Dobroczynność ma tyle kolorów, ile jest biedy i bogactwa u ludzi. Historia dobroczynności.

Aby coś dać, trzeba samemu mieć – i to jest podstawa filozofii aktu darowania. Czy nie jest tak, że analizując swoje życie zapewne nie raz mogłeś je czytelniku podzielić na okresy kiedy sam rozdawałeś dobre uczynki, i okresy kiedy te uczynki przyjmowałeś od innych? Wygląda więc na to, że problem darowania czegoś, jest stary jak świat.

Pierwsze znane akty darowania były związane z dobrem największym – życiem. Podczas toczonych od zawsze wojen, darowano czasami życie pokonanym lub je zabierano. Do granic absurdu doprowadzili akt łaski cesarze starożytnego Rzymu. Jeszcze przed nową erą (przed rokiem zero, czyli narodzinami Jezusa) stworzyli widowisko walk gladiatorów, gdzie tłum gapiów darował życie lub zabijał. Pokonany przeciwnik mógł prosić o łaskę podnosząc do góry palec wskazujący, na co obserwujący walkę tłum odpowiadał wyciągnięciem w górę kciuka (co oznaczało darowanie życia) lub skierowaniem go w dół (śmierć). Gest ten jest jednak kwestią sporną wśród badaczy. Scena skazywania gladiatora na śmierć stała się tematem obrazu Jean-Léon Grze . Obraz ukazuje westalki skazujące na śmierć pokonanego gladiatora (J-L. Gérôme, Pollice Verso, 1872, płótno, olej, obecnie w Phoenix Art Museum).

Pollice Verso
*oil on canvas
*97,4 x 146,6 cm
*1872

Darowanie życia znane było w średniowieczu w bardziej romantycznej formie. Wykorzystał to Henryk Sienkiewicz w „Krzyżakach”. Dla przypomnienia – Danusia Jurandówna nakryła wtedy białą chustą głowę Zbyszka z Bogdańca (skazanego na śmierć za napaść na posła krzyżackiego) wołając „Mój ci jest!”. I Zbyszko ocalał.

W nowej erze chrześcijaństwa, prawie każda uznana święta postać miała w swoim życiorysie epizod dobroczynności. Weźmy za przykład św. Franciszka z Asyżu. Trochę skandalicznie się zachował wobec swojego taty, bo pewnego razu, gdy remontował stary kościół, zabrakło mu zapewne pieniędzy na ten zbożny cel, więc sprzedał konia i zabrał ze sklepu ojca kilka bel sukna. Ojciec najpierw więc go uwięził, a potem, w 1206 roku, zaprowadził przed sąd biskupi (zresztą na życzenie samego Franciszka, który uważał, że żaden inny trybunał nie jest dla niego miarodajny). Biskup orzekł, że Franciszek powinien zwrócić ojcu pieniądze, na co Franciszek oświadczył, iż w takim razie nie ma ojca – zdjął odzienie, zostając w samej włosiennicy, złożył je i razem z pieniędzmi oddał ojcu. Rozpoczął życie pokuty, m.in. asystując w leprozorium, czyli kolonii trędowatych. Inna przypowieść mówi, iż Franciszek, uderzony usłyszanymi w czasie mszy słowami dotyczącymi stylu życia apostolskiego, zdjął habit eremicki i zaczął nosić prostą brązową tunikę – strój uważany w ówczesnej Umbrii za typowo plebejski. Z bosymi stopami zaczął wzywać ludzi do czynienia pokuty. Niebawem przyłączyli się do niego Bernard z Quintavalle (który spieniężył cały swój majątek, a pieniądze rozdał wdowom i sierotom) i kanonik Piotr z Cattani. W kilka dni później do grupki pierwszych franciszkanów dołączył brat Idzi z Asyżu.

