Annabella Conti: Panie Doktorze, wiemy że okuliści leczą i korygują wady wzroku, kardiolodzy zajmują się schorzeniami związanymi z sercem, chirurdzy wykonują zabiegi inwazyjne. Proszę wyjaśnić, czym zajmuje się lekarz medycyny paliatywnej?

Dr Leszek Strzelecki: Lekarz medycyny paliatywnej prowadzi chorego i jego rodzinę lub opiekunów przez ostatni okres życia. Zajmujemy się pacjentami, których choroba perspektywę życia bardzo skraca. Ona jest w dalszym ciągu nieokreślona, ale jednak już wiemy, że ten czas nie jest nieograniczony. Klasycznie medycyna paliatywna zajmuje się zwalczaniem trudnych objawów fizycznych – czyli bólu czy duszności, ale i psychicznych oraz rodzinnych komplikacji. Wchodzimy w rodziny, jesteśmy więc zaangażowani w kłopoty, w których te rodziny funkcjonują. Choroby o których mówię z reguły bardzo komplikują życie. Ludzie tracą źródło utrzymania, swoją rolę w rodzinie; ktoś, kto zawsze był ojcem rodziny, dyrektorem czy prezesem, nagle staje się osobą w pełni zależną od innych. To jest dopiero burza. Są chorzy, dla których to jest główny problem, bardziej niż ból czy duszność. Członkowie rodziny, opiekunowie mogą nie być gotowi do przejęcia nowych ról. Medycyna paliatywna jest czymś bliższym etosowi pomagania w trudnych sytuacjach aniżeli medycyna specjalistyczna innych dziedzin.

Czy można powiedzieć, że poza rolą lekarza, staje się Pan także psychologiem i na co dzień spotyka się z problemami psychospołecznymi, a nawet problemami natury duchowej?

W obliczu ciężkiej choroby, którą dźwiga pacjent i jego rodzina nie da się od takich problemów uciec. W chorobie bliskiej osoby jesteśmy nastawieni na aktywną walkę z nią, na jak najlepszy sposób odżywiania, rehabilitowania. Zdarza się jednak, że ciężki stan chorego zmusza nas do określenia na nowo celów działania: nie będziemy walczyć o pełne zdrowie, a raczej możliwie długi czas przeżycia w dobrym samopoczuciu. Naszą rolą jest uczciwe poinformowanie pacjenta o jego stanie, możliwościach leczenia z naciskiem na to jakiej realnej korzyści z zastosowania danej metody może on oczekiwać. Z drugiej strony każde leczenie obarczone jest ryzykiem działań niepożądanych. Ideałem jest sytuacja, gdy dobrze poinformowany chory podejmuje decyzję o wyborze takiego lub innego postępowania. Życie stawia nas jednak wobec wielu sytuacji, gdzie wolność i kompetencja dokonywania takiego wyboru jest ograniczona.

Na myśl przychodzi mi postać świętej pamięci Jana Kaczkowskiego – księdza, bioetyka oraz założyciela Puckiego Hospicjum pw. św. Ojca Pio, który mówił, aby w ostatnich momentach życia „(…)nie medykalizować, nie walczyć o każdą minutę życia, ale skupić się na byciu przy kimś”. Czy w Pana pracy zdarza się, że chory bardziej od opieki medycznej, potrzebuje ludzkiego wsparcia i bliskości?

Zastanawiam się, czy zdarzają się takie sytuacje, kiedy chory tego nie potrzebuje. Potrzebuje, zawsze. Są chorzy, którzy otrzymują wsparcie od swojej rodziny w obfitości i mają te potrzeby zaspokojone. To jest piękne. Oczywiście, nie da się tego wyliczyć, ale myślę, że medycyna w takiej sytuacji ma swoje pole. Jest to około 10-30% natomiast 70-90% (mówię o opiece domowej), to już rola rodziny. Dla chorego w ciężkim stanie fundamentalne znaczenie ma to, że obok jest osoba, która się o niego troszczy; która reaguje na jego jęk, wie w jakiej pozycji lubi leżeć, poprawi mu poduszkę wtedy kiedy będzie tego chciał, poda do picia to, co lubi. To jest ważniejsze od lekarstw, jakie zastosujemy. Są oczywiście sytuacje, z którymi rodzina nie ma szans sobie poradzić lub gdy jest wyczerpana przedłużającą się opieką. Wtedy potrzebny może być oddział Hospicjum.

