Andrzej Wawrzyczek, redaktor naczelny magazynu eIMPERIUM: Ulicznica nie ma w polskim słowniku zbyt dobrych konotacji. A ulicznik? Kto to taki?

Piotr Chlipalski, dyrektor Festiwalu Artystów Ulicy „Ulicznicy”: Dawno, dawno temu, proponując Miastu organizację festiwalu, szukałem jakiegoś zgrabnego zamiennika dla słowa „busker”, takiego, które z jednej strony byłoby jak najdalej od „ulicznego grajka”, a z drugiej miało jakiś pazur. I jakoś tak wylądowałem na Ulicznikach. W mojej zupełnie prywatnej definicji na dziś dzień to czarodzieje wszelakiej maści, którzy potrafią złapać widza na ulicy za wyobraźnię tak, że nie może się im oprzeć, zapomina o całym bożym świecie, a po wszystkim wraca do domu uśmiechnięty. Tak, wiem, gra w trzy kubki jest niebezpiecznie blisko tej definicji – i chyba w tym jej urok.

A.W.: Pamiętam, jak w 2007 roku udzielał Pan wywiadu dla nieistniejącej już telewizji ITV Gliwice. To było gdzieś w połowie pierwszych Uliczników – wydarzenia, jak na gliwickie warunki, tak niezwykłego, że ludzie przesiadujący z kawiarnianych ogródkach na Rynku nie potrafili się nadziwić, że nagle ktoś rozkłada się na ulicy i zaczyna grać koncert albo spektakl teatralny. Spontanicznie, niemal bez promocji konkretnych wydarzeń, zaczęły tworzyć się wokół artystów kółka złożone ni to z widzów, ni to z gapiów. Jak wspomina Pan te premierowe odsłony festiwalu, z którym jest dziś już nieodłącznie kojarzony?

P. C.: Mam wrażenie, że czasem nieświadomość naszej niewiedzy pozwala nam zrobić rzeczy, które absolutnie nie miały prawa się zdarzyć, nawet jeśli byliśmy wtedy młodzi, zdolni i bez nałogów. Dwa miesiące totalnego szaleństwa, z którego na każdym kroku trzeba było się tłumaczyć – dlaczego bez sceny? a gdzie konferansjer? dlaczego tak? a czy monocykl to już rower i czy można nim jeździć po parku? Tłumaczenie dystrybutorom, że muzyka do filmów będzie na żywo, sprawdzanie, czy artysta stojący na drewnianej skrzynce to już „zajęcie pasa ruchu typu chodnik”, czy jeszcze nie i ten ciągły dreszcz – czy ktoś w ogóle przyjdzie, a co, jeśli będzie padać, a co jeśli…? Pamiętam, że przez pierwsze dwa-trzy lata co parę imprez spisywała mnie policja – „Fajnie gracie, ale tak na wszelki wypadek…”.

A równocześnie był to dla mnie bezprecedensowy eksperyment na żywej tkance festiwalowej, o której miałem w najlepszym wypadku jako-takie pojęcie jeżdżącego po festiwalach wykonawcy i trochę doświadczeń współproducenta pojedynczych imprez. Przecież wtedy program drugiego miesiąca „układał się” już w trakcie trwania pierwszego – ciągle czekając na ewentualnych sponsorów i obiecany dodatkowy budżet, co wymuszało całą masę decyzji „va bank” – albo uda się wbrew temu wszystkiemu, albo kompletnie bez sensu było zaczynać. I jeden, finalny obrazek w głowie – Yerba Mater grająca koncert podczas finału i na oko setka ludzi siedząca po turecku na płycie rynku. Uff, zaskoczyło.

Z perspektywy czasu – całkiem spektakularne „frycowe”, również w warstwie finansowej, ale i nieoceniona lekcja improwizacji w skali makro. Potem już w zasadzie było z górki, z większymi lub mniejszymi wybojami, oczywiście.

Ulicznicy 2017 – „Castaways”, La Industrial Teatrera z Hiszpanii:

No właśnie. Projekcje filmów z muzyką na żywo czy bitwy fotograficzne to byty, które narodziły się na Ulicznikach, a dzisiaj żyją własnym życiem. Kino plenerowe stało się w Gliwicach bardzo popularne właśnie dzięki czwartkowym spektaklom na pierwszych i kolejnych Ulicznikach. W jaki jeszcze sposób ten festiwal zmienia Gliwice, poza tym, że otwiera widzów na rzeczy nieoczywiste?

