Andrzej Wawrzyczek, magazyn eImperium: Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest Pan swego rodzaju medycznym celebrytą. Operacje, które Pan wykonuje są bardzo spektakularne. Bardzo dobrze „sprzedają się” w mediach. Do tego jest Pan charyzmatyczną osobą, jednym z najmłodszych obecnie profesorów medycyny w Polsce. To wszystko składa się na fakt, że media bardzo się Pana pracą interesują.

Prof. Adam Maciejewski: Każde działanie ma jakieś skutki uboczne i to jest właśnie jeden z nich. Proszę mi wierzyć, że generalnie stronię od tego i staram się ograniczać moją obecność w mediach. A celem tego, że czasami dzielę się moimi osiągnięciami jest to, żeby mieć możliwość dalszego rozwoju i działania. Z jednej strony zależy to bowiem od świadomości społecznej, czyli informacji, że istnieje ośrodek i zespół lekarski, który wykonuje operacje jeszcze do niedawna niemożliwe do przeprowadzenia, a z drugiej od wsparcia finansowego, które jest niezbędne do prowadzenie zakupów nowoczesnych urządzeń, instrumentarium, odbywania szkoleń, uczestnictwa w różnego rodzaju konferencjach głównie za granicą. To są powody, dla których od czasu do czasu się przełamuję i decyduję dzielić pewnymi informacjami.

Skąd u Pana taka rezerwa względem mediów?

Na początku tego całego szumu medialnego wokół mojej osoby, będąc naiwnym i łatwowiernym, poważnie się sparzyłem na współpracy z mediami. Chodziło o bardzo poważną sprawę, a mianowicie osobę matki dawcy twarzy przy pierwszym naszym przeszczepie. Niektóre redakcje strasznie wtedy żerowały na tej sensacji pomijając jakiekolwiek aspekty etyczne takiego postępowania. Nigdy więcej nie dam się więc w coś podobnego wmanewrować. Dlatego dla niektórych mediów drzwi mojego gabinetu są po prostu zamknięte i tak pozostanie. Tak jak wspomniałem, to że dzielimy się jako zespół naszymi osiągnięciami, wynika z potrzeby informowania o nich opinii publicznej i środowiska lekarskiego, co w pewien sposób przekłada się później na możliwość dalszej pracy bez lęku o kwestie finansowe. Przy czym nie chodzi tu o żadne osobiste gratyfikacje, dla lekarzy, ale o finansowanie naszych badań.

Myślę, że dobrze, że jednak się Pan czasem przełamuje, bo operacje przeszczepów i replantacji wykonywane przez Pana zespół są uznawane za przełomowe w świecie medycznym. Szkoda by było o nich nie mówić.

Te głośne medialnie przypadki to są tak naprawdę wyjątki. Kropla w morzu tego, czym się zajmujemy i co u nas w klinice dzieje się na co dzień. Od 2001 roku, bo wtedy rozpoczęliśmy zabiegi rekonstrukcyjne oparte o mikrochirurgię, wykonaliśmy blisko 2,5 tys. operacji, często dużo trudniejszych o tych, które są nagłaśniane przez media. Staramy się więc raczej legitymować naszym doświadczeniem, które pozwala nam na to, żeby takie spektakularne zabiegi wykonywać. A poza tym dążmy do tego, żeby te zabiegi wkrótce stały się w polskiej medycynie standardem. Ale do tego potrzebna jest, tak jak mówiłem, świadomość społeczna, świadomość środowiska lekarskiego oraz wspomniane już środki finansowe.

Jak wobec tego wygląda taki typowy dzień w klinice? Ten szary, typowy dzień, który schowany jest w cieniu wielkich, medialnych sukcesów?

To przede wszystkim ciężka praca i zaangażowanie całego zespołu. To nie jest tak, że ja sam sobie coś wymyślam, robię i zbieram później laury za pojedyncze zabiegi. Nie, to jest codzienna ciężka praca. Zwykle cztery z pięciu dni w tygodniu spędzam razem z członkami mojego zespołu przy stole operacyjnym. Czasami są to zabiegi kilkunastogodzinne wymagające właściwego planowania i wysokich kwalifikacji. Tym się tak naprawdę zajmujemy – codziennym, rutynowym leczeniem chorych, najlepiej jak tylko potrafimy.

