Śledząc wypowiedzi nie tylko czołowych polityków, ale także tzw. zwykłych ludzi odnosi się wrażenie, że najchętniej odgrodzilibyśmy się murem od reszty świata. A już szczególnie od obcych kultur, takich jak świat muzułmański. Ewentualnie w odruchu chrześcijańskiego sumienia rzucimy deklaracją, że owszem, trzeba pomagać, ale “tam, na miejscu”. Na słowach zwykle się jednak kończy. Na tym tle do rangi herosów urastają ludzie, którzy naprawdę chcą pomagać.

Alinę Czyżewską mieliście okazję poznać dwa numery temu dzięki obszernemu wywiadowi, jakiego udzieliła w Magazynie eIMPERIUM. Aktorka i aktywistka rodem z Gorzowa Wielkopolskiego w Gliwicach czuje się bardzo dobrze. Sierpniowy czas urlopu spędziła jednak w Grecji. Nie ona jedna. Od czasu kryzysu finansowego to popularny kierunek wakacyjny wśród Polaków, bo jest ciepło i niedrogo. Alina pojechała jednak na Lesbos, którą turyści aktualnie omijają raczej szerokim łukiem. Wyspa ta do tej pory najbardziej znana była z rzekomych upodobań seksualnych jej starożytnych mieszkanek – stąd dzisiejsze dwuznaczne znaczenie słowa lesbijka, które pierwotnie oznaczało po prostu mieszkankę greckiej wyspy.

Dziś Lesbos to, obok włoskiej Lampedusy, największe w Europie centrum uchodźcze. To właśnie tutaj po śmiertelnie niebezpiecznej przeprawie przez Morze Egejskie trafiają uciekinierzy z ogarniętej wojną domową Syrii czy prześladowanego przez bojowników ISIS Iraku, ale także z Afryki Środkowej, gdzie również nie brakuje konfliktów zbrojnych, prześladowań i zwykłej biedy. Uchodźcą nie są bowiem wyłącznie kobiety i starcy uciekający przed wojną. Może nim być każdy kto ratuje się przed zagrożeniem – może to być prześladowanie polityczne lub społeczne, ale też zwykły brak środków do życia zagrażający śmiercią głodową.

Każdego dnia na Lesobs przypływają kolejne łodzie z uchodźcami na pokładzie. Jest ich tam tak wielu, że niemal całkowicie zdominowali życie na nie najmniejszej wcale wyspie. Efektem ubocznym takiej sytuacji i panującej w Europie “uchodźcofobii” jest praktyczny zanik turystyki na Lesbos. W tej sytuacji nie trudno tu znaleźć tani nocleg. Taki w sam raz na niewysoką gażę aktora (o tym, że jest niewysoka wiemy z opublikowanego przez Alinę zeznania podatkowego; aktywistka namawiająca wszystkich do krzewienia jawności postanowiła bowiem sama dać dobry przykład i swoich zarobków się nie wstydzi). Aktorka z Gliwic nie przyjechała jednak do Grecji, żeby wylegiwać się na plaży (choć i to zdarzyło jej się robić), ale pomagać tym, których inni się boją – uchodźcom. Tak, jej urlop to była praca wolontariuszki w obozie Moria – jednym z wielu, do których trafiają migranci “wyłowieni” z morza. A wylegiwanie się na plaży? Głównie nocą, czekając na kolejne łodzie, żeby móc od razu udzielić wsparcia nowoprzybyłym.

