Kraj położony nad Morzem Czarnym, znany przede wszystkim z pochodzącego stamtąd Vlada Palownika. Jeśli zupełnie nie wiecie kim on był, to podpowiem tylko, ze nazywano go również hrabim Dracula. Wiecie już dokąd zmierzamy? Oczywiście do Rumunii. Kraj ten dość rzadko wybierany jako miejsce docelowe podczas podróży. Tym razem postaram się go więc nieco odczarować i pokazać, że są tam piękne miejsca warte odwiedzenia i być może nawet pozostania na nieco dłużej!

Miasto do którego zawitamy to Kluż-Napoka (zwane również Cluj-Napoca). Jeszcze do roku 1974 oficjalną nazwą było po prostu Kluż (Cluj). Stolica Siedmiogrodu (czyż nie brzmi to magicznie?) położona w północno-zachodniej części Rumunii i oddalona od węgierskiej granicy o jedyne 170 kilometrów. Choć z Gliwic do pokonania miałem tylko około 800 kilometrów, to cała droga zajęła 16 godzin. Warto zaznaczyć, że jedna czwarta tej drogi biegła przez Polskę, gdzie drogi były dobre i można było wcisnąć nieco więcej gazu. Później, mimo, że GPS jak i inne mapy wskazywały na to, że trafiliśmy na główne drogi, to niestety w rzeczywistości okazało się, że miejscami dróg nie było wcale. No ale cóż, nikt nie mówił że będzie łatwo. Na szczęście, gdy już dotrzemy do celu, miasto wynagrodzi nam tę kilkunastogodzinną tułaczkę.

Zacznijmy nietypowo, bo od kwestii kulinarnej. Choć niestety nie zakosztowałem typowo rumuńskiej kuchni, to w mieście znajdziemy wiele miejsc, gdzie możemy bardzo dobrze zjeść, a do wyboru będzie co najmniej kilka kuchni świata. Do kulinarnych przygód również zachęcają ceny, które są co najwyżej takie jak u nas, a czasami sporo niższe. Bardzo łatwo można również przeliczać ceny, ponieważ 1 lei, to około 1 złoty. Stosunkowo szybko pojawiająca się wiosna i ogólnie ciepły klimat sprzyja spędzaniu sporej ilości czasu na dworze, tak więc wiele knajpek proponuje ogrody, a w nich stoliki, przy których możemy się wygodnie rozsiąść, aby łechtać nasze podniebienia i rozpieszczać kubki smakowe w otoczeniu natury. Jak w wielu krajach, tak i tutaj znajdziemy uliczne specjały. Szczególnie poleciłbym spróbowanie langosza. Danie wywodzące się z kuchni węgierskiej bardzo często spotykane na ulicach miasta. Czymże jest owy langosz? Mówiąc najprościej to drożdżowo-ziemniaczany placek usmażony na głębokim tłuszczu podawany z rożnymi dodatkami. Najpopularniejszy jest posmarowany śmietaną wymieszaną z czosnkiem i posypany żółtym serem. Genialne w swojej prostocie!

Z pełnym żołądkiem nie ma jednak co się rozsiadać, tylko trzeba wyruszyć na spacer. Jeśli pogoda nam będzie sprzyjać to w Kluż-Napoka znajdziemy całkiem sporo atrakcji. Warto zacząć od parku centralnego, który jak sama nazwa wskazuje, mieści się w śródmieściu. Głównymi atrakcjami są piękny budynek dawnego kasyna oraz niewielkie jezioro po którym możemy pływać rowerkami wodnymi. Dodatkowo jest to bardzo popularne miejsce wśród wszystkich osób lubiących poruszać się na świeżym powietrzu. Szczególnie upodobali sobie to miejsce biegacze.

Pozostając nadal blisko natury prosto z parku przejdźmy się do ogrodu botanicznego „Alexandru Borza” – założonego w 1920, natomiast publicznie dostępnego od 1925 roku. Na 14 hektarach znajdziemy 10 tys. gatunków roślin. Rocznie to miejsce jest odwiedzane jest przez 150 tys. osób. Pośród innych atrakcji parku duże wrażenie robi ogród japoński z oczkiem wodnym. Przyznam szczerze, że jak do tej pory, takie ogrody widziałem tylko w filmach. Ciekawe jest również pewnego rodzaju muzeum, w którym znajdziemy przeróżne eksponaty od starych zielników, poprzez fragmenty papieru pochodzącego z Japonii, aż po na przykład kapustę umieszczoną w formalinie wraz z całym korzeniem, której forma i wielkość robi wrażenie.

Teren jest spory i zahacza o kawałek pobliskiego lasu. Spacerując po pagórkach możemy również natrafić na wieżę widokową, z której widać panoramę otaczającego nas terenu. Sam ogród jest bardzo popularny wśród lokalnej społeczność, ponieważ choćby podczas mojego krótkiego pobytu natrafiłem na kilka wycieczek szkolnych. Przyznaję, że możliwość obcowania z naturą w tak pięknym i spokojnym miejscu, a dodatkowo wygrzewanie się w promieniach słońca, to coś niezwykle przyjemnego. Żyjąc zwłaszcza w codziennym miejskim chaosie, powinniśmy odwiedzać takie miejsca częściej.

Po sporej dawce obcowania z przyrodą wybierzmy się na Rynek. A jeśli nas dobrze nogi poniosą, to po drodze możemy też dotrzeć do cmentarza centralnego. Nie jest to może atrakcja turystyczna, ale warto tam zajrzeć, jeśli już trafimy w jego okolice. Chociażby ze względów kulturowych. Przyznaję, że ja sam znalazłem się tam przypadkiem. Sam cmentarz w porównaniu ze znanymi nam jest dość monumentalny. Do większości grobów musimy wejść po schodkach, a niektóre z nich to wręcz niewielkie budynki z grobowcami w środku.

Z cmentarza już tylko kilka kroków dzieli Nas od Rynku. Sam plac jest spory, ale też sporo ludzi się przez niego przechadza. Pierwszą rzeczą, a właściwie budowlą, jaka rzuca się w oczy, jest kościół św. Michała. Ogromna budowla w stylu gotyckim umiejscowiona w sercu rynku. Ukończony w 1487 roku mierzy 80 metrów wysokości oraz 50 metrów szerokości. Kościół jest otwarty dla wiernych, jak i dla zwiedzających, wiec śmiało można wejść do środka. Przed nim znajduje się majestatyczny posąg króla Węgier – Matthiasa Corvinusa (Macieja Korwina), który urodził się na obecnym terenie Kluż-Napoki. W niedużej odległości znajdziemy również mniejszy plac z Teatrem Narodowym, który też warto zobaczyć chociażby z zewnątrz. Jeszcze większą atrakcją będzie natomiast dość niepozorny prawosławny sobór, który mieści się vis-a-vis teatru. Dokładna jego nazwa to Sobór Zaśnięcia Matki Bożej. Jego wnętrze jest dość ponure, mroczne i sporo w nim złotych ornamentów. Klimat jaki w nim panuje jest dość niecodzienny. Po bokach obszernej nawy cerkiewnej znajdują się balkony, natomiast nad wejściem – balkon przeznaczony dla chóru.

Miasto samo w sobie ma wiele ciekawych i pięknych zakamarków. Głównie niska zabudowa często buduje kameralną atmosferę. Podczas wizyty miło jest pochodzić nie tylko po najważniejszych punktach w mieście, ale też zajrzeć w mniej uczęszczane przez turystów zakątki. Być może sami odkryjemy jakąś ciekawą perełkę godną polecenia innym.

Na sam koniec Naszej rumuńskiej podróży chciałbym Was zabrać do miejsca, które zrobiło na mnie największe wrażenie i będzie swoistą wisienką na torcie. Wsiadamy w samochód i ruszamy ku kolejnej przygodzie. Musimy oddalić się od Kluż-Napoki o jakieś 35 kilometrów. Zmierzamy do miasta o nazwie Turda, a atrakcja którą chcę Wam przedstawić jest Salina Turda, czyli kopalnia soli działająca w tym właśnie mieście. Powstała w latach 1853-1870. Średnia temperatura panująca wewnątrz to 11-12 stopni, a wilgotność powietrza utrzymuje się na poziomie 73-82% w zależności od pomieszczenia. Nie sądziłem, że może zrobić na mnie takie wrażenie. Jej przygotowywanie jako atrakcji turystycznej rozpoczęło się w 2004, a obecny efekt został uzyskany w 2014 roku. Z tego co widziałem na zdjęciach to jeszcze nie wszystko i powinny pojawić się nowe miejsca dostępne dla zwiedzających. Póki co mamy do dyspozycji korytarz pokryty w całości solą, kilka mniejszych komnat, no i główną salę. Jej oblicze poznajemy (jeśli dobrze kojarzę) z wysokości 11 poziomu. Stojąc na drewnianym balkonie, który prowadzi dookoła sali, robi to ogromne wrażenie, zwłaszcza jeśli ktoś ma lęk wysokości. Gdy zejdziemy na dół mamy dostęp do diabelskiego młyna, minigolfa, stołów do ping ponga, kręgli oraz miejsca na wydarzenia kulturalne (niewielka scena).

Będąc już na dole odkrywamy kolejną atrakcję, wyglądającą jak żywcem wyjęta z futurystycznych filmów. Skalna wysepka, na której znajdują się drewniane konstrukcje pokryte światłami, a wokół można pływać małymi, żółtymi łódeczkami. Tego się nie da opisać słowami. Gra świateł w połączeniu z drewnianymi elementami robi niesamowite wrażenie. Jakby tego było mało, to mamy jeszcze do dyspozycji basen i centrum odnowy biologicznej. Kopalnia soli to z pewnością ciekawe miejsce zarówno dla najmłodszych, jak i starszych osób.

Na szczęście Rumunia przynajmniej w niektórych rejonach prężnie się rozwija. Powstają nowe drogi i autostrady. Mam nadzieję, że już niedługo będzie można przemierzać ten nieco zapomniany przez turystów kraj bez żadnych problemów. Póki co, gdyby ktoś chciał odwiedzić Kluż-Napokę, to polecam kierować się na miasto Oradea. Szczególnie przyjemnie jest wiosną, kiedy wszystko kwitnie, a temperatura pozwala posiedzieć wieczorami na dworze.

Zapomniałbym o najważniejszym. Ludzie. Mieszkańcy Rumunii są niezwykle otwarci, uprzejmi i pomocni. Praktycznie wszyscy mówili w mniejszym lub większym stopniu po angielsku. Uwielbiają spędzać czas razem i długo biesiadować. Jeśli chcielibyśmy odwiedzić wieczorem jakąś popularną knajpkę, to bez rezerwacji może być ciężko znaleźć jakiekolwiek miejsce. Cóż mogę dodać, zapraszam Was gorąco do odwiedzenia tego ciekawego kraju. Zwłaszcza, że nie trzeba mieć zasobnego portfela, aby móc sporo zwiedzić, dobrze zjeść i przede wszystkim miło spędzić wolny czas.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę zatwierdź swój komentarz!
Podaj swoje imię i nazwisko