Przyroda zimowa jest przepiękna, ale wszystko jest szaro-białe i wydaje się mało atrakcyjne. Wystarczy jednak przyjrzeć się bliżej tej biało-szarości i dostrzeże się … normalne życie. Kaczki na Kłodnicy buszują w najlepsze (bo stawy im ktoś zamroził przecież), działkowcy od soboty zaludniają swoje domki podkładając do kominków, chudzi biegacze pielęgnują chudość, wędkarze podlodowi przeskakują z dziurki do dziurki w nadziei na jakąś głupią rybkę, ciekawą co to takiego ten ktoś na krzesełku z wiertełkiem.

Inną formę życia zimowego zaobserwujemy zbliżając się do centrum Gliwic. Tu już nie jeden człowiek się uaktywnia zimowo, lecz dziesiątki a nawet setki całodobowo. Lodowisko Tafla – niedawno po strasznej awarii uruchomione, zabiera na lód miłośników piruetów, jazdy po prostu na wprost oraz tatusiów wprawiających swe pociechy w arkana tej uciechy lodowej.

Odrobinkę dalej, całkiem zimowy park Chrobrego – bez życia i zamrożony do wyborów, z tabliczkami zakaz wstępu, zakaz jazdy rowerów, zakaz ruchu w ogóle. Jedynie studenci, jakby na przekór, gromadnie zdążają do swej hali sportowej na ulubione mecze i wyciskanie potu pod siatką. Chwała Bogu że śniegu nie ma, bo jakby to wyglądało gdyby korzystając z okazji reperowania statystyki, strażnicy miejscy wlepiali mandaty dzieciakom za jazdę sankami z popsutej remontem Mysiej Górki?

Dwa weekendowe dni miłośnicy zimy przy ciepłych w kaloryferach, mogli się dokształcić sprzętowo podczas kolejnych targów budowlanych. Na parkingu tuż przy wydziałach politechniki swe kramy rozłożyli producenci kominków, piecyków i kotłów, kominów i innych bajerów dostarczających błogosławione ciepło. Autor dokładnie przejrzał co się w zderzeniu z ustawą antysmogową i w ogóle w tej branży święci. No i nie jest to wszystko do śmiechu, wręcz przeraża wizja przyszłych lat. Wymogi co do jakości pieców ekologicznych na ekogroszek i z mityczną jak na razie 5 klasą ekologiczności dotkną każdego, kto za parę lat będzie kupował nowy węglowy piecyk lub kocioł do domu. Finansowo dotkną. Skoro nic innego nie będzie produkowane i sprzedawane, to przecież ceny można dyktować nabywcy kosmiczne. Już to się stało z eko-groszkiem do eko-pieców. Z 700 cena podskoczyła zaraz po ogłoszeniu ustawy do tysiąca za tonę. Może ktoś z czytelników się teraz śmieje, bo przecież węgiel to przeżytek i smród. Niby tak, ale eko-ciepło z kaloryferów to przecież też efekt spalania węgla w piecach PEC-u. I tu występuję w obronie tysięcy gliwiczan zasiedlających stare przedwojenne kamienice zaopatrzone jedynie w piece kaflowe, rozmaite „żary” czy zwykłe kozy żeliwne. Kamienice te będące albo miejskimi czyli komunalnymi, albo jeszcze zakładowymi czy wspólnotowymi nie mają szans na zmianę systemu ogrzewania. Finansowych szans. Nikt nie pomyślał jak na razie, że to ci właśnie zapomniani gliwiczanie w liczbie grubych tysięcy, są w głównej mierze producentami dymu i smrodu z „ruskiego” węgla. A o ich piecykach i mieszkankach w stuletnich ruderach nikt nie wspomina, problem znika zamiatany pod dywan.

Jeden z wystawców swoich pieco-wyrobów, molestowany przez autora w sprawie zminimalizowania wymiarów kotłów czy eko-piecyków by zmieściły się w poniemieckich mieszkaniach na piętrze, powiedział wprost : „ musi pan mieć kotłownię a nie schowek na miotły”.

No to – do wiosny gliwiczanie!

Marian Jabłoński 2018