Zatem nie pozostaje mi nic innego jak zabrać Was dziś do krainy rodem z „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Lecimy do Turcji. Choć w sumie Rumunia pod względem dywanów też pasowałaby do dzisiejszej opowieści, ale zostawmy to na inny raz. Tak więc zmierzamy do miasta o nazwie Kadriye. Położone około 35 kilometrów od Antalyi nad samym Morzem Śródziemnomorskim. Z tego co wiem, to Antalya jest bardzo popularnym ośrodkiem wypoczynkowym, więc być może ktoś z Was był w okolicy podczas wczasów na riwierze tureckiej. Tak czy inaczej nasz cel podróży położony jest nieopodal tej właśnie miejscowości. O samym Kadriye niewiele można poczytać w sieci, a jeśli już nawet Wikipedia w języku tureckim nie podaje żadnych informacji, to już nie wiem gdzie można coś znaleźć na temat miasta. To tak pół żartem, pół serio. Może Wikipedia nie jest wyrocznią i jedynym źródłem wiedzy, ale zdecydowanie jest jednym z najczęściej przeglądanych. Swoją drogą dość niedawno rząd turecki zablokował dostęp do Wikipedii, ponieważ umieszczano na niej informacje, które były ujmijmy to niekorzystne wizerunkowo dla władz.

Głównymi atrakcjami są tutaj pola golfowe, teoretycznie stary targ, o którym jeszcze sobie poczytamy, a także Kraina Legend, czyli The Land Of Legends. Jeśli byłbym dzieckiem to zdecydowanie chciałbym tu zamieszkać i myślę, że spełniłbym większość swoich zachcianek. Śmiało można to porównać do Disneylandu połączonego z weneckimi kanałami po których możemy pływać łódkami oraz wypasionego aquaparku, gdzie poza zjeżdżalniami możemy wziąć udział w pokazach z delfinami, żółwiami i rekinami. Jakby tego było mało to znajdziemy również pasaż z butikami z „wyższej półki”, a co jakiś czas organizowane są koncerty gwiazd światowego formatu. Jeśli ktoś miałby potrzebę odpocząć i się przespać, to może skorzystać z jednego z 3 hoteli położonych na terenie parku. Ceny za taki nocleg wahają się od 116 do 675 euro za dobę. Wszystko oczywiście w tureckim wydaniu. Generalnie wstęp i dostęp do atrakcji jest płatny, ale jest pewna strefa darmowa, którą warto odwiedzić. Gdy przekroczymy bajkowe wrota i bramki niczym na lotnisku, naszym oczom ukaże się ogromny pałac podświetlony kolorami tęczy. Natomiast po prawej stronie będzie wodna przystań z łódeczkami i knajpkami, w których możemy nakarmić nasze spragnione kubki smakowe. Idąc dalej napotkamy pomnik dwóch syrenek wodnych. Trzeba przyznać, że z pewnej odległości wygląda majestatycznie, dlatego gdy podejdziemy bliżej proponuję nie pukać w niego i nie sprawdzać z czego jest zrobiony. Wtedy być może czar nie pryśnie. Następnie znajdujemy się pod pałacem, przy którym jest również scena na różnego rodzaju imprezy. Nieco dalej dostrzegamy rydwan i jeźdźców na koniach brodzących w wodzie, a także oświetlony wodny kanał, którego nie sposób ogarnąć w całości wzrokiem. Będąc tu wieczorem wszystko się mieni, błyszczy i nas czaruje. Jeśli zdążymy to bodajże o godzinie 19 wypuszczane są tysiące baniek mydlanych wraz z towarzyszącym im pokazem świateł. Jak się bawić to z rozmachem! Tyle możemy zobaczyć za darmo. Niestety inne przyjemności kosztują nieco więcej, a ceny biletów zaczynają się od około 105 zł, a kończą na cenie ok 1530 zł za tak zwaną „Magiczną Kartę”. Nie mniej jednak nawet korzystając z darmowej części parku rozrywek zapiera on dech w piersiach. Zatem cóż najlepiej zrobić aby ochłonąć? Najlepiej coś zjeść i wypić lokalny napar, czyli turecką herbatę.