W pewnym więc sensie, Franciszek postąpił jak nasz rodzimy Janosik – karpacki zbójnik, słowacki bohater narodowy, znany z tego, że podobno zabierał bogatym a dawał biednym, (i gnębił margrabiego w znanym nam filmie z Markiem Perepeczko w roli głównej ). Rzeczywistość jednak była odrobinkę inna. Podczas służby wojskowej Jánošík pilnował groźnych ówczesnych przestępców w zamku w Bytčy. Tam poznał niejakiego Tomáša Uhorčíka, harnasia zbójników karpackich. W 1710 r. Jánošík pomógł mu uciec z więzienia, a w następnym miesiącu sam zdezerterował lub został wykupiony przez ojca z wojska i przystał do jego zbójeckiej bandy. Niebawem sam został jej harnasiem. Jánošík ze swoją grupą działał na pograniczu węgiersko-polskim, a ofiarami jego napadów byli głównie kupcy, ale także plebani, posłańcy pocztowi i inne przypadkowe, zamożniejsze osoby. Grabił głównie z myślą o sobie i swoich ludziach, obdarowując okazjonalnie np. dziewczęta z okolicznych wsi różnymi zrabowanymi drobiazgami.

Ogromną rolę w kulturze Polski odegrała św. Jadwiga Andegaweńska. Mając władzę i pieniądze, zleciła pierwsze w naszej historii tłumaczenie Księgi Psalmów na język polski (zachował się po dziś dzień egzemplarz tego dzieła znany jako Psałterz floriański). Fundowała wiele nowych kościołów oraz uposażała już istniejące klasztory. Opiekowała się szpitalami. W 1397 założyła bursę dla polskich i litewskich studentów przy Uniwersytecie Karola w Pradze. W tym też roku uzyskała zgodę papieża na utworzenie fakultetu teologii na Akademii Krakowskiej. Jadwiga uprawiała działalność charytatywną – ufundowała szpital w Bieczu, uposażyła szpitale w Sandomierzu i Sączu oraz otoczyła opieką liczne inne szpitale miejskie i klasztorne, w tym szpital św. Jadwigi Śląskiej w Krakowie na Stradomiu. Wykazywała wrażliwość nie tylko na biedę materialną, ale stawała również w obronie ludzkiej godności, powiedziała niegdyś do króla Władysława Jagiełły, kompensującego pieniędzmi krzywdę chłopów: „A któż im łzy powróci?”.
Znana jest przypowieść o dobroci św. Jadwigi Adegaweńskiej – Przy budowie kościoła NMP na Piasku, który istnieje do dziś, królowa Jadwiga sama doglądała robót. Pewnego dnia jej czujne oko dojrzało kamieniarza, który był smutny. Kiedy zapytała o powód, odpowiedział, że w domu zostawił ciężko chorą żonę, boi się, że go zostawi z drobnymi dziećmi, a nie ma pieniędzy na lekarza. Królowa, nie namyślając się, oderwała ze swego bucika złotą klamrę, wysadzaną drogimi kamieniami, i oddała ją robotnikowi, aby zapłacił lekarzowi. Nie zauważyła tylko, że stopę położyła na kamieniu oblanym wapnem. Odbity ślad bucika wdzięczny kamieniarz obkuł dokoła i wraz z kamieniem wmurował w zewnętrzną ścianę świątyni. Do dzisiaj można go oglądać.
Podobną wielkoduszność okazywała „nasza”, św. Jadwiga Śląska. Oboje z mężem Henrykiem byli ludźmi bardzo religijnymi, w 1209 roku złożyli śluby czystości, dbali o rozwój Kościoła i byli fundatorami wielu kościołów, w tym klasztoru sióstr cysterek w Trzebnicy. Prowadziła też działalność dobroczynną, starała się o pomoc chorym i ubogim – zorganizowała działalność wędrownego szpitala dla ubogich, otworzyła szpital dla trędowatych w Środzie Śląskiej, kolejną placówkę leczniczą założyła w Trzebnicy. Według podań Jadwiga była osobą posiadającą cechę wielkiej skromności, a jednocześnie bardzo zaangażowaną w swoje działanie. Cechy te ilustruje legenda, według której Jadwiga, aby nie odróżniać się od reszty swego ludu oraz w imię pokory i skromności, chodziła boso. Irytowało to bardzo jej męża, wymógł więc na spowiedniku, aby ten nakazał jej noszenie butów. Duchowny podarował swej Jadwidze parę butów i poprosił, aby zawsze je nosiła. Księżna, będąc posłuszną swojemu spowiednikowi, podarowane buty nosiła ze sobą, ale przywieszone na sznurku.