Mówimy tu o zabiegach rekonstrukcyjnych. W gruncie rzeczy chodzi więc nie tyle o samo operacyjne leczenie nowotworów, ale o operacje plastyczne u chorych już po zakończonym leczeniu onkologicznym.

Tak, w cudzysłowie można to określić mianem operacji plastycznych. Chodzi o to, że niektóre nowotwory powodują w ciele pacjenta tak obszerne zniszczenia w strukturach tkankowych, że aby człowiek mógł normalnie funkcjonować, trzeba je czymś zastąpić. Trzeba odtworzyć je w taki sposób, aby chory mógł wrócić do dawnego życia. Żeby jego wygląd możliwie nie odbiegał od tego sprzed choroby, żeby pacjent mógł wrócić do społeczeństwa i miał szansę na normalne życie. I to jest tak naprawdę podstawowym celem naszej działalności – żeby dać ludziom szansę powrotu do najlepszej jakości życia po tego typu leczeniu. Przy czym dotyczy to wszelkich umiejscowień. Czy jest to nowotwór rejonu głowy i szyi naciekający żuchwę, nos albo oczodół; czy jest to rak piersi, który skutkuje koniecznością amputacji; czy są to nowotwory kości długich kończyn, w których etap rekonstrukcyjny pozwala na zachowanie takiej kończyny. Tego typu przykładów jest bardzo dużo. Praktycznie każda lokalizacji nowotworu w pewnym stopniu zaawansowania może powodować takie defekty, które nie pozwalają na normalne życie. I celem chirurgii rekonstrukcyjnej jest, można powiedzieć, rola służebna, czyli po sunięciu tkanek rakowych takie odtworzenie ubytku, aby chory mógł normalnie wrócić do życia.

Wydaje się, że to jest w medycynie nowe podejście. Że 20-30 lat temu nie przykładano do tego aż tyle uwagi.

Tu Pana zaskoczę, bo do tego przykładano uwagę od średniowiecza. Oczywiście były to jakieś pojedyncze przykłady, natomiast rozwój mikronaczyniowej chirurgii rekonstrukcyjnej na świecie rozpoczął się od początku lat 80. ubiegłego wieku i gdzieś w latach 90. stał się już standardem. U nas niestety odbywało się to troszeczkę wolniej, dlatego dzisiaj musimy gonić w tej kwestii Zachód. Robimy co w naszej mocy, żeby zapewnić chorym najlepszą opiekę, nie odbiegającą od standardów światowych.

Nagroda tzw. medycznego Oscara, którą Pana zespół odebrał kilka tygodni temu w Stanach Zjednoczonych pokazuje chyba, że udało już się Wam ten Zachód dogonić.

To ogromna radość i satysfakcja być docenionym przez ludzi, którzy się tym zajmują. Eksperci stojący za tą nagrodą nie oceniają naszych działań jak widz w telewizji, który kątem oka obejrzy, że ktoś gdzieś tam na Śląsku zrobił przeszczep twarzy albo replantację skalpu. To są fachowcy, grono osób, które potrafi to właściwie ocenić i docenić. Tym większa jest więc nasza satysfakcja i radość z tego wyróżnienia.

Nagroda przypadła Wam w kategorii „Best case”, czyli – w dosłownym tłumaczeniu – za najlepszy przypadek. Chodziło o skomplikowaną transplantację narządów szyi. Laikowi ciężko sobie w ogóle wyobrazić, jak takie operacje, gdzie w grę wchodzą mikroskopijnej wielkości naczynia krwionośne czy nerwy, w ogóle udaje się wykonać. Czy da się to opisać w prostych słowach?