Nie wiem, czy porywałbym się na „zmienianie Gliwic”, bo Ulicznicy to w sumie bardzo efemeryczna sytuacja, a do tego kompletnie niemierzalna. Z drugiej strony jest coś takiego, jak publiczność festiwalowa, nawet w przypadku trwającej obecnie miesiąc weekendowej hybrydy. Po jedenastu latach grupa tych, którzy wiedzą, po co przychodzą jest całkiem spora – i to chyba najbardziej cieszy, że ktoś łapie się na tę formułę, że to wszystko po coś i dla konkretnego kogoś, że nie trzeba się już z tego pomysłu tłumaczyć. A myśląc skalą historii miasta – wystartowaliśmy kino, które po pięciu latach ktoś postanowił przejąć (i, ubolewam, brutalnie uprościć jego repertuar), z drugiej strony – widza teatru ulicznego dostaliśmy od dawnych Gliwickich Spotkań Teatralnych – jak by na to nie spojrzeć, ja się na tej dawnej ulicy Spotkań wychowywałem. W skrócie – jesteśmy kolejnym elementem kulturalnej sztafety, ja kompletnie nie potrafię myśleć o działaniach kulturalnych w kontekście konkurencji – albo się robi dobrą robotę, albo nie.

W Gliwicach nie brakuje plenerowych wydarzeń kulturalnych. Swego czasu dużą popularność zyskała sobie chociażby Grająca Starówka, później Ulicznicy musieli też konkurować z Parkowym Latem. Mimo to nikt do tej pory nie zdecydował się na rezygnację ze sceny – tradycyjnego atrybutu uznanego artysty. Wizualne zrównanie twórcy i odbiorcy, podkreślone nie rzadkim wciąganiem widzów w aktywne uczestniczenie w widowisku, to prawie anarchia. Była obawa, że artyści na to nie pójdą? Że widzowie tego nie kupią?

Ja chyba nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego na Rynku i okalających go uliczkach ktoś stawia koszmarnie konkurujące z tą przestrzenią konstrukcje tylko po to, żeby inny ktoś mógł wykonać parę pieśni, najlepiej odgrodzony od słuchacza murem barierek. Ale myślę, że poza aspektem estetycznym i finansowym, to tak naprawdę kwestia skali. Mnie z jednej strony nie interesowało robienie megakoncertów (a i Rynek też nie bardzo się do tego nadaje), z drugiej – zawsze kręciło mnie łamanie czwartej ściany, czy właściwie nieobecność jakichkolwiek ścian – to w sumie największa wartość robienia czegoś na ulicy. Widz na wyciągnięcie ręki; widz, którego nie można zignorować, z którym trzeba wejść w jakąś relację. I jeśli robi się to rzetelnie, on to kupuje, po prostu. A i dla artystów jest to interesujące wyzwanie, zupełnie inna energia. Maciej Maleńczuk solo na ulicy to było dokładnie to, o co mi chodziło; Cała Góra Barwinków na zaimprowizowanej plaży, fenomenie energetyczne Bubliczki, genialne czeskie składy, polski folk, Kasprzycki, Sienkiewicz… łza się w oku kręci. Ale cóż, temat zamknięty, pięć lat zabawy tematami muzycznymi i parę super wspomnień. To se ne vrati.

Ulicznicy 2017 – Teatr Mimo z Warszawy:

Wymienił Pan ledwie małą garstkę artystów, którzy zagrali na gliwickich ulicach, ale nie tylko. Przez jedenaście lat festiwalu wykonawców uzbierało się całe mrowie. Bywali na Ulicznikach również liczni goście zza granicy – muzycy, performerzy, aktorzy, żonglerzy, kabareciarze. Jakie występy najbardziej utkwiły Panu w pamięci? Niekoniecznie pod kątem artystycznym, ale na przykład organizacyjnym.

Licząc na palcach, zbliżamy się powoli do czterystu zdarzeń artystycznych – jest jakoś tak, że pamięta się te najpiękniejsze i… najtrudniejsze. W kategorii piękno – zdecydowanie francuskie Tango Sumo i ich „Expedition Paddock”; trudności – pierwsze konkursy fireshow – na lotnisku, po kolana w wodzie, do czwartej nad ranem, taki mały obłęd na własne życzenie. Reszta rozmywa się cudnie – ja często mam problem przypomnieć sobie, co robiłem w zeszłym tygodniu, co dopiero dziesięć lat temu. Ah, są jeszcze te spektakle, pomysły, które dotąd się na Ulicznikach nie pojawiły – mój prywatny festiwal marzeń, gdzieś w tyle głowy.

