Lato w Gliwicach. Zobacz archiwalne zdjęcia!

Lato, lato, lato czeka
Razem z latem czeka rzeka
Razem z rzeką czeka las
A tam ciągle nie ma nas

Dla wzbudzenia prawdziwego klimatu dawnych wakacji konieczny jest akompaniament piosenki L. Jerzego Kerna w wykonaniu Haliny Kunickiej pt. „Lato, lato, lato czeka”. Piosenka pochodzi z roku 1960, z filmu „Szatan z siódmej klasy”. Do wspólnego śpiewania zaprasza Marian Jabłoński.

Ratunku! Lato w mieście (archiwum M. Jabłońskiego):

Panujące w ostatnich tygodniach upały dają się porządnie we znaki gliwiczanom, którzy z różnych powodów siedzą w domu zamiast korzystać z nadchodzących wakacji. Pozostały im tylko późnowieczorne spacery i chłodny prysznic w zaciszu domowej kabiny.

A spacerować jest gdzie przecież – kilka fontann działa na okrągło i daje odrobinkę chociaż wytchnienia rozgrzanej skórze. Faktem jest, jednak że parędziesiąt lat temu takich miejsc było więcej i lepiej chłodziły gliwiczan. W latach 80. w miejscu dzisiejszego Placu Piłsudskiego a wówczas Placu Obrońców Stalingradu istniał spory basen z potężnymi fontannami. Strugi spienionej wody wysoko unosiły się nad taflą, by z przyjemnym pluskiem opaść w dół. Gliwiczanie umawiali się pod fontanną, małe dzieci biegały wokół zadowolone z ciepłego deszczyku a ławeczki były oblężone – każdy chciał posiedzieć trochę w tym niezwykle przyjemnym miejscu.

Kiedy jednak pragnienie zaczynało bardziej dokuczać – towarzystwo udawało się w rejon fontanny z diabełkami przed ówczesnym budynkiem Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Tu bowiem stał saturator. Trudno wytłumaczyć będzie młodym gliwiczanom co to było, bo nie ma teraz takiego podobnego urządzenia. Na małym blaszanym blacie z dziurkami – czyli czymś w rodzaju małego zlewozmywaka na kółkach umieszczono spryskiwacz do płukania szklanek, dozownik wody kranowej wzbogaconej w CO2 z butli oraz dozownik soku oblegany przez mnóstwo much i os. Za pięćdziesiąt groszy można było ze zwykłej musztardówki ugasić pragnienie a nawet skosztować na spółkę z osami wody z sokiem. Należało się jednak trochę śpieszyć z łykaniem, gdyż kolejka spragnionych groźnie buczała w przypadku zbyt wolnej konsumpcji.

Kiedy i to nie pomogło miejskiemu letnikowi – gliwiczanin udawał się w rejon parku Chopina, gdzie stał jeszcze wtedy posąg „Dziewczyny proszącej o deszcz”. Stał tam od zawsze, nawet nosił ślady serii automatu sowieckiego. Dziewczyna z posągu błagalnie wznosiła ręce do nieba – niech wreszcie trochę popada –prosiła w imieniu gliwiczan w parku. I już było przyjemniej.

Kiedy jednak i parki gliwickie przestały wystarczać – rodziny obierały kurs na stacyjkę wąskotorówki w Gliwicach – Trynku. No i to dopiero była frajda dla dzieci.

Bulwary Kłodnickie (archiwum M. Jabłońskiego):

To nie propozycja dla miłośników fantastyki, lecz rzecz znana od przeszło wieku. Utworzenie na początku XX wieku Parku Miejskiego czyli dzisiejszego Parku Chopina a następnie Parku Cesarza Wilhelma, czyli dzisiejