Z jednej strony jest to sposób na zagospodarowanie ulic, gdzie ruch samochodów jest znikomy, w związku z czym możliwe jest – bez szwanku dla bezpieczeństwa uczestników ruchu – zniwelowanie podziału pasa drogowego na jezdnię i chodnik. Przykładów takiego działania nie musimy szukać daleko. Wiele, szczególnie węższych ulic na gliwickim Starym Mieście – na przykład ulica Średnia – cechuje obecnie jednolita nawierzchnia pozbawiona krawężników czy innych podziałów. Ulica jednocześnie jest tu chodnikiem i jezdnią z pierwszeństwem przyznanym pieszym użytkownikom. W praktyce Stare Miasto jest miejscem, gdzie mniej lub bardziej zgodnie koegzystują piesi oraz kierowcy, a także rowerzyści i inni użytkownicy ruchu. Tego czego na uliczkach wokół Rynku nie ma, a co odróżnia je od klasycznie pojętego woonerfu, to mała architektura sprzyjająca przebywaniu na nich mieszkańców, a więc chociażby ławki czy dające latem bezcenny cień drzewa i inna zieleń. Czasem brak tej infrastruktury to zaniedbanie inwestora, ale często – jak na wspomnianej ulicy Średniej – nie ma po prostu na nie miejsca. Wiele uliczek na Starym Mieście jest bowiem zbyt wąskich, jak na wymagania woonerfu, czyli miejsca łączącego potrzeby pieszych, rowerzystów i kierowców. Przestrzeń nie jest z gumy i na pasie o szerokości kilku metrów wszystkich użytkowników ruch w należyty sposób się nie pomieści.

Tych ostatnich elementów nie zabrakło z kolei na ulicy Siemińskiego (dawniej Wieczorka). Arteria ta, okrzyknięta pierwszym na Śląsku woonerfem (nie jestem pewien, czy słusznie) to przykład innego podejścia do holenderskiego pomysłu. Nie mamy tu bowiem do czynienia z adaptacją ulicy sporadycznie odwiedzanej przez samochody, a wręcz przeciwnie – ulicą, na której utrzymuje się spory ruch. Ruch, który z jednej strony pozostawał zmorą mieszkających tam ludzi, a jednocześnie barierą w rozwoju raczkujących punktów handlowo-usługowych, które czyniły z tej ulicy drugi po Zwycięstwa salon miejski. W tym wypadku po narzędzie jakim jest woonerf sięgnięto więc po to, żeby ten właśnie mocno rozbudowany ruch uspokoić, czyli z jednej strony zmniejszyć ilość przejeżdżających dawną Wieczorka samochodów, a z drugiej sprawić, żeby te które się na niej pojawią jeździły wolniej. W tym celu przede wszystkim zwężono bardzo szeroką do tej pory jezdnię, a zaoszczędzoną przestrzeń przeznaczono na tzw. parlety oraz miejsca do parkowania umiejscowione na przemian po jednej i po drugiej stronie jezdni. W efekcie tego zamiast prostej ulicy sprzyjającej szybkiej jeździe pojawiły się na Siemińskiego łuki w naturalny sposób spowalniające samochody. Rozwiązanie to na pierwszy rzut oka może wydawać się dziwne, bo po co na prostej drodze robić sztuczne zakręty, ale jest w pełni zamierzone.

Niestety, jak to przy zmianach organizacji ruchu bywa, pojawił się problem korzystania z ulicy z przyzwyczajenia na starych zasadach. A stare zasady były takie, że – mimo obowiązującego na ówczesnej Wieczorka zakazu parkowania – kierowcy zostawiali samochody w dowolnych miejscach, gdzie im akurat było wygodniej. Jezdnia i tak była szeroka, więc takie zaparkowane auto zawsze można było ominąć. Dzisiaj, przy zwężonej jezdni, auto zaparkowane poza wyznaczonymi do tego miejscami, automatycznie zaczyna blokować ruch. Pierwsze dni korzystania z gliwickiego woonerfu naznaczone były więc wieloma zatorami związanymi jednak nie z samą zmienioną organizacją ruchu, ale właśnie z niedostosowaniem się kierowców do nowych zasad. Odium złych emocji zebrali jednak na siebie pomysłodawcy utworzenia woonerfu, a nie sami bezpośrednio winni utrudnieniom.