Znane w Gliwicach Zgromadzenie Sióstr Boromeuszek (przy ul. Z. Starego stoi ich klasztor) ma za swego patrona św. Karola Boromeusza. W ówczesnej XVI wiecznej Kurii Rzymskiej był on drugą po papieżu osobą, nazywano go „okiem papieża”. W 1560 roku został mianowany administratorem archidiecezji mediolańskiej z obowiązkiem pozostawania w Rzymie. Później otrzymał jeszcze godności: kardynała-protektora Portugalii, Niderlandów (obecnie tereny Belgii i Holandii) i katolików szwajcarskich, archiprezbitera bazyliki Matki Boskiej Większej w Rzymie (Santa Maria Maggiore) oraz protektora franciszkanów, karmelitów oraz szpitalników. Godności te wiązały się ze znacznymi dochodami (ok. 48 tys. skudów), które Karol przeznaczał na cele dobroczynne. Sam żył skromnie, wymagał od pracowników kurii ubierania się na czarno. Ustanowił Akademię Notti Vaticane, publikującą Noctes Vaticanae. Fundował sierocińce, przytułki dla bezdomnych i przytułki dla dziewcząt i kobiet. W czasie kilkakrotnie wybuchającej w Mediolanie epidemii nakazywał otwierać spichlerze i rozdawać żywność ubogim. Osobiście spowiadał chorych i udzielał im sakramentów. W 1576 z powodu nieurodzaju nastał głód, a wkrótce potem wybuchła epidemia. Upadł handel. Władze miejskie i arystokracja uciekli, ale biskup pozostał i organizował pomoc dla dotkniętych głodem i zarazą. Doprowadził do współpracy wszystkich religijnych organizacji. Używając prywatnych funduszy i zadłużając się, starał się nakarmić do 70 tysięcy ludzi dziennie. Podczas epidemii ospy (1577) prowadził boso procesję pokutną ulicami miasta.
Przejdźmy jednak do bardziej współczesnych czasów. Przełom XIX i XX wieku to rozkwit przemysłu Gliwic, powstanie ogromnych majątków i jednocześnie świadomości fabrykantów że majątkiem swoim można pomóc innym.

Wilhelm Hegenscheid – twórca gliwickiej fabryki gwoździ i drutu (istniejącej szczątkowo jeszcze do dziś), ewangelik. Człowiek bardzo religijny, uczciwy i wymagający punktualności, rzetelności i czystości. Znany był również z filantropii – ufundował Szkołę Przemysłową (dziś V LO przy dzisiejszej ul. G. Wałów), szkołę podstawową przy ul. Jana Śliwki (dawniej Hegenscheidt Strasse), halę sportową dla mieszkańców osiedla robotniczego (tam po wojnie trenowali bokserzy z GUKS Carbo Gliwice trenera Henryka Wilka), korty i łaźnie.

Oscar Huldschynsky – twórca zakładów produkcji rur w Gliwicach, późniejszego koncernu hutniczego łączącego większość śląskich zakładów przemysłu ciężkiego. Po wojnie zakłady nazwano Hutą 1-go Maja (nic obecnie nie zostało po zabudowaniach huty). Mimo że był Żydem, ufundował dla swojej katolickiej części załogi kaplicę, przekształconą potem w kościół pod wezwaniem św Rodziny (przy ul Chorzowskiej). Kaplica – kościół istnieje do dziś wraz bardzo dużym osiedlem robotniczym zbudowanym specjalnie dla swej załogi przy obecnych ul Lindego, Gajdy, Idy.

