieli się ze mną bić. Pomyślałem, że to nie może się dziać. Jeszcze dziwniejsze było to, że część z napastników była w strojach sowietów. Pomyślałem sobie, że tak musieli się czuć gliwiczanie w 1945 roku, gdy do miasta wkraczała Armia Czerwona. Nie było mowy, żebym się z nimi bił. Zamiast tego po prostu usiadłem na ulicy. Powiedziałem im, że to absurdalne i że nigdzie się nie ruszę póki mnie nie przeproszą. Byli wściekli, przeklinali mnie, grozili, że zadzwonią po policję. Powiedziałem im, żeby dzwonili. Policjanci przyjechali i odjechali. Siedziałem tam jeszcze przez godzinę. W tym czasie podchodzili do mnie różni producenci filmowi. Żaden mnie nie przeprosił. Uznałem w końcu, że wrócimy do domu, ale chciałem, żeby wiedzieli, że zachowali się bardzo źle. Tak nie traktuje się ludzi. A moje dziewczynki zupełnie jakby dla nich nie istniały.

Takich zwariowanych historii jest mnóstwo. Z drugiej strony, opiekując się córkami zawieram też sporo znajomości. Wielu naszych znajomych to osoby, które poznałem na placu zabaw. Moja żona ma bardzo dobrą przyjaciółkę, Martę, którą poznała właśnie dzięki moim regularnym wypadom na plac zabaw. To że spędzam tyle czasu z moimi córkami często bardzo mi też pomaga. Zawsze mogę je poprosić, żeby coś mi przetłumaczyły albo wyjaśniły. To częsty obrazek, że moja starsza, 7-letnia córka objaśnia mi sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. To ona wtedy rządzi. Mam tylko nadzieję, że to pozytywnie wpływa na ich pewność siebie, ale nie stresuje ich nadmiernie.

AW: Słyszałem też, że wiele zabawnych sytuacji wynika z tego, że stale przekręca Pan imię swojej młodszej córki i woła na nią „Melina”. To musi być strasznie śmieszne, gdy na przykład szuka jej Pan na placu zabaw i pyta przypadkowych ludzi, gdzie jest melina.

PB: Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek zgubił moją córkę na placu zabaw. Jest bardzo mądra i trzyma się blisko mnie. Ale faktycznie nie potrafię dobrze wymawiać jej imienia, więc ludzie często się dziwią, dlaczego dałem jej tak głupio na imię. „Serio, nazwałeś swoją córkę Melina?” – nie potrafią uwierzyć. A ja przytakuję. Takie wpadki językowe w ogóle przytrafiają mi się dość regularnie. Ludzie często nie mają pojęcia, co chcę powiedzieć. Żona kiedyś wysłała mnie do sklepu po jajka. Kilka razy powtórzyła polskie słowo, którego mam użyć w rozmowie z ekspedientką. Ale i tak go zapomniałem, więc gdy już byłem w sklepie, zacząłem gdakać jak kura, żeby powiedzieć, czego potrzebuję. A ekspedientka wręczyła mi kurczaka.

AW: Wspomnieliśmy już o tym, że pisze Pan felietony do „Gazety Wyborczej”. Jak się zaczęła ta współpraca?

PB: Pierwsza zgłosiła się do mnie gazeta z Prudnika, którą kieruje przyjaciel moich teściów. Zapytali mnie, czy nie chciałbym od czasu do czasu czegoś dla nich napisać za darmo. Zgodziłem się. Tak to się zaczęło. Dopiero po jakichś dwóch, trzech miesiącach publikowania w Prudniku skontaktowała się ze mną „Gazeta Wyborcza”. Powiedzieli, że czytali moje teksty i czy dla nich też bym nie mógł pisać raz w tygodniu.

Dodatkową trudnością jest to, że pisze Pan po angielsku. Słyszałem, że teksty wysyłane do druku tłumaczą wcześniej Pana teściowie.