Czy takie działania mogą poprawić stan fizyczny i psychiczny pacjenta czy niekoniecznie?

W medycynie paliatywnej stykamy się z takimi sytuacjami, w których jest wiele klasycznie rozumianych sukcesów. Możemy coś poprawić; bolało – nie boli, nie mógł chodzić – może chodzić, nie mógł jeść – je. To są jakieś przystanki na dłuższej drodze, natomiast cały problem polega na tym, że mimo największych wysiłków ze strony rodziny, mimo naszego wsparcia, stan tych chorych z reguły się pogarsza. Wszyscy jesteśmy zakodowani w ten sposób, żeby osiągnąć sukces. Tutaj robimy wszystko co można i widzimy, że stan chorego obiektywnie się pogarsza, aż w końcu umiera. Na końcu drogi nie ma sukcesu natomiast drogę można odbyć piękną. Odprowadzenie tego chorego w piękny sposób, jest sukcesem. Osobiście burzy mnie takie stwierdzenie, że śmierć jest klęską, przegraną. Mówimy, że ktoś „przegrał walkę z chorobą”. Na tego typu klęskę jesteśmy wszyscy z góry skazani. To nie klęska lecz konieczność. Myślę, że naszym sukcesem powinno być to, aby dobrze przeżyć życie, aby zrobić to co możliwe. Należy mówić o tym rodzinom, aby nie pogłębiać ich frustracji. Opiekunowie nierzadko z poświęceniem rezygnują z pracy zawodowej, nie śpią, zamartwiają się i widzą, że z chorym jest coraz gorzej. Pytają „Co my robimy nie tak, że stan chorego się pogarsza?”. Mają poczucie winy, pozornie uzasadnione stanem chorego, a w rzeczywistości wykonują wspaniałą robotę, z której mogliby być dumni. Walczymy o poprawę, ale w końcu i tak nastąpi pogorszenie, co wcale nie oznacza, że ponieśliśmy klęskę.

Ilu ma Pan Doktor pacjentów w obrębie rejonu hospicjum?

Od pewnego czasu jesteśmy w opiece domowej podzieleni rejonami. Cały zespół obejmuje w tej chwili około 180 pacjentów. Ja opiekuję się 40 – stoma chorymi. Rejony które mi w tej chwili przysługują to Knurów i Czerwionka. W te strony obecnie jeżdżę.

Czy w związku z taką ilością chorych nie brakuje lekarzy, a także wolontariuszy hospicyjnych?

Niedawno zatrudniliśmy nową lekarkę. Cieszę się i mam nadzieję, że wdroży się i poczuje śmielej w ten dziedzinie. W dzisiejszych czasach nie jest łatwo znaleźć lekarza do pracy czy w ogóle chętnego pracownika. Czy nie brakuje? Wyrabiamy zdecydowanie więcej niż kontrakt z NFZ. Byłoby miejsce dla większej ilości, ale to wymaga zatrudnienia i pieniędzy. Generalnie myślę, że nasz rejon jest nieźle zabezpieczony aczkolwiek nie wszystkim przychodzącym jesteśmy w stanie zapewnić natychmiastową wizytę pierwszorazową. Potrzeby rosną w miarę upływu czasu, pacjentów jest coraz więcej. Ludzie już nie są tak uprzedzeni do hospicjum, nie traktują tego miejsca jak koszmar ze złego snu. Widzimy, że działa poczta pantoflowa – mamy zgłoszenia kolejnych pacjentów z np.: tej samej klatki schodowej.

Co powinno odznaczać wolontariuszy? Czy można wskazać pewne cechy, które powinna posiadać osoba na codzie pomagająca w hospicjum?

Pracują bardzo różne osoby. Chęć pomagania jest potrzebna natomiast czy to jest cecha człowieka? Myślę, że raczej jego wybór. Mamy wolontariuszy o różnych temperamentach i jest ich dużo. Są zarówno osoby wystrzałowe, bardzo ekspansywne, aktywne jak i tzw. ”szare myszki”. Wolontariusze i pracownicy hospicjum spotykają się czasem z wyrazami podziwu „jacy to jesteśmy wspaniali bo tu pracujemy”. Zapewniam, że jesteśmy normalni. Myślę, że można dotykać ludzkiego cierpienia i dalej zwyczajnie żyć. Choć może tu powinien pojawić się mały znak zapytania… Znamy przecież niebezpieczeństwa specyficzne dla osób zajmujących się cierpieniem „zawodowo” .

Hospicjum już długo działa w Gliwicach. Ludzie umierają od zawsze, nie tylko od momentu powstania hospicjum. My zapewniamy warunki, aby odprowadzanie bliskiej osoby nie dokonywało się w samotności. Chcemy, aby było to wydarzenie, które mimo cierpienia związanego z odejściem mogło jednoczyć całą rodzinę. Ilość osób, które takie doświadczenie ma za sobą jest już duża. Myślę, że jest to ważne i dobre i pewnie misją hospicjum jest aby śmierć troszkę odczarować, aby nie budziła aż takiego lęku. Ludzie hospicjum którzy się tym zajmują byli normalni przedtem, są normalni w trakcie (choć często są zmęczeni) i żyją normalnie potem. Doświadczenie, które mamy za sobą może trochę lepiej pozwoli się pożegnać samemu z życiem na tym świecie, kiedy czas przyjdzie. Może..

Co wyróżnia medycynę paliatywną na tle innych działów medycyny?

Jest to dziedzina, w której człowiek w gruncie rzeczy może mieć wiele sukcesów. Gdyby porównać poczucie własnej skuteczności w działaniu w medycynie paliatywnej i zestawić to z pracą lekarza rodzinnego czy lekarza oddziału wewnętrznego, to mam poczucie większej skuteczności działania. Po części z tego względu, że naprawdę metody zwalczania bólu są w ogromnej większości skuteczne lub bardzo skuteczne – to jedna strona medalu. Druga, że w medycynie paliatywnej proporcjonalnie mniej niż w innych dziedzinach medycyny zależy od obiektywnych ograniczeń systemu służby zdrowia. Nasz ośrodek myślę, że dobrze sobie z tym radzi. Chodzi o to, że więcej zależy ode mnie osobiście niż od na przykład: przysłowiowego już terminu oczekiwania na endoprotezę stawu biodrowego. Mnóstwo energii pracowników służby zdrowia schodzi na tłumaczenie ludziom, czemu nie da się czegoś zrobić. Są takie dziedziny w których ten brak dostępności rozkłada wszystko na łopatki i sprawia, że praca staje się strasznie frustrująca. W medycynie paliatywnej dużo zależy od mojego osobistego działania, zaangażowania, chęci. Człowiek jest w tej pracy bardziej samodzielny, szczególnie w opiece domowej. Wchodzę, jestem sam na sam z chorym i rodziną i nie jestem uzbrojony w aparaturę ani bogate zaplecze diagnostyczne. Co umiem, co zrobię, to moje.

Opieka paliatywna to działanie wszechstronne. Kto oprócz Pana Doktora wchodzi w skład zespołu?

W opiece domowej na stałe jest jeszcze czterech lekarzy. Pracują też lekarze dyżurujący, pielęgniarki, pielęgniarka koordynująca, psycholodzy, rehabilitanci, kapelan i pracownik socjalny. Wprowadzamy także wolontariuszy do tej opieki. Zakres działań wolontariuszy jest szeroki. Ja nie wiem, czego oni nie robią. Wszystko robią. Sprzątanie, mycie, akcje, wożenie. Zakres działań jest bardzo różny. Są wolontariusze stali i akcyjni. Gdy organizujemy kwestę to ilość wolontariuszy zaangażowanych idzie w setki.

To powinno być normą, że ludzie bezinteresownie chcą pomagać. Satysfakcjonujące zapewne jest to, że tylu młodych ludzi jest zaangażowanych. To nie prawda, że młodzi chodzą z głową w chmurach…

To jest stanowcza nieprawda. To znaczy oni chodzą z głową w chmurach, ale patrzą we właściwe chmury i dobrą stronę. Myślę, że hospicjum jest też tym miejscem, które bardzo podbudowuje wiarę człowieka w człowieka. Również tego młodego, nastoletniego z tzw. ”gimbazy”, który okazuje się, ma wiele pozytywnej energii, którą chce wykorzystać pomagając innym. Rewelacja. Zdecydowanie tak.

Czyli w pewien sposób szkoła życia dla nastolatków?

Jest to część życia, tak.

Przejdźmy do tematu inwestycji. Właśnie trwa przetarg na wykonawcę robót budowlanych. Hospicjum przejdzie rozbudowę i przebudowę. Co nowego się pojawi?

Będzie nowy – przede wszystkim – oddział. Sale jedno, dwu – osobowe, zaplecze z klimatyzacją spełniające wszelkie normy. Co ważne, oddział ma być na jednym poziomie. To jest – wydawałoby się – drobny szczegół, ale ma to praktycznie duże znaczenie dla tego, co dzieje się z chorymi – szczególnie – w nocy. Działa obecnie system przywoławczy natomiast w nocy, gdy coś dzieje się z chorym, fakt, że pielęgniarka ma do niego lepszy dostęp nie tracąc jednocześnie kontaktu słuchowego z resztą oddziału, ma duże znaczenie. Zdaję sobie sprawę, że dla przeciętnego Kowalskiego to może wydawać się fanaberią, ale to jest ważne dla jakości opieki. Pielęgniarka, która pobiegnie dwa piętra wyżej nie ma najmniejszych szans usłyszeć chorego, który głośniej zawoła z innego piętra. Struktura oddziału ma znaczenie i wpływa na jakość opieki. W nowym budynku będzie sala wykładowa dla studentów, również wiele zakamarków, które są potrzebne do funkcjonowania wolontariatu, magazynów. Będzie kafejka dla rodzin pacjentów, aby odwiedzający z chorymi mieli się gdzie podziać. Chodzi o mnóstwo udogodnień. Dodatkowo oddział będzie większy.

W jaki sposób można pomóc w dalszym rozwoju tak potrzebnego miejsca jak hospicjum?

Pomocy dużo doświadczamy; fakt, że hospicjum istnieje jest z całą pewnością efektem działań wielu ludzi dobrej woli. Pomoc trwa, my funkcjonujemy nie najgorzej. Mamy dwie nogi finansowe – tę z NFZ i mamy wpływy z „jednego procenta” . Przy temacie rozbudowy nie da się uciec od tematu pieniędzy i ich będziemy potrzebować. Hospicjum szczęśliwie jest ideą, która przyciąga ludzi dobrej woli, a sposoby pomocy są rozmaite. Chętnych odsyłam na naszą stronę internetową i do Koordynatora Wolontariatu.

Jest wiele specjalności lekarskich. Skąd u Pana Doktora zainteresowanie akurat medycyną paliatywną? Jak wyglądały początki?

Zmotywował mnie do tego mój ówczesny szef – dr Otto. Pewnego dnia zaprosił mnie do siebie do gabinetu i spytał czy nie chciałbym zająć się medycyną paliatywną – miał w planie założenie Poradni Opieki Paliatywnej przy ul. Zubrzyckiego i uznał, że byłbym odpowiednią osobą do takiej pracy. Po latach widzę, że miał „ dobrego nosa”. To był 1996 rok . Prawie nikt nie wiedział wtedy co to takiego medycyna paliatywna. Dr Otto zaprosił wtedy do Gliwic z Poznania prof. Jacka Łuczaka z zespołem. Prowadzili oni wtedy jedno z pierwszych hospicjów w Polsce, a w Gliwicach przeprowadzili trwający dwa dni kurs z medycyny paliatywnej. Po kursie, uzbrojony w 25 stronicowy skrypt, z którego można było wyczytać co to jest morfina i jak się ją podaje (innej literatury w języku polskim nie było), wraz z trójką pielęgniarek zaczęliśmy działać. Początkowo jeździłem do pacjentów na rowerze z plecakiem. Krótko potem do ekipy dołączył dr Pakosz – obecnie szef Hospicjum.

Czy powołanie do wykonywania zawodu lekarza towarzyszyło Panu od dzieciństwa? Niektórzy od najwcześniejszych lat marzą by zostać lekarzami, strażakami, aktorami…

Nie chciałem być lekarzem od małego, decyzja pojawiła się później. W jej podjęciu na pewno znaczenie miała chęć pomocy tym, którzy tego potrzebują i tu medycyna paliatywna jest dobrym wyborem.

Czego w takim razie możemy życzyć zespołowi oraz Panu w dalszej posłudze chorym?

Abyśmy nie utracili przekonania i poczucia, że „dobrze jest pomagać” . Abyśmy potrafili dobrze odpoczywać i aby mieć na to czas i miejsce. Każdy z nas ma słabsze i trudne strony – oby Pan Bóg je koił…

Tych bezcennych wartości życzę Wszystkim, a Panu Doktorowi dziękuję bardzo za rozmowę

Dziękuję.