Agnieszka Bilska, anglistka z I LO w Gliwicach: W zasadzie to nawet w Azji Środkowej, jeśli mam być dokładna. Konkurs Pearson English Language Teaching jest ogólnoświatowy, ale podzielony na kilka kontynentalnych kategorii, a w każdej z nich organizatorzy poszukiwali jednego, wyróżniającego się nauczyciela. Do nagrody aspirować mogli nauczyciele, którzy uważali, że uczą w sposób innowacyjny i nieszablonowy.

Andrzej Wawrzyczek, magazyn eImperium: Ale w jaki sposób można sprawdzić albo zmierzyć, który nauczyciel jest bardziej innowacyjny w swoim toku nauczania?

To jest bardzo dobre pytanie. Też się nad tym zastanawiałam. W praktyce chodziło o to, żeby opisać co się robi na lekcjach i w jakiś sposób udowodnić, że to co się zawarło w tej pracy pisemnej rzeczywiście oparte jest na prawdzie. Trzeba było więc dołączyć jakieś materiały multimedialne: filmy albo zdjęcia.

I co Pani napisała w tej pracy?

Napisałam, że od pięciu lat uczę z wykorzystaniem urządzeń mobilnych, które dzieci albo przynoszą ze sobą, albo dostają ode mnie na lekcji. Na zaplecze szkolne za bardzo nie możemy niestety liczyć, bo jest zbyt ubogie. Wykorzystujemy telefony komórkowe, tablety, czasami, przy większych projektach, także laptopy. Dzięki temu uczniowie poznają nie tylko język, ale trenują także umiejętność zdalnej pracy grupowej – pracując online, w chmurze czy asynchronicznie – co w wielu korporacjach jest już dziś chlebem powszednim. Czasami korzystamy z już gotowych źródeł, które są dostępne w internecie, a czasami tworzymy nasze własne projekty, które później udostępniamy na zewnątrz. To są różne gry, filmy, artykuły. Na pewno sprawia to uczniom dużą frajdę, bo nie muszą siedzieć bez przerwy nad podręcznikiem. Zamiast tego stale w klasie panuje atmosfera zaangażowania, która motywuje uczniów do tego, żeby uważać na lekcji.

Jest w tym pewne ryzyko, bo jak już uczeń ma telefon w ręce, to bardzo szybko może się przełączyć na coś innego, jeśli uzna, że nauczyciel trochę za bardzo przynudza.

Telefon w ręce mają tylko wtedy, gdy robimy jakieś konkretne zadania. Dzięki temu nie muszę już kserować tyle, co dawniej, gdy był pęd na wypełnianie stron z zeszytów z ćwiczeniami. Teraz, gdy jest potrzeba, żeby popracować na jakimś tekście, wystarczy, że udostępnię go na Facebooku. Większość uczniów korzysta obecnie z portali społecznościowych, więc jest to dla mnie duże ułatwienie. Sporo też gramy w różnego rodzaju sieciowe quizy językowe czy zręcznościowe aktywności. Paradoksalnie bezpieczniej jest ten telefon zaangażować w taki sposób, niż pozwolić na to, żeby uczniowie gdzieś pod ławką i tak z niego na lekcji korzystali, ale w zupełnie innym celu.

Jak obecnie wygląda sytuacja z dostępnością tego typu urządzeń? Faktycznie młodzież jest już tak dobrze wyposażona w nowoczesne technologie, że nie ma uczniów, którzy przychodziliby na lekcję bez telefonu? Pytam nie bez kozery, bo przy każdym tego typu projekcie istnieje ryzyko pewnego wykluczenia tych uczniów, którzy z różnych względów mają utrudniony dostęp do urządzeń mobilnych.

Wykluczenie cyfrowe nie jest wyłącznie problemem występującym w szkole. To jest problem globalny występujący na świecie, zarówno wśród dzieci, jak i dorosłych. Niektórzy już całe swoje życie prowadzą w tzw. internetach, a inni nie mają nawet zdalnego dostępu do konta w banku, zamiast tego ciągle chodzą i wypełniają druczki na poczcie. Także u mnie w klasie również bywa, że nie wszyscy uczniowie mają telefony typu smartphone, ale to jest rzadkość i bardzo często jest to celowy zabieg rodziców, żeby im tych telefonów do szkoły nie dawać. Mam też jednego chłopca, który ma dobrej klasy telefon, ale ojciec na stałe wyłączył w nim dostęp do internetu, żeby syna nie rozpraszał w szkole. W takich sytuacjach rzeczywiście pojawia się problem. Radzę sobie w ten sposób, że łączę uczniów w pary lub pożyczam uczniom własne tablety, które mam akurat pod ręką. Staram się więc pracować w taki sposób, żeby posiadanie własnego smartphona nie było obowiązkowym warunkiem udziału w lekcji. Nie wykorzystuję ich na przykład na sprawdzianach.