Tak, dokładnie robi to mój teść Adam. Jest bardzo cierpliwy i naprawdę lubi to robić. Myślę, że w młodości marzyło mu się, że zostanie kiedyś tłumaczem. Ale jego ojciec był inżynierem w kopalni, więc wybrał dla inną karierę. Teraz dzięki mnie ma możliwość zrealizować swoje marzenia z dzieciństwa, więc bardzo lubi to robić. Nie spłoszyło go nawet to, że na początku dość często używałem w swoich tekstach wulgaryzmów, które on musiał potem tłumaczyć. Nie wiem, jak się z tym czuł. Czasami było dość niezręcznie, gdy dzwonił do mnie w trakcie robienia tłumaczenia, żeby o coś dopytać i czytał te wszystkie niezbyt grzeczne określenia, których użyłem. To dość dziwne, gdy dzwoni do ciebie teść i pyta się na przykład, co to jest seks analny, a ty musisz mu obrazowo wyjaśniać, żeby wiedział, jak to przełożyć na polski. Czasami musiało być mu też trochę niezręcznie, gdy tłumaczył moje artykuły atakujące Kościół, bo sam jest bardzo religijny. Na pewno nie było mu łatwo pracować przy felietonach atakujących jego własne przekonania. Nigdy nie dał jednak po sobie znać, że jest z tego niezadowolony. Przy okazji często ze sobą rozmawiamy na różne tematy światopoglądowe.

AW: Pana główne zajęcie to jednak nie pisanie do gazet, ale sztuk teatralnych. Jest Pan dramatopisarzem i często wystawia swoje sztuki w teatrze w Katowicach. Spotkałem się również z określeniem, że zajmuje się Pan stand-upem. Czy to dobre określenie na to, co Pan robi na co dzień?

PB: Jak najbardziej. Właśnie niedawno wróciłem z Krakowa z festiwalu komediowego, gdzie dawałem przedstawienia. Często zajmowałem się tym jeszcze w Irlandii. Szło mi zresztą bardzo dobrze. W Polsce nie mam już tylu okazji do występowania. Zwykle nie grywam częściej, niż raz na kwartał, a w Irlandii występowałem nawet kilka razy w tygodniu. To z pewnością jedna z tych części mojego życia, za którymi najbardziej tęsknię. Ale zdarza się też tak, że na mój występ przychodzi na przykład tylko dziesięć osób. Ciężko jest rozśmieszyć taką małą grupę. Przy, dajmy na to, sześćdziesięciu ludziach na widowni jest dużo łatwiej. Ale lubię to bardzo i żałuję, że występuję tak rzadko. Aktualnie dużo więcej piszę. Skończyłem właśnie pisać swoją pierwszą powieść.

AW: O czym ona jest?

PB: Napisałem o nastolatce, która zaginęła gdzieś na Śląsku. Na poszukiwania wyrusza jej sąsiadka. Książka jest jednak po angielsku i boję się trochę, że sporo straci przy tłumaczeniu. Waham się więc, czy w ogóle wydawać ją w Polsce, czy nie poszukać wydawnictwa gdzieś na Wyspach, gdzie wydrukowana byłaby w oryginale. To dla mnie w tej chwili największy problem. Ale najważniejsze, że powieść w ogóle jest skończona i gotowa do wydania.

AW: Czy to, że występujesz po angielsku stanowi jakieś utrudnienie? Łatwo jest rozśmieszyć polską publiczność nie mówiąc z jej języku?

PB: Okazuje się, że to nie problem. Na moich przedstawieniach w Teatrze Korez bywa po 100-150 osób i zawsze bardzo żywiołowo reagują. Myślę, że ludzie, którzy przychodzą na moje występy po prostu chcą się śmiać i dlatego jest mi łatwiej. Kiedyś po przedstawieniu podszedł do mnie jeden z widzów i powiedział, że bardzo mu się podobało. Zapytałem, dlaczego? On odparł, że zwykle zagraniczni standuperzy w swoich występach dworują sobie z Polaków, a ja śmieję się przede wszystkim z samego siebie. Takie właśnie są moje teksty. Czasami krytykuję w nich Polskę, ale najczęściej faktycznie piszę o sobie i swoim szalonym życiu w Polsce.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę zatwierdź swój komentarz!
Podaj swoje imię i nazwisko