W historii gliwickiej industrii sprzed dwóch wieków istnieje jeszcze jeden wątek związany z dobroczynnością. Ale tym razem chodzi o dobroczynność wobec państwa – ówczesnego Królestwa Prus. W roku 1810 zmarła ciesząca się ogromną sympatią, królowa Luiza – żona Fryderyka Wilhelma III. Prusy stanęły w żałobie, kobiety zaczęły się ubierać na czarno nosząc na szyjach zamiast kolii żeliwne czarne krzyże z podobizną zmarłej królowej. Zwyczaj ten przydał się Prusom już niedługo potem. Okazało się że państwowa kasa jest pusta i król Prus poprosił o pomoc finansową swoich rodaków. Oddawano wówczas dobrowolnie na potrzeby armii pruskiej złotą biżuterię, by otrzymać extrawagancką biżuterię odlaną z żeliwa. Stara Huta Gliwicka (obecnie GZUT przy ul. Robotniczej), zamieniła się w warsztat produkujący żeliwne cudeńka noszone z godnością przez Niemki. Podobno złotnicy zaprzestali produkcji złotej biżuterii na rzecz szalenie modnej biżuterii żeliwnej. Wcześniej panie oddały swoje złote kolczyki, bransolety, pierścionki i broszki darując swej ojczyźnie pieniądze na … wojnę, ufając propagandowemu sloganowi „Gold gab ich für Eisen“ – „Złoto oddałam za żelazo“ To dziwna rzecz ale prawdziwa, a w muzeum Odlewnictwa w Gliwicach (przy ul Bojkowskiej, budynek dawnej kop. Gliwice, III piętro) leżą w gablotach te misterne wyroby dawnej huty gliwickiej.

Do niedawna istniała przy ul Matejki w Gliwicach restauracja „Bagatela”. To XIX wieczny dawny zajazd i hotel „Zur Goldenen Gans” – „Pod złotą gęsią”. Tu zatrzymywali się w podróży po Śląsku Horiusz Balzak, Ignacy Kraszewski, Wincenty Pol i Julian Niemcewicz. Tutaj też, podczas karnawału w początkach XX wieku organizowano huczne bale dobroczynne. Zbierała się w „Goldenen Gans” śmietanka towarzyska ówczesnych Gleiwitz, a cały dochód właścicieli z balów karnawałowych był przeznaczany na cele charytatywne.

Rok 1956 na Węgrzech stał się ważnym wydarzeniem w socjalistycznej Europie. Po bestialskim stłumieniu przez armię sowiecką protestów Węgrów, wiele miast Polski w odruchu solidarności z walczącym narodem węgierskim organizowało zbiórki i transporty żywności, odzieży a głównie krwi na Węgry. Okres destalinizacji rządzonego wówczas przez Władysława Gomułkę kraju pozwolił na takie działania. Politechnika Śląska, zakłady pracy i prywatne osoby brały udział w tym spontanicznym odruchu pomocy Węgrom w Budapeszcie. W podcieniach rynku gliwickiego, wisi od niedawna tablica poświęcona tym właśnie wydarzeniom i dobroczynności gliwiczan roku 1956.

Jak dziś wygląda nasza dobroczynność?

Trzeba tu pamiętać o akcjach charytatywnych przedsiębiorców gliwickich fundujących bezdomnym świąteczne spotkania przy stole, o istnieniu Stowarzyszenia Brata Alberta pomagającym bezdomnym w swoich noclegowniach i stołówkach, o istnieniu domów dziecka prowadzonych przez zakony i państwo oraz o akcjach oddawania bezcennej krwi (W Gliwicach krew można oddawać codziennie w budynku głównym Instytutu Onkologii). Zbierane są także pieniądze na szczytne cele podczas kwest na cmentarzach i zbiórek pieniężnych w 26-letnim już cyklu „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy”.

A jak samo państwo pomaga potrzebującym?

W 2004 roku zaczęło funkcjonować pojęcie Organizacji Pożytku Publicznego. Na mocy ustawy podatnik płacący podatek dochodowy od osób fizycznych może przeznaczyć 1% swojego należnego podatku na rzecz wybranej przez siebie organizacji. Obecnie można wskazać nawet konkretną osobą do której nasza darowizna ma trafić, ale – i tu ważna informacja – wskazanie konkretnego celu nie gwarantuje, że życzenia podatnika zostanie spełnione. Podanie, do kogo mają trafić pieniądze, nie jest bowiem wiążące dla organizacji pożytku publicznego. To ona decyduje, na co przeznacza środki z 1 proc. W praktyce jednak większość organizacji respektuje wolę darczyńców.


Czy jest w ogóle możliwe uratowanie wszystkich od biedy i niedostatku? Chyba nie. Najgorsze jest to, że często mijamy żebraków przy bramach kościelnych nie zwracając na nich żadnej uwagi. A może jednak to prawdziwy biedak proszący jak gladiator o życie?

Autor: Marian Jabłoński 2018

26. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Gliwicach:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę zatwierdź swój komentarz!
Podaj swoje imię i nazwisko