Poza sławą, czyli tym takim symbolicznym wieńcem laurowym, za tą nagrodą szło coś jeszcze?

Trudno tu mówić o sławie sensu stricte. Nagrodą był przede wszystkim udział w jednej z dwóch konferencji metodycznych. Jedna będzie w Wielkiej Brytanii, a druga w Stanach Zjednoczonych. Co mnie osobiście bardzo cieszy, bo zawsze marzyłam o wyjeździe do USA i to marzenie będę mogła spełnić. 20 marca wyjeżdżam na cztery dni do Seattle na duży kongres poświęcony uczeniu języka angielskiego, jako drugiego języka . Nie wiem, czy będę miała jeszcze oprócz tego czas cokolwiek tam zwiedzać, ale cieszę się już na samą myśl o wyjeździe.

Pani działalność edukacyjna to jednak tylko jedna strona medalu, bo bardzo angażuje się Pani również w projekty społeczne. I tu również stawia na innowacyjność i nowoczesne technologie. Jest Pani bowiem liderem gliwickiego Tech Klubu. Co to takiego i skąd w ogóle się wzięło?

Zaczęło się od szkoły i od mojej klasy, która pięć lat temu wymyśliła, że chce mieć dostęp do szkolnego internetu. Zrobiliśmy wspólnie akcję promocyjną i udało nam się otworzyć dla dzieci tę sieć. Teraz każdy w szkole może się bezpłatnie łączyć z wi-fi. Ja już wtedy dość mocno interesowałam się technologiami, bo ta moja przygoda z nowinkami technicznymi zaczęła się około dziesięć lat temu, a potem tak jakoś mi się w życiu poukładało, że te nowe technologie stały się istotnym elementem mojego życia prywatnego, a potem także pracy. Odkryłam też, że dzięki technologiom poznaję dużo nowych ludzi, zawieram cenne znajomości, dużo prościej załatwiam pewne rzeczy. Przy okazji któregoś kolejnego wyjazdu poznałam człowieka z Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego z Warszawy, który opowiadał mi o Tech Klubach, które są projektem właśnie tej fundacji. Wtedy ich było w Polsce tylko kilka, a na Śląsku ani jednego. Pomyślałam sobie, że nie może tak być, że w Gliwicach, w mieście Politechniki Śląskiej i licznych firm informatycznych, nie ma Tech Klubu . Podjęłam decyzję, że koniecznie musimy go tu założyć , ale myślałam, że uda mi się tym tematem zainteresować jakąś gliwicką organizację albo nawet Gliwickie Centrum Organizacji Pozarządowych. Tymczasem okazało się, że oni nie chcą się za to brać, więc uznałam, że tymczasowo, na początek ja się mogę klubem zaopiekować – zorganizuję kilka spotkań, a potem znajdę kogoś, kto to ode mnie przejmie. Niestety okazuje się, że gliwickie organizacje nie są szczególnie zainteresowane taką działalnością , więc nikt nie chce tej roli ode mnie przejąć, a ja siłą rozpędu organizuję kolejne spotkania. Przychodzą na nie głównie znajomi moich znajomych, czasami moi uczniowie. Efektem ubocznym organizowania Tech Klubu jest to, że nawiązuję dzięki niemu mnóstwo nowych znajomości , a dzięki nim poznaję kolejne osoby, więc to bardzo ubogaca przy okazji moje życie towarzyskie. Dzięki temu ma dziś bardzo dużo fajnych znajomych, z którymi robię kolejne ciekawe inicjatywy.

Założenia stojące za Tech Klubami są takie, żeby organizować spotkania, na które zaprasza się w charakterze gości osoby, które z tymi nowymi technologiami są już obyte i mogą przekazać swoją wiedzę i spostrzeżenia innym. Jak udaje się tę misję spełniać w Gliwicach?

Jesteśmy w trakcie trzeciego sezonu spotkań. W każdym roku organizujemy dziewięć spotkań z przerwą na wakacje akademickie.

A takie najciekawsze, najbardziej pamiętne spotkania, z tych, które już się odbyły?