W tym celu najlepiej udać się do miejsca hucznie nazwanego „Kadriye Old Town Turkish Bazaar”, czyli turecki bazar na starym mieście. I tu właśnie pojawia się zagwozdka. Ani to wielki bazar, ani stare miasto. Zabawny widok robotników stawiających styropianowe niemalże greckie kolumny w losowych miejscach miasta z jeszcze nie do końca przeschniętą farbą. Z daleka może widok ładny choć nie wiem czy pasujący do miasta, ale z bliska to już niestety trochę ocieka kiczem i tandetą. Zresztą nie od dziś tureckie targi znane są z podrobionych ubrań, zegarków i złota, więc jaki problem podrobić sobie stare miasto i zrobić je od nowa. Nie umniejszam im oczywiście jakości, ponieważ wśród wszelkiego badziewia, za które jako cena wywoławcza życzą sobie horrendalne sumy, możemy jak najbardziej znaleźć coś godnego uwagi i faktycznie kupić w dobrej cenie. Jednak całość należy traktować z przymrużeniem oka i nie napalać się na wydanie całej kasy w pierwszym napotkanym butiku. Swoją drogą skala podróbek osiągnęła tutaj mistrzowski poziom, bo to już nie są podwórkowe stoiska, ale wręcz całe eleganckie salony z ekspozycjami. Ekskluzywne zegarki, które u nas kosztują nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych, tam na początku zaczynały się od 80 euro, a przy zakupie 2 to już była taka promocja, że żal było nie kupić. No i oczywiście 2 letnia gwarancja jak na szanującą firmę przystało. Choć ciekawe czy za tydzień ten butik jeszcze nadal będzie tutaj stał. Także, takie to właśnie tureckie klimaty. W sumie mają coś w sobie baśniowego, bo możemy znaleźć rzeczy, o których nawet nam się nie śniło. Za to bardzo polecam gastronomiczną stronę tego miejsca. Możemy zakupić wiele lokalnych smaczków, nie wspominając już o niemalże kultowych i niezwykle aromatycznych tureckich przyprawach. Jednak również w tej kwestii również należy odwiedzić kilka stoisk, gdyż można naprawdę słono przepłacić. Moją zdobyczą numer jeden była chyba jadalna bawełna, której wcześniej nie spotkałem do kupienia. Przypomina nieco watę cukrową, gdyż też ją sobie odrywamy w podobny sposób, jedynie jest nieco gęstsza i ciągnie się w niewielkich paskach. Polecam spróbować jeśli tylko nadarzy się Wam okazja. Herbata to również klasyk, więc jeśli ktoś lubi, to warto się napić zwłaszcza, że kosztuje przysłowiowe „grosze”. Co na pewno Turcy i Polacy mają wspólnego to wielką miłość do ucztowania i biesiadowania. Tak więc gdy tylko zasiądziemy do stołu i wybierzemy co nas interesuje, to na początku zostaniemy obstawieni przystawkami, od sałatek z cebuli, papryki po jakieś lokalne przysmaki prosto z pieca. Z ręką na sercu przyznaję, że „niebo w gębie”. Żyć nie umierać i co tam jeszcze można by pod tym podpisać. Samymi przystawkami można się już sowicie zapełnić. W menu królują oczywiście mięsa. Pieczołowicie przyrządzone, często pieczone w piecach opalanych drewnem i niesamowicie aromatyczne. Mięso delikatne, że aż się rozpływa w ustach. Oczywiście i wegetarianie mogą znaleźć coś dla siebie od naprawdę dobrych zup, po różne grillowane warzywa. Nie mogę zapewnić, że taki serwis jest zawsze i wszędzie w Turcji, jednak będąc w Kadriye za każdym razem byłem równie mile zaskoczony. Na deser możemy jeszcze sobie zaserwować turecką sziszę, czyli tak zwaną fajkę wodną, choć przyznaję, że akurat nie skusiłem się na tego rodzaju rarytas, mimo że kiedyś byłem wielkim fanem tego wynalazku.

Żeby jednak nie było tak całkiem kolorowo, wrócę jeszcze na chwilę na nasze targowiska. Wszystko świetnie wygląda dopóki po uliczkach szwendają się turyści z Zachodu napaleni na cudowne okazje z grubymi portfelami i chęcią wydania niezłej sumki na oryginalne, lokalne wyroby. W końcu to sławetny turecki stary bazar! Trąbią nawet o tym bilbordy, gdy przejeżdżamy po okolicy, więc ciężko w to nie uwierzyć. Niby fajnie, ale wszystko wydaje się być robione na pokaz, więc nie poczujemy klimatu prawdziwego targowiska, na którym targują się lokalni bywalcy. Natomiast wystarczy przejść kawałeczek dalej i zobaczymy, że zaraz za sklepikami są rozwalające się budynki, stare samochody, kury biegające po trawie i tylko jeszcze bieda tu nie piszczy. Cały czar miejsca trochę pryska, ponieważ nie jest już tak kolorowo.

Niemniej jednak nie powinno nas to zniechęcać do odwiedzenia tego miejsca. Widać taki ma urok i pewnie tak funkcjonuje od wielu lat. Warto odnaleźć uliczkę z podwieszonymi kolorowymi parasolami, gdyż ma iście bajeczny klimat. Być może nie spotkamy Dżina, ani nie polatamy na dywanie, ale z pewnością możemy zjeść na nim doskonałą ucztę i wypić czaj. Siedząc na dworze w cieniu drzewa, gdy w słońcu temperatura osiąga ponad 40 stopni, a dookoła nas roznosi się orientalny zapach można się trochę oderwać od naszej codzienności i zanurzyć w nieco innej. Właściwie nawet jeśli atmosfera starego miasta i targu wydaje się nieco sztuczna, to jednak ludzie są prawdziwi, a to oni są najważniejsi w każdej podróży. Tym miłym akcentem dziękuję Wam za kolejną podróż i zachęcam do zaparzenia gorącej herbaty. W końcu już za naszymi oknami jesień!

Autor: Łukasz Trusz

Artykuł znajdziesz w ostatnim numerze magazynu eIMPERIUM:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę zatwierdź swój komentarz!
Podaj swoje imię i nazwisko