Festiwale sztuki ulicznej mają swoje niekwestionowane ikony. Największym tego typu wydarzeniem na świecie jest edynburski The Fringe Festival, na który przybywają tysiące artystów z całego świata, a oprócz oficjalnego programu funkcjonuje jeszcze coś w rodzaju drugiego obiegu artystycznego. Bo na ulicach stolicy Szkocji wystąpić może dosłownie każdy. Podejrzewam, że Ulicznicy nie mają aż tak mocarstwowych aspiracji, ale udział w festiwalu nie do końca zaproszonych wykonawców, którzy po prostu rozstawialiby się gdzieś „na mieście” na pewno dodałby temu wydarzeniu specyficznego, offowego smaczku.

Oh, nie zapominałbym (wciąż tylko w Europie) o Awinionie, Chalon, Tarredze i całej masie bardzo branżowych imprez, gdzie co jakiś czas spotyka się nawet parę setek festiwali. Ale tu znów wracamy do skali, tym razem czasowej – uliczny off ma sens, jeśli wykonawcy wiedzą, że uzbierają do kapelusza choć tyle, by do tego całego interesu nie dołożyć (a optymalnie – móc dalej to robić), jeśli np. dodatkowo zostaną zauważeni przez kolejne przyglądające się im festiwale. W przypadku naszych weekendów, gromadzących jednorazowo kilka setek widzów, element finansowy (pamiętajmy – wrzucamy w złotych polskich, nie w Euro) dość mocno utrudnia taką decyzję. Bardziej lokalny off tworzy się czasem spontanicznie w ramach supportu „tuż przed”, przy okazji. W kwestii dostrzeżenia – były edycje, kiedy udało się zaprosić kilku przyjaciół z europejskich festiwali, ale ma to zdecydowanie bardziej sens, gdy i oni mogą zobaczyć coś więcej, niż jeden, dwa spektakle (np. pięćdziesiąt), więc znów przeszkadza nam w tym nasza formuła spaghetti. Myślę, że w przyszłym roku odrobinę w tę stronę skręcimy, dorzucając do programu skumulowaną garść zdarzeń z kręgu one man show.

Ulicznicy 2015 – Los Galindos (Hiszpania) i The Yelling Kitchen Prince (Holandia):

A jak wypadają Ulicznicy na tle innych tego typu wydarzeń w Polsce? Nie jest tajemnicą, że bywa Pan tu i ówdzie, albo jako widz, albo artysta, a zdarza się być może, że i z zawodowej powinności, żeby podpatrzeć, jak to robią inni. No więc, jak to robią?

Nie widzę powodu do tajemnicy – mam poczucie, że to raczej miły obowiązek – podglądać kolegów przy pracy; genialna okazja do wymiany doświadczeń i, przy odrobinie szczęścia – wzajemnej nauki. Pierwszy z brzegu przykład – mieliśmy w zeszłym roku bardzo interesujący panel w Amersfoort (Holandia) na temat wolontariatu. Spojrzenie na wolontariat z perspektywy nie tylko różnych festiwali, ale różnych mentalności, na twardych danych, na sali pełnej bardzo konkretnych przykładów, czasem kolosalnie różniących się między sobą – fenomenalna lekcja. Zresztą tak samo ma się sytuacja ze spektaklami – żeby zaplanować te kilkanaście, staram się co roku zobaczyć, na ile tylko czas i prywatny budżet pozwolą – średnio pewnie około setki. Fakt, że często jestem tam przy okazji spektakli Muzikantów, odrobinę sytuację ułatwia, daje też ciągle odnawiającą się perspektywę festiwalu obserwowanego z obu stron.

Koniec końców – różnice są w zasadzie dwie – czas trwania i, zupełnie prozaicznie, budżet. Porównując się li tylko z zaprzyjaźnioną polską „wielką trójką” (Feta – Gdańsk, Ulica – Kraków, Carnival Sztukmistrzów – Lublin) – mamy na Uliczników, tak na oko, jedną dwudziestą ich budżetu w przeliczeniu na dzień festiwalu. Walczymy więc w zupełnie innej kategorii wagowej, do tego u nas rozsuniętej na miesiąc czasu. Koniec końców – spotykamy się, współpracujemy, jeśli to tylko możliwe – od czasu do czasu planujemy wspólnie te same spektakle, dzieląc się kosztami, a przy okazji ułatwiając życie artystom z daleka.

Dyrektor festiwalu – to brzmi dumnie. Ale Piotr Chlipalski w pierwszym rzędzie to chyba jednak artysta. Kiedyś między innymi aktor Teatru A, dzisiaj założyciel i część formacji Muzikanty.

Ja chyba ciągle się tego słowa boję (do dyrektora raz w roku przywykłem) – być może jest to „syndrom oszusta” w najczystszej postaci, a może poczucie, że sztuka przydarza się, ale tak naprawdę liczy się rzemiosło. Zdecydowanie bardziej pasuje mi „twórca”, bo z tym trudno dyskutować – od czasu do czasu sprawiam, że coś powstaje; coś tam sobie sam lub z koleżeństwem, dłubię. W lecie festiwal i trasy z naszymi spektaklami, w zimie naprzemiennie fotografie, ruchome obrazki i podręczniki o grafice 3D, wreszcie podwaliny pod kolejne pomysły, które znów w lecie mają szansę powędrować po świecie… ot, taka dwupolówka.

Bardzo szerokie spektrum zainteresowań. Aktorstwo, muzyka, grafika, animacja. Prawdziwy – jak to się zwykło mawiać – człowiek renesansu. Przy tym sięgający zarówno po tradycyjne, jak i nowoczesne formy wyrazu. Skąd taka różnorodność talentów i zainteresowań?

Oj, takie przezwiska są zupełnie niepotrzebne. Mam wrażenie, że to owoc porzucenia mrzonek o byciu mistrzem świata w jednej dziedzinie i w konsekwencji zabawa różnymi (wbrew pozorom – bardzo komplementarnymi) formami ekspresji. Od rodziców nigdy nie usłyszałem „to bez sensu, nie powinieneś na to tracić czasu” – nawet, gdy moja ścieżka zainteresowań skręcała w jakieś zupełnie irracjonalne, z punktu widzenia ekonomii (i przetrwania rodu!), zakamarki. Trochę jak u skautów – ciągłe szukanie nowych „sprawności”, wieczna zabawa, a co za tym idzie – nawet jeśli minimalny, to chyba nie mający końca rozwój. Henry Ford napisał kiedyś, że moment w którym ktoś myśli o sobie „ekspert” jest końcem jego rozwoju. Mam nadzieję, że mi do tego punktu wciąż daleko.

Ta potrzeba poszukiwania coraz to nowych zainteresowań prowadziła w różne strony. Z tego co wiem, włącznie ze studiami teologicznymi. Później ta teologia jeszcze się w Pana życiu przewijała. Wszak Teatr A, o którym wspomnieliśmy, bazował w dużej mierze na przedstawianiu scen biblijnych.

I tu się chyba nic nie zmieniło. Na teologii wylądowałem z dwóch powodów – kompletnie nie traktując studiów jako poszukiwania zawodu, chciałem poczytać mądre książki, przy okazji dowiadując się, co tak naprawdę podane nam jest do wierzenia. Że nie bardzo udało mi się to pogodzić czasowo z praktykowaniem innych, zapewniających chleb powszedni, pasji – to już zupełnie inna historia. Dziesięć lat skoków między uczelniami skończyło się sporą listą przeczytanych książek, a chyba najwięcej zarobiło na tym PKP (Gliwice–Opole, Gliwice-Warszawa, Gliwice-Katowice). Z mojego punktu widzenia – mimo wszystko wyszedłem z tej potyczki z tarczą, choć kompletnie bez tytułów naukowych. Kiedyś nadrobię, na razie mam co robić (i czytać).

To może jeszcze jeden wycinek z życia. To było w roku 2001, czyli już szmat czasu temu. Współpracowałem wtedy z firmą Technika, dla której pisał Pan skrypty do stron internetowych. Czy to był wówczas sposób na to, żeby zarobić na realizację tych pozostałych, mniej komercyjnych pasji?

Prehistoria. Choć z morałem – mi się moje umiejętności IT mocno przydały (i do dziś przydają) w działaniach performatywnych – „w tamtych czasach” np. napisałem sobie wewnętrzny system CRM, skrojony na nasze potrzeby; ułatwiało to też kwestie stron www, newsletterów i wspólnych kalendarzy. Przypominam – w dawnych czasach, gdy nie było to jeszcze takie proste i dostępne, najsprawniej było sobie narzędzia stworzyć samemu. Ale przyszedł moment (deadline w wigilię!), kiedy poczułem, że trochę brakuje mi prywatnych zasobów czasowych, więc po raz kolejny pasja wygrała ze zdrowym rozsądkiem i przestałem brać zlecenia IT. Nie, wróć – to zdrowy rozsądek wygrał ze zdrowym rozsądkiem. Przychodzi taki moment, gdy powiedzenie czemuś „nie” to najlepsza decyzja, mimo iż korci brać się za wszystko, mimo wszystko. Używając kolejnych dużych słów – konieczny koszt alternatywny wynikający z potrzeby poczucia rzetelnej roboty… i snu.

 Ulicznicy 2015 – Fireshow w Parku Chopina:

A działania artystyczne? Kiedy zaczęła się Pana przygoda z aktorstwem? To kolejna historia studencka?

To był z kolei skok w bok z Akademickiego Chóru Politechniki Śląskiej: z jednej strony – poszerzenie śpiewaczych fascynacji o resztę ciała, która się marnowała tylko stojąc na koncertach; z drugiej – u początku Teatru „A” majstrowałem www dla gliwickiej KANY, która teatrowi wówczas patronowała. No i się jakoś zeszło – znów szalenie blisko od IT do czegoś zupełnie odmiennego. Błędne koło.

Chór Politechniki Śląskiej to z kolei rodzinna tradycja.

Nie chciało być inaczej – Chlipalscy się tam poznali, a ja jako „dziecko chóru” nie bardzo miałem jak przed tym uciec. Pośpiewałem dziewięć lat. I tu kolejne dwa klocki do tej wesołej układanki – podróże i ulica.

Jakoś między Kanadą a Stanami z Dużym Chórem zmajstrowaliśmy na potrzeby wyjazdu do Niemiec z VLO oktet z chóralnej młodzieży (o wdzięcznej nazwie roboczej „Ciulscy”), po tej wycieczce wpadła propozycja koncertu w Hiszpanii na (uwaga!) kongresie Esperanto, a że trzeba tam było dojechać – pośpiewaliśmy sobie po drodze na ulicy przez trzy tygodnie w kilku krajach, bawiąc się przy tym przednio. Turystykę chóralną zastąpiła teatralna, którą od pewnego momentu trzeba było ogarniać, a że mi się na ulicy bardzo spodobało (i ciągnęło w świat) – jakoś przy okazji zaczął się etap uliczny „A”, stąd już tylko parę lat do jego naturalnej konsekwencji – i mamy Uliczników, koło się zamyka!

Zaczynam powoli rozumieć motto z Pana strony internetowej: „raczej kreatywny”. Ciężko inaczej w dwóch słowach określić kogoś kto robił, robi albo będzie wkrótce robił praktycznie wszystko.

Oj, po prostu brzmi to trochę lepiej, niż „Piotr Chlipalski. szybko się nudzi”. Lista rzeczy, które mnie kręcą jest wciąż całkiem spora – mam nadzieję, że to ciągle dopiero rozgrzewka.

Rozgrzewka przed czym? Co jeszcze przed Panem? Jakie marzenia, nadzieje, a może po prostu plany?

To chyba bardziej filozofia działania, bez żadnych konkretnych punktów – taki imperatyw kategoryczny, wersja twórcza. Robić to, co ma sens i absolutnie nie robić tego, co sensu nie ma. W sumie bardzo proste, a jednocześnie strasznie trudne do wyegzekwowania – okazuje się, że wystarczy odmówić propozycjom, które nas nie kręcą, by nagle znaleźć czas i energię na te, dla których warto żyć. Tak, wiem, cudny banał, ale działa!

No dobrze, żeby nie zbyć tego pytania tanią filozofią – na pewno dźwięki, na pewno kameralna zabawa z publicznością, na pewno ruchome obrazki – wciąż szalenie kręci mnie animacja stop-motion, na którą w końcu znajdę pół roku, zaszyję się w jakiejś małej szopie i zmajstruję coś, mam nadzieję, ładnego. A na deser już tylko lista miejsc, w których mnie jeszcze nie było, a chyba miło byłoby się pojawić. Mam nadzieję, że trudno popsuć taki plan.

Wrześniowy numer magazynu eIMPERIUM dostępny na:

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę zatwierdź swój komentarz!
Podaj swoje imię i nazwisko