Największą publiczność zgromadziło spotkanie, które dotyczyło identyfikacji wizualnej firmy. Przyjechał do nas wtedy specjalista z Katowic, który opowiadał o procesie tworzenia identyfikacji, księgach znaków i tego typu zagadnieniach. Fantastycznie było też, jak przyjechała do nas ekipa z Trójmiasta, która prowadzi tam fablab, czyli rozwinięty na szeroką skalę mobilny warsztat, wyposażony między innymi w drukarki i plotery. To wszystko jest spakowane do samochodu, którym można podróżować po całej Polsce i robić pokazy. Oczywiście takich naprawde ciekawych spotkań było dużo więcej. Ciężko teraz wszystkie tutaj przytoczyć.

Osobnym problemem jest dla nas lokalizacja spotkań, które na początku robiliśmy w Technoparku. Ale okazało się, że on jest jednak nieco na uboczu, więc jesienią czy zimą nie każdy chciał się tam zapuszczać, więc mieliśmy wtedy mniej uczestników.

Z tego co wiem, co jakiś czas przenosicie się w inne miejsce. Klub jest więc mocno mobilny.

Na początku dość wygodnie zadomowiliśmy się w Technoparku, ale – tak jak mówię – niewiele osób tam docierało. Na początku wydawało mi się, że to będzie miejsce tętniące życiem, a okazało się, że w ciągu dnia są tam tylko pracownicy firm, który po południu idą do domu i w całym budynku robi się ciemno i smutno. No i na dodatek, jak wspomniałem, nieco na uboczu. A funkcją Tech Klubu w założeniu jest również integracja ludzi, dlatego jak się kończy impreza, to fajnie jest się jeszcze gdzieś wspólnie wybrać, na – nazwijmy to – część nieoficjalną, gdzie można jeszcze posiedzieć i podyskutować w luźniejszej atmosferze. Teraz najnowsze spotkania udało nam się przenieść już do restauracji w centrum, więc wiele wskazuje na to, że uda nam się i poprawić frekwencję, i włączyć prawidłowo tę funkcję integracyjną.

Kolejna inicjatywa z Pani udziałem jest już nieco bardziej tradycyjna. Chodzi mianowicie o Warsztat Miejski. Takie miejsce do publicznego, wspólnego majsterkowania, gdzie elektronika też się przewija, ale nie jest jakby głównym bohaterem.

To nie jest mój indywidualny pomysł, ale kolektyw, który też częściowo zawiązał się . Pojawiła się w pewnym momencie taka koncepcja, że fajnie byłoby czasem wspólnie pomajsterkować. Bardzo zapaliła mnie do tego pomysłu Magda Foltyniak, która od lat jest makerką i robi własnoręcznie różne ciekawe rzeczy. A ja też już wcześniej zajmowałam się chociażby odnawianiem mebli, lubiłam też sobie w jakichś starociach zawsze pogrzebać – często zaglądałam na przykład do Bytomia na pchli targ. W związku z tym znalazłyśmy wspólny język, ale długo nic z tego nie wynikało. Aż dzięki Agacie Nowak z Future Processing spotkaliśmy się z Rafałem Bałagą z firmy Hybris, który z kolei ze swoją ekipą miał pomysł na różnego rodzaju eventy edukacyjne. I tak od słowa do słowa podczas któregoś z kolei spotkania skrystalizował się pomysł, żeby stworzyć w Gliwicach taki makerspace, czyli otwarty warsztat, w którym każdy będzie mógł przyjść i sobie coś podłubać. Od tego czasu minął już rok, jak spotykamy się na różnych wydarzeniach warsztatowych. Natomiast to są ciągle takie bardzo dorywcze akcje, a marzy nam się, żeby otworzyć w naszym mieście stały warsztat, do którego można by przychodzić codziennie.

Na tym generalnie polega idea warsztatu miejskiego, że to jest takie publicznie dostępne miejsce, wyposażone w specjalistyczny sprzęt do majsterkowania, gdzie można nie tylko samemu coś zrobić, ale też poznać fachowców i podłapać od nich coś zupełnie nowego.

Byłoby fantastycznie, gdyby udało nam się otworzyć taki modelowy warsztat miejski. Ale to jest jeszcze daleka droga. O tym się fajnie rozmawia, ale tutaj trzeba wyłożyć konkretne pieniądze na czynsz, maszyny, obsługę takiego lokalu. Nikt z nas nie ma czasu, żeby całkowicie, hobbystycznie się temu poświęcić, bo normalnie pracujemy. No ale krok po kroku…

Ale zauważam, że jest taki trend na integrowanie się wokół różnych miejsc społecznych. Bo to nie tylko warsztat miejski. W swojej szkole pomaga Pani prowadzić też ogród społeczny, gdzie uczniowie uczą się hodować własne rośliny. Skąd się nagle wzięła ta moda? Bo mam wrażenie, że jeszcze kilkanaście lat temu ludzie raczej woleli się alienować od innych, we własnym zakresie różne rzeczy robić. A tu nagle taki zwrot.

Nie wydaje mi się, żeby ludzie chcieli się izolować. Faktycznie mówi się o tym, że dzieciaki obecnie nic innego nie robią, tylko siedzą w sieci i nie widzą życia poza komputerem. Ale tak po prostu teraz wygląda życie w mieście, gdzie nie ma zbyt wielu miejsc, gdzie dzieci mogą sobie ot tak pójść. Kiedyś wystarczyło wyjść przed dom i wiadomo było, że spotka się tam wszystkie dzieci z sąsiedztwa, które integrowały się na podwórku. A teraz raz, że nie ma za dużo naprawdę fajnych placów zabaw; dwa, że jest strasznie dużo samochodów i rodzice boję się dzieci wypuszczać same, więc je wszędzie wożą samochodami, co powoduje z kolei, że dzieci są bardzo niesamodzielne. Sama mam dziecko, więc wiem jak to wygląda. Piotrek spędza bardzo dużo czasu w internecie, ale to nie jest tak, że on jest tam sam i jest jakoś wyalienowany, i jest jakimś “nolifem”. On tam ma swoich kolegów, i to zarówno tutaj z klasy czy z sąsiedztwa, jak też z innych miast i z innych krajów. Wspólnie sobie grają i rozmawiają. I to jest cenny aspekt tych nowych technologii, że zbliżają ludzi o podobnych poglądach i zainteresowaniach. Kiedyś jak ktoś miał hobby, na przykład renowację zegarków, to nie było łatwo znaleźć na osiedlu drugiego takiego zapaleńca, a teraz w internecie w kilka chwil można zmontować ekipę zajmującą się tym samym, co ty i wspólnie zacząć coś robić.

Myślę, że w ludziach jest jednak gdzieś wewnątrz potrzeba bycia z innymi i dzielenia się z nimi swoimi pasjami, umiejętnościami, osiągnięciami. Myślę, że każdego interesuje poznawanie nowych ludzi, z którymi ma się coś wspólnego. To mogą być oczywiście bardzo różne rzeczy, i dobre, i złe niestety też. Ale warto też tę otwartość na innych i na grupe kształcić u dzieci, a tutaj szkoły akurat sobie nie radzą. W tej chwili system edukacyjny nieco dzieci izoluje, bo każde im się skupiać na indywidualnej pracy i za to je ocenia. Mało jest natomiast grupowych aktywności, a to jest bardzo ważne. Zresztą, jak się zapytać dzieci, po co chodzą do szkoły, to mało które odpowie, że po to, żeby się uczyć. Raczej powiedzą, że chcą spotkać się z kolegami. Także z tego powodu lubię inicjować w szkole aktywności, które łączą dzieci i pozwalają im na integrację. I stąd wziął się chociażby ten ogród społeczny koło szkolnego boiska i wszystkie inne projekty, które wcześniej robiliśmy. Uczniowie chętnie się w to angażują, a jeśli ze szkoły nie wyniosą chęci do aktywności społecznej i odpowiedzialności za swoje otoczenie, to potem będą w życiu całkowicie bierni, co się potem przekłada chociażby na mizerną frekwencję w wyborach.

Dużo rozmawiamy o Pani pracy zawodowej, pasjach, aktywności społecznej. A tak się składa, że spotykamy się u Pani w domu. Czy często zdarza się Pani tutaj bywać, czy jednak ten niespokojny duch co chwilę gdzieś się wyrywa do kolejnych aktywności, bo nie potrafi usiedzieć dłużej w jednym miejscu?

