Tragedia miłosna znad Kanału Kłodnickiego

Śluza Gliwice (zbiory Grzegorza Króla)

Zawsze, kiedy 1 września wypadała niedziela św. Bronisławy, niedobrze się było pokazywać przy gliwickiej śluzie starego Kanału Kłodnickiego. Na nierozważnych młodzieńców czekał tu wtedy duch pięknej Hoski, żony dawnego śluzownika Rudolfa. A ten, który ją zobaczył, na zawsze zostawał we wnętrzu mrocznej śluzy.

A dlaczego zapytacie? Było to tak:

Rudolf był młodym i sprawnym spławiaczem barek z węglem z Gliwic aż do samego Berlina. Podczas jednej z takich wypraw, a było to jesienią roku 1816, dopłynął ze swoimi barkami wypełnionymi węglem wprost pod pałac najjaśniejszego króla Prus – Fryderyka Wilhelma.
Król pozwolił spławiaczom na kilkudniowy pobyt na swoim dworze i tu Rudolf poznał przepiękną dwórkę Hoskę. Zakochał się i nie wiedząc jak dziewczynę przekonać do swej miłości, porwał ją i na pustych barkach przywiózł do Gliwic.

Hoska, przyzwyczajona do dworskiego luksusu nie potrafiła sobie poradzić w tym nowym miejscu. Młodzi zamieszkali tuż przy gliwickiej śluzie, w małym ceglanym domku, w którym była też stajnia dla koni ciągnących barki w górę lub w dół kanału. Hoska musiała zajmować się nimi i gromadzić siano na zimę z pobliskich łąk. Kiedy czesała ich grzywy, płakała cichutko tęskniąc za dawnym łatwym życiem. Z czasem pokochała jednak Rudolfa i tak razem pędzili tu nad kanałem swój żywot.

Była tak śliczna, że chłopcy aż spod kopalni „Królowa Luiza” w Zabrzu przypływali barkami by popatrzeć choć przez chwilę na żonę śluzownika Rudolfa.

W sąsiedniej wsi mieszkała wówczas zazdrosna o powodzenie Hoski córka leśniczego, pomówiła ją do proboszcza o czary i tu zaczął się dramat. Proboszcz znany ze swoich perfidnych metod wydobycia prawdy z niby-czarownic zwołał Inkwizycję, a ta orzekła że trzeba poddać Hoskę wymyślnym torturom.

Przerażony Rudolf wiedział, że już kilka innych dziewcząt z Gliwic było zamęczonych przez lubieżnych zakonników i ściętych mieczem na rynku gliwickim. Zrozumiał też, że to przez niego Hoska płacze często w stajni i że teraz czeka ją śmierć z rąk kata.
Napełnił więc gliwicką śluzę wodą i trzymając się za ręce, oboje kochankowie wskoczyli w głębokie odmęty kanału.

Od tej pory, spławiacze węglowych barek nigdy głośno się nie śmiali i nie rozmawiali, kiedy wpływali do gliwickiej śluzy zdążając z Zabrza przez port gliwicki do Koźla. Było tam zawsze cicho i tylko konie dziwnie się zachowywały nie chcąc ciągnąć barek, aż ktoś nie pogłaskał je po grzywach.

Tajemnice Kanału Kłodnickiego:

Kanał sztolniowy:

Śluza gliwicka na kanale Kłodnickim istniała naprawdę, tak samo jak barki, konie, spławiacze, król Fryderyk Wilhelm, domek śluzownika i przeklęty czarny węgiel z prawdziwej kopalni „Królowa Luiza” , tak bardzo potrzebny ówczesnym Prusom.
Kanał, port i śluzy istniały od roku 1806 a zakończyły swą służbę w roku 1936, ale zasypywać go zaczęto dopiero po wojnie, bo w latach 50-tych. Wtedy też zasypano gliwicką śluzę. Zapomniana przetrwała pod ziemią aż do 2013 roku, kiedy rozpoczęto prace przy budowie Drogowej Trasy Średnicowej biegnącej korytem starego kanału.

Ogromne bloki piaskowca – głównego jej budulca, oddzielono ręcznie i przewieziono do magazynu, gdyż w jakiejś odległej przyszłości – według zapewnień magistratu gliwickiego, planuje się odtworzenie kształtu korony śluzy. Póki co, jednak tylko autor posiada unikalną dokumentację fotograficzną śluzy oraz wszelkie możliwe wymiary całego obiektu.
Był to potężny obiekt hydrotechniczny o długości blisko 50 m i głębokości 4 m. W sumie aż 18 takich śluz barki z węglem musiały pokonać by dotrzeć do Koźla. Płynęły potem Odrą i kanałami w głąb Prus, by po przebyciu ponad 600 km dostarczyć tani śląski węgiel pruskiemu przemysłowi.

Autor: Marian Jabłoński

„Gliwicki most miłości”:

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę zatwierdź swój komentarz!
Podaj swoje imię i nazwisko