Relację ze swoich działań Alina publikowała w mediach społecznościowych i prasowych felietonach. Pokazywała, jak wygląda codzienne życie w miejscu jak z koszmarnego snu nacjonalisty – niespełna 30-tysięcznym Mitylene, w którym przebywa kilka tysięcy imigrantów. Niekoniecznie muzułmańskich. Jedna z relacji Aliny pochodziła z miejscowego kościoła, gdzie koncentruje się życie chrześcijan przybyłych z różnych części Afryki. “Maleńki kościółek w ciągu handlowej uliczki. Ksiądz z Holandii przyjechał na wakacyjne zastępstwo. Trochę się zdziwił, kiedy zobaczył, że parafianie to w większości sami uchodźcy” – pisała w swojej krótkiej relacji aktywistka. Co poza tym robi na wyspie? Wszystko. Dzięki środkom zebranym od darczyńców z Polski wspólnie z przyjaciółką między innymi zakupiły samochód, którym wożą ludzi z obozu 20 kilometrów do miasta, żeby mogli na przykład pójść do lekarza. “Amal (lat 47). Okropny kaszel od jakiegoś czasu. 6 dni antybiotyki i pogarsza się. Poprzedniej nocy dostała od obozowych lekarzy skierowanie na rentgena płuc. Badania zrobione, krew pobrana, odczekaliśmy swoje. Amal zostaje w szpitalu. To dobrze. Czysto. Jedzenie na pewno lepsze niż w Moria. Musieliśmy kupić jej piżamę i bieliznę. 15 EUR. Przybory do mycia i higieniczne załatwił Kalid z Syrii” – to kolejna z relacji. I tak dzień w dzień. A codziennie nowo poznani ludzie, nowe historie i nowe problemy, w których uchodźcom potrzebna będzie pomoc. Czasem finansowa, czasem organizacyjna, a czasem zwykłe ludzkie wsparcie i ciepły uśmiech dodający siły do walki.”

Jaki jest główny wniosek wynikający z tego wyjazdu i relacji? Że jest bezpiecznie. Że w Mitylene zdominowanym przez uchodźców można normalnie żyć, wychodzić na ulice, że nikt nie przypływa tam ryzykując życiem tylko po to, żeby gwałcić czy robić zamachy. To zwyczajni, pokojowo nastawieni ludzie. Gdyby nie wojna, pewnie nadal prowadziliby swoje biznesy, chodzili na studia, opiekowali rodzinami. Paradoksalnie Alinę nieprzyjemności spotykały tylko i wyłącznie ze strony Polaków, którzy na Facebooku dzielnie “kibicowali” jej wyprawie.

“Prawdopodobnie marna aktoreczka, o której mało kto słyszał, próbuje za wszelką cenę zdobyć trochę popularności i rozgłosu za pomocą burzliwego tematu, zastępując tym samym swój brak talentu” – napisał jeden z nich. Inni komentujący byli bardziej dosadni, wprost życząc jej gwałtu lub śmierci z rąk tych, którym pomaga. Czytając jednak historie uchodźców spisane przez Alinę, trudno oczekiwać, żeby z ich rąk miało ją spotkać coś złego. Za to po powrocie do kraju? No tu może już być różnie. “Proszę Cię o jedno – nie wracaj do Polski. Tak po prostu” – napisał ktoś inny, choć ciężko wyczuć, czy jego intencją była groźba, czy troska.

Alina nie jest pierwszą, ani zapewne ostatnią Polką, która poleciała na Lesbos pomagać uchodźcom. Niechętna im opinia publiczna w kraju sama zresztą do takich interwencji zachęca. “Chcesz przyjmować uchodźców, przyjmuj ich we własny domu” – dało się przeczytać w internecie. Albo – “pomagać trzeba tam, na miejscu”. Ludzie, którzy piszą takie komentarze robią to oczywiście bez brania żadnej odpowiedzialności, bez ruszenia choćby małym palcem u nogi by faktycznie pomóc. Ale są i tacy ludzie, którzy biorą to całkiem serio i działają. Alina to nasz zbiorowy wyrzut sumienia, że można nie tylko mówić, ale także działać. Ale także promyczek nadziei, że z nami, Polakami, nie jest jeszcze tak zupełnie najgorzej. Że nie zbrunatnieliśmy do szpiku kości.

Wrześniowy numer magazynu eIMPERIUM dostępny na:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę zatwierdź swój komentarz!
Podaj swoje imię i nazwisko