„Hu hu ha nasza zima zła?”. Zimy stulecia w naszym regionie

No i zimę 2017-18 możemy już prawie odfajkować. Nie była taka straszna jak nam ją na jesieni synoptycy i górale przepowiadali. Nie była ani najzimniejsza ani najbardziej śnieżna. Praktycznie, śniegu nasze dzieci nie widziały od dawna. W historii regionu były jednak zimy, które dawni kronikarze opisywali jako wyjątkowo groźne.

612

Już Jan Długosz opisywał tragiczną w skutkach zimę w roku 1315, kiedy olbrzymie opady śniegu i potworny mróz zniszczył wszystkie zasiewy powodując głód i w efekcie epidemie chorób. Pisał m.in. – „Polskę i Czechy (Śląsk był wówczas czeski) nawiedził w tym roku tak wielki głód, że udręczone matki zjadały dzieci, a wilki chcąc zaspokoić głód, napadały nawet na ludzi z napiętymi kuszami i pożerały pokonanych z największą żarłocznością”. Zimę z roku 1440 wspomina jako niezwykle długą , tak że wracające do gniazd bociany chroniły się przed zamarznięciem w domostwach ludzi.

Potwierdza to również inny kronikarz – Franz Ignatz Henke w opublikowanej w latach 1860-1864 „Kronice wolnego państwa stanowego Wodzisław na Górnym Śląsku”. Zniszczone zasiewy nie dały plonów, więc nie było czym obsiać pól w latach następnych co powodowało kolejne okresy głodu. Ludzie zjadali wtedy nawet padłe zwierzęta narażając się na śmiertelną chorobę – cholerę która zbierała wówczas swoje największe żniwa, ospę, szkarlatynę i tyfus. Kronikarze podają również nieprawdopodobne fakty zjadania z głodu zmarłych ludzi. Wykopywano z grobów pochowanych nieboszczyków a powieszonych zbrodniarzy szybko odcinano z szubienicy by ciało przeznaczyć do zjedzenia. Nie wierząc w te opisy sięgnąłem do wikipedii i hasła „kanibalizm”. I co się okazało – zjadanie innych ludzi było rozpowszechnione nie tylko wśród ludów Afryki traktujących zjadanie ciała zabitego wroga jako dowód przejęcia jego siły i umiejętności. Do najbardziej znanych przypadków kanibalizmu doszło ok. 1820  r. Lesotho. Kiedy zapanował głód miejscowe plemiona zaczęły polować na sąsiadów, których następnie zjadano. Ludzkie mięso tak napastnikom zasmakowało, że kanibalizm zaczęto uprawiać regularnie. Schwytanym ofiarom łamano nogi, by nie mogły uciec. W ten sposób powstało coś w rodzaju „żywej spiżarni”. Za największy przysmak uchodziły dzieci i kobiety. Po raz ostatni kanibalizm wystąpił w Europie na masową skalę w latach 1932-1933 w ZSRR, podczas Wielkiego Głodu na Ukrainie kiedy zmarło ponad 10 mln ludzi.

Zimowe zawody sportowe na nieistniejącym zamarzniętym basenie w parku Chrobrego – ok. 1930 r. (fot.z archiwum M. Jabłońskiego):

Wielkie opady śniegu powodowały nagromadzenie się ogromnych ilości zamarzniętej wody która podczas gwałtownych odwilży powodowała powodzie niszczące wszystko co posiano na polach. Tak właśnie się stało w 1712 r w okolicach Pszczyny, w powiecie toszecko-gliwickim w roku 1737 oraz na całym Górnym Śląsku w roku 1740. Zmarłych z głodu i zarazy chowano we wspólnych dołach mieszczących po kilkaset zwłok. Podczas kolejnej srogiej zimy w 1408 roku zamarzł Bałtyk, w latach 1512-14 były aż trzy kolejne tragiczne dla ludzi zimy, wyliczając dalej – rok 1542, 1608, 1708 to lata kiedy jeszcze w kwietniu i maju ziemia była głęboko zamarznięta nie pozwalając na obsianie pól. Wspomniany już rok 1740 na Śląsku to jedna z najgorszych zim. Nie mierzono wówczas temperatury bo nie istniał jeszcze termometr wynaleziony przez Kelvina i udoskonalany przez Fahrenheita i Celsjusza około roku 1850. Podczas wspomnianej zimy z roku 1740 woda wylewana powoli z wysokości trzeciego piętra zanim spadła na ziemię podobno zamarzała w powietrzu. Jeszcze w końcu maja na ulicach znajdował się lód. Bydło i zwierzęta leśne padły z głodu, ryby wymarzły i podusiły się w lodzie bo stawy zamarzły aż do dna, drzewa w sadach popękały.  