Generalnie wokół nowej gliwickiej przestrzeni publicznej narosło wiele nieporozumień. Wielokrotnie czytałem zarzuty, że Siemińskiego to zła lokalizacja, bo to ulica o dużym natężeniu ruchu. Ale czy to właśnie nie wyczerpuje pierwotnego sensu budowania woonerfów, czyli potrzeby zniwelowania negatywnego wpływu ruchu ulicznego na mieszkańców? Że lepiej sprawdziłby się taki woonerf na Starym Mieście. Ale czy uliczki wokół Rynku, o czym również wspomniałem, same w sobie nie są już woonerfami? Choć przy ich ograniczonej szerokości i braku miejsca na małą architekturę należałoby raczej dążyć do przekształcenia ich w obecnej formy woonerfów w kierunku klasycznych deptaków, czyli ulic zamkniętych dla samochodów, a dzięki temu oferujących więcej przestrzeni i udogodnień dla pieszych. Jeszcze inne skargi tyczą się wciąż dużego ruchu samochodowego na Siemińskiego, który utrudnia korzystanie z ustawionych przy ulicy parkletów, czyli niedużych zestawów mebli miejskich w formie siedzisk zintegrowanych z zielenią. Tu z kolei zaapelować należy pewną dozę cierpliwości. Organizację ruchu na ulicy zmienia się bowiem dużo łatwiej i szybciej, niż przyzwyczajenia mieszkańców. Doświadczenia innych miast wprowadzających podobne rozwiązania pokazują jednak, że z czasem ruch na zwężanych ulicach zauważalnie się zmniejsza. Podobnie powinno być i na Siemińskiego, tym bardziej, że nie brakuje alternatywnych ulic umożliwiających przejazd na tym samym odcinku. Wymienić tutaj można, chociażby równoległą ulicę Młyńską, którą miłośnicy prostych odcinków dróg również przedostaną się w rejon ulicy Dolnych i Górnych Wałów.

Pozytywnym zaskoczeniem z pewnością jest to, jak szybko nowa oferta ulicy Siemińskiego przyjęła się natomiast wśród niezmotoryzowanych mieszkańców Gliwic. Pieszych na chodnikach wyraźnie przybyło, parklety często wypełnione są do ostatniego miejsca, a w przeciągu dwóch miesięcy od otwarcia ulicy z nowym kształcie w pustych lokalach otworzyło się kilka nowych punktów gastronomicznych. Prym między innymi z racji pogody wiodą lodziarnie, których na Siemińskiego są już cztery. A jeszcze za czasów patronatu Józefa Wieczorka ulica uchodziła za jedno z lepszych miejsc do wypicia kawy czy zjedzenia czegoś słodkiego. Ofertę handlowo-usługową uzupełniają oczywiście sklepy i butiki niejednokrotnie z wieloletnią tradycją. Nie wszystko jeszcze jest idealne. W oczy bije chęć uzyskania maksimum efektu przy minimum nakładu środków, stąd do roli donic zaangażowano niedrogie i łatwo dostępne kręgi kanalizacyjne, a w skrajni chodnika wciąż tkwią żeliwne słupki pomagające niegdyś w przestrzeganiu zakazu parkowania na ulicy. Również wprowadzona w przestrzeń ulicy zieleń wymaga nieco czasu, zanim na dobre się zaaklimatyzuje i rozrośnie do przyzwoitych rozmiarów. Nie mniej pozytywne efekty pobudzenia do życia tkanki miejskiej są aż nadto widoczne. I tylko dziw bierze, że woonerf traktujemy jako coś unikalnego, co być może będzie docelowo wyróżniać ulicę Siemińskiego spośród innych miejskich arterii. Bo czyż (utopijna nieco) formuła równego podziału przestrzeni pomiędzy wszystkich użytkowników ruchu – pieszych, rowerzystów i kierowców – nie jest czymś wartym wprowadzenia na każdej z ulic w mieście?