Bardzo lubię być w domu. Gdybym mogła nie pracować – a miałam taki moment, że ze złamaną ręką dużo siedziałam w domu – to ja bym to uwielbiała. Tylko, że jak ja siedze w domu, to polega to na tym, że ja nawet z łóżka nie wychodzę. Siedzę cały dzień w piżamie, oglądam filmy, czasami gotuję – ale pod warunkiem, że mam bardzo dużo czasu, bo w pośpiechu zupełnie nie lubię gotować. Ale to się bardzo rzadko zdarza, żebym miała aż tyle wolnego czasu, żeby sobie móc na to pozwolić. Jak nie jestem chora i muszę chodzić do pracy, to ta aktywność zawodowa zajmuje mi bardzo dużo czasu. Oprócz Zespołu Szkół nr 10, gdzie mam przeszło dwadzieścia godzin w tygodniu, pracuje też w szkole językowej, gdzie też mam zajęcia dwa razy w tygodniu. Wracam stamtąd po 19, więc praktycznie cały dzień jestem poza domem. Zostaje mi się tylko kilka dni wolnych popołudniu, które w praktyce też nie zawsze są wolne, a że poszłam znowu na studia, to i weekendy mam całkiem zajęte. Bardzo lubię poznawać nowych ludzi i robić nowe rzeczy, więc ciężko mi to pogodzić z ochotą na bycie leniem w domu.

Jakie wobec tego ma Pani plany na przyszłość? Podejrzewam, że ta nagroda dla najbardziej innowacyjnego nauczyciela to nie jest szczyt ambicji.

Bardzo lubię uczyć dzieci, sprawia mi to wiele satysfakcji, ale chciałabym znaleźć też więcej czasu na działanie w nieco innym kierunku. Po to też chodze na te studia – to się nazywa user experience design, czyli dosłownie “projektowanie doświadczeń użytkownika” – bo interesuje mnie to, jak nowe metody nauczania mogłyby zmienić szkołę. Chciałabym zbadać, jak to się dzieje, że dzieci sporo się uczą poza szkołą z tych rzeczy, które są na przykład dostępne w internecie, a szkoła nie potrafi tych obszarów zagospodarować. Nie korzysta na przykład z mechanizmów, jakie występują w grach i powodują, że dzieciom chce się mocniej angażować w naukę. To jest moim zdaniem przyszłość edukacji i chciałabym się dowiedzieć, jak to wykorzystać w nauce, a w przyszłości samodzielnie tworzyć nowe materiały edukacyjne, które byłyby oparte o te nowoczesne trendy i pozwoliłyby nieco tę szkołę rozruszać.

W studiach, na które uczęszczam chodzi bardziej ogólnie o to, żeby badać użytkownika, dla którego chce się coś zaprojektować, a następnie tak dobierać rozwiązania technologiczne, żeby były dla niego intuicyjne i idealnie spełniały oczekiwania. Były skrojone na miarę, krótko mówiąc. Dla mnie, anglistki, to jest coś zupełnie nowego, ale tym chętniej uczę się tych rozwiązań. Może w przyszłości będę miała możliwość pójść na jakiś staż albo w inny sposób popchnąć moją karierę w tym kierunku.

Podsumowując, przestało już Pani wystarczać, że może Pani skierować na nowe tory swoich uczniów i chciałaby Pani popchnąć w stronę nowych technologii cały system szkolny?

Może gdybym była z tym sama, to nie miałabym dość odwagi, żeby brać się za taką rewolucję i pogodziłabym się z tym, że tak nie jest. Ale tak się złożyło, że jestem od kilku lat w grupie Superbelfrzy, gdzie nauczyciele używający technologii w nauczaniu mogą się spotkać i wzajemnie się wspierać, wymieniać uwagami i osiągnięciami. Dzięki temu widzę, że to jest realna potrzeba i że bardzo dużo osób dostrzega, że szkołę trzeba zmienić. Wsparcie, jakie od nich dostaję pozwala mi się coraz silniej w to angażować. Dzięki temu nie zaspokajam się tym, że mogę pójść do szkoły i odbębnić te moje godziny, ale staram się też wyciągać z tej pracy jakieś wnioski i tak zmodyfikować metody nauczania, żeby osiągnąć najlepsze rezultaty. Żeby i mnie się łatwiej uczyło, i żeby dzieci wyciągały z tej nauki więcej, niż obecnie.

Ta nagroda dla najlepszego anglisty w Europie i Azji Środkowej też z pewnością stanowi cenne wsparcie i pomaga budować autorytet w środowisku. Z nią w ręce pewnie dużo łatwiej jest przekonywać do swojej wizji innych nauczycieli?

Mam nadzieję, że to faktycznie tak działa i słysze od wielu osób, że się cieszą, że tak jest. Moi uczniowie też często mi powtarzają, że są dumni z tego, że to ja ich uczę. To jest strasznie miłe. I to nie dlatego, że ja się czuję jakimś super ekspertem, ale wydaje mi się, że to daje mi pewną gwarancję, że nie jestem tak zupełnie szalona. Ale ktoś już docenił to co robię i chyba ma to sens.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę zatwierdź swój komentarz!
Podaj swoje imię i nazwisko