Dzika ślizgawka na zamarzniętym Kanale Kłodnickim w rejonie ul. Hutniczej – ok. 1930

Lata budowania przemysłu w Gliwicach, czyli okres lat 1800-1900 to czas kiedy zimy mocno w tym dziele przeszkadzały. Zbudowany między Zabrzem a Gliwicami Kanał Kłodnicki mający służyć jako droga transportowania barkami węgla w stronę Wrocławia często zamarzał co powodowało przestoje w Starej Hucie Gliwickiej i brak dostaw taniego węgla do Berlina. Bardziej cieszyli się ówcześni gliwiczanie gdyż na zamarzniętym kanale magistrat organizował liczne ślizgawki z muzyką, barem i konkursami tańców na lodzie.

W powojennej Polsce odnotowano kilka takich surowych zim. Zima z okresu 1962/1963 dała się Polsce mocno we znaki – była najzimniejszą i najbardziej śnieżna od roku 1830. Długotrwałe mrozy powodowały pękanie szyn i awarie trakcji elektrycznej. Pociągi ze śląskim  węglem nie mogły więc jechać w głąb Polski i kryzys energetyczny się pogłębiał. Rekord spóźnienia pobił wówczas pociąg towarowy z węglem  jadący z 10 na 11 stycznia do Gdyni – jego podróż trwała całe 28 godzin co dało 17 godzin spóźnienia. Ponadto stawały się one łatwym łupem złodziei – wszak węgiel był wtedy na wagę złota. Temperatury poniżej -15 stopni trwały na Śląsku nieprzerwanie od grudnia 1962 do początków marca 1963. Najniższą temperaturę zanotowano wtedy w Jastrzębiu, to – 33 stopnie. W miastach pokrywa śniegu miała grubość 30 cm, za to w górach Śląska ponad 2 metry.

ul .Bohaterów Getta – lata 60-te XX wieku

Zima stulecia jak ją określano – zaczęła się w Sylwestra roku 1978. Przez tę jedną noc spadło tyle śniegu że praktycznie komunikacja zamarła i wracający z zabaw sylwestrowych zwykle pozostawali na miejscu nie mogąc nigdzie dojechać. W stolicy spadło wówczas 70 cm śniegu. Ludzie poruszali się często w tunelach wydrążonych w śniegu, zaś jazda samochodem przypominała raczej ciągłe odkopywanie drogi, autobusy były wypychane z zasp przez pasażerów, a do odśnieżania miast skierowano żołnierzy z ich sprzętem wojskowym, pękały zamarznięte wodociągi a półki sklepowe świeciły pustką. Dla potrzeb rozmrażania torów tramwajowych katowickie WPK opracowało wtedy prototyp rozmrażarki zbudowanej na bazie lotniczego silnika odrzutowego. W ostatnich latach zima 2005/2006 zapisała się jako bardzo mroźna. Zamknięto wtedy w całym kraju setki szkół, komunikacja autobusowa szwankowała jak nigdy a liczba zamarzniętych na śmierć ludzi sięgnęła ponad 100 osób. Sroga zima to nie tylko mróz i śnieg ale także katastrofy. W lutym 1979 roku w powietrze wyleciała warszawska Rotunda grzebiąc 49 osób i raniąc 135. Przyczyną eksplozji był gaz ulatniający się z pękniętego zaworu w pobliżu budowli, zamarznięte przewody wentylacyjne nie odprowadziły go do atmosfery i gaz dostał się do wnętrza budynku powodując wybuch. W styczniu 2006 roku od ciężaru śniegu zawaliła się hala Targów w Katowicach zabijając na miejscu 65 osób i raniąc ponad 170. 

Pociągi towarowe z zamarzniętym węglem – widok z wiaduktu na ul Zabrskiej – ok. 1960

Na zakończenie trochę zimowej statystyki z naszego województwa z ostatnich lat. Najniższa temperatura to -37 stopni z 8 stycznia 1987 r w Świerklańcu, najchłodniejsza zima to przełom  1984/85 ze średnią temp. – 8 stopni, najchłodniejszy miesiąc to styczeń 1987 ze średnią – 13 stopni, najgrubsza pokrywa śniegu to 260 cm w marcu 1976 roku na Skrzycznem. Mrozom czasami towarzyszyły wichury. 15 stycznia 1981 na Skrzycznem wiatr wiał z prędkością 126 km/h, a 19 grudnia 1989 roku w Bielsku-Białej miał w porywach prędkość 170 km/h.

Spacer gliwiczan, lata 30-te XX wieku. W tle nieistniejący już wzgórek Deventera w dawnym Parku Miejskim (dziś Park Chopina)

Kiedy wyruszając rano z domu popatrzysz Czytelniku na termometr, a tam słupek spadnie do -5 stopni (jak to w styczniu bywa) i zmrozi Cię myśl o wyjściu z domu, pomyśl o tych najgorszych zimach w naszym regionie. To były zimy!

Marian Jabłoński  2018

 

r e k l a m a