Zaczyna się od tego, że istnieje jakiś ubytek, który obejmuje skórę, tkankę tłuszczową i mięśnie, a czasami także kości. Kolokwialnie mówiąc jest pewna dziura w ciele, na przykład w policzku. Żeby odtworzyć brakującą tkankę trzeba pobrać kawałek ciała pacjenta z innego miejsca, czyli dajmy na to z uda albo przedramienia. Dzięki temu nie ma ryzyka, że przeszczepiony w miejsce brakującej części fragment zostanie odrzucony. Cała trudność polega na tym, że żeby implantowane tkanki żyły, musi być zachowany do nich dopływ krwi. Przeszczepiony fragment musi mieć więc tętnicę doprowadzającą krew i żyły, które ją odprowadzą. Następnie naczynia te należy połączyć, na zasadzie prostego zespolenia elementów rurowatych, z naczyniami na szyi pacjenta, które najpierw dostarczą, a następnie odbiorą krew, pozwalając w ten sposób żyć przeszczepionemu kompleksowi tkanek. Cały kłopot tak naprawdę jest w tym, że te naczynia są bardzo małe, rzędu jednego-dwóch milimetrów.

Podejrzewam, że problemem może być też ilość tych połączeń, których może być do zespolenia bardzo dużo.

Niekoniecznie. W niektórych obszarach tkankowych wystarczą tylko dwa: jedna tętnica i jedna żyła. Łączy się je pod mikroskopem przy użyciu nici cieńszych od ludzkiego włosa, których gołym okiem niemal nie widać. Najważniejsze, żeby ten przepływ krwi był skuteczny. Żeby ta cała struktura mogła żyć i mogła się naturalnie wgoić, a tym samym stać się ekwiwalentem policzka, który z powodu zajęcia nowotworem musiał zostać usunięty.

Jak to się właściwie stało, że Pan wstąpił na tę ścieżkę medyczną?

Jak to w życiu. W dużej mierze przypadkiem. Tyle lat temu to było, że już dobrze nie pamiętam. Decydujące było zapewne to, że widziałem olbrzymie zapotrzebowanie i możliwości, jakie stwarza chirurgia. Fascynowało mnie dawanie chorym szansy na poprawę wyników leczenia w postaci podniesienia jakości życia, co u chorych w tamtym czasie, kilkanaście lat temu, nie było powszechne. Następnie krok po kroku starałem się, wraz z zespołem dedykowanym do tego celu, podnosić nasze kompetencje i przenosić na polski grunt standardy światowe w tym zakresie. Widząc sens i wyniki naszych działań zespół stopniowo się powiększał i rozwinęliśmy się tak, jak może Pan oglądać dzisiaj.

A sama decyzja pójścia na studia lekarskie? Tradycje rodzinne miały tu jakieś znaczenie?

Nie, bardziej przypadek. Dużo moich kolegów szło na medycynę i bardziej to miało na mnie wpływ, niż jakiekolwiek rodzinne tradycje.

Jaki wpływ na Pana karierę miało to, że jest Pan synem wieloletniego dyrektora gliwickiego Centrum Onkologii? Nazwisko w takiej sytuacji bardziej pomaga czy przeszkadza?

Nie wiem. Trudno mi się do tego odnieść, bo tak naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Powiem wprost – mało mnie to obchodzi.

Krótko mówiąc, robi Pan swoje.

Dokładnie tak. Bardziej interesują mnie efekty i działanie, niż jakaś otoczka związana z moją pracą.

Fascynuje mnie to, że mimo niewątpliwych sukcesów, wciąż pracuje Pan w Gliwicach. Podejrzewam, że gdzie by się Pan nie udał, w każdy szpitalu w Polsce, a może i na świecie chętnie by Pana przyjęli do pracy.

Nie potrafię tego rozpatrywać w takich kategoriach, bo nigdy nie myślałem nad zmianą miejsca pracy. Oczywiście, że miałem różne propozycje, ale ten aspekt finansowy, który zdecydowanie jest lepszy gdziekolwiek indziej na świecie, dla mnie nigdy nie był i nie będzie decydujący. Ja tu mam pewien cel, pewną świadomość, że to co robię ma sens oraz możliwości rozwoju. Czuję się też odpowiedzialny za ten zespół. Także nawet jeśli takie myśli komuś chodzą po głowie, to jego sprawa. Mnie to raczej nie dotyczy.

Jakie wobec tego są te cele i ambicje, które Panem kierują? Co w najbliższym czasie chciałby Pan osiągnąć?

Przede wszystkim, i to zawsze podkreślam, nie chodzi o to, żeby dopasowywać chorych do jakiejś procedury, którą sobie wymyślimy i której celem będzie zdobycie rozgłosu. Takie podejście byłoby absurdalne. Naszym celem jest poprawianie tego, co do tej pory robimy, żeby móc w jak najlepszym stopniu pomagać tym chorym, którzy do nas trafiają. Dążymy do uzyskania jak najlepszych efektów medycznych przeprowadzanych w naszej klinice zabiegów. Jeszcze lepszych, niż są teraz.

Chodzi wyłącznie o doskonalenie już realizowanych zabiegów czy też szukanie nowych metod i zastosowań dla chirurgii rekonstrukcyjnej?

Leczenie chorych na nowotworzy składa się z dwóch odrębnych działań, często realizowanych w tym samym czasie. Mówię o resekcji nowotworu, która ma zminimalizować ryzyko nawrotów i przerzutów choroby, czyli najkrócej mówiąc – uratować choremu życie. Drugi etap to zabiegi podnoszące jakość tego życia, czyli etap rekonstrukcyjny. Już dzisiaj w obu tych obszarach posługujemy się kilkuset technikami, które często są modyfikacjami technik, które funkcjonują gdzieś na świecie. Widząc, że gdzieś możemy jeszcze coś poprawić, często wprowadzamy dalsze zmiany i to się dzieje ciągle. Myślę, że głównie w tym miejscu możemy mówić o tym elemencie rozwoju i postępu, że staramy się dostosowywać procedury medyczne do potrzeb poszczególnych chorych.

Czy w chirurgii rekonstrukcyjnej jest jeszcze miejsce na jakiś przełom, który moglibyśmy porównać na przykład do pierwszego przeszczepu serca? Jakiś „Święty Gral”, którego wszyscy poszukują?

To jest dziedzina chirurgii, która z roku na rok bardzo się rozwija. Ciągle są wprowadzane nowe rzeczy, ale to są drobne kroki. O ile w latach 70. czy początkach 80. te kroki były bardzo spektakularne, milowe wręcz, to dzisiaj posuwamy się już do przodu bardzo powoli.

Czyli co było do wymyślenia, to już jest stosowane, a teraz pozostaje doskonalenie tych znanych narzędzi?

Można tak powiedzieć. Natomiast widać, że zmiany w tej dziedzinie chirurgii postępują ciągle. Trudno mi się więc dzisiaj odnieść do tego, czy tak już zostanie, czy ktoś jeszcze czymś zaskoczy. Nie wiem, czy spektakularne osiągnięcia na miarę, jak Pan wspomniał, przeszczepu serca dałyby radę zmienić w najbliższym czasie postrzeganie tej dziedziny o 180 stopni. Przykładowo, ostatnio pojawiły się gdzieś informacje o przeszczepie całej głowy. Nie wyobrażam sobie, żeby było to możliwe. Sądzę, że jest to raczej jakiś chwyt reklamowy, próba medialnego zaistnienia czy desperackiego szukania środków na dalsze badania. Nie wydaje mi się, żeby technicznie, a przede wszystkim od strony biologii i pewnych mechanizmów immunosupresji, chirurgii nerwów czy innych zagadnień medycznych było to wykonalne. To jest raczej taka ciekawostka na poziomie bajek ciągle.

Prof. Adam Maciejewski (ur. 1972) – chirurg onkologiczny, kierownik Kliniki Chirurgii
Onkologicznej i Rekonstrukcyjnej w gliwickim Centrum Onokologii. Z wykształcenia lekarz, specjalizuje się w zakresie chirurgii onkologicznej. W 2013 roku, w wieku zaledwie 41 lat, odebrał z rąk prezydenta RP tytuł profesora nauk medycznych. W 2014 roku nagrodzony przez „Nowiny gliwickie” tytułem Człowieka Ziemi Gliwickiej. Jego zespół dokonał pierwszego na świecie przeszczepu twarzy ratującego życie. Dwa lata później przeprowadził również pierwszy na świecie allogeniczny złożony przeszczep narządów szyi. Obie operacje zostały następnie docenione przez Amerykańskie Towarzystwo Chirurgii Rekonstrukcyjnej i Mikronaczyniowej i wyróżnione „medycznym Oskarem”. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Prywatnie związany z piosenkarką i aktorką Natalią Lesz. Jest ojciec 3-letniej Alicji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę zatwierdź swój komentarz!
Podaj swoje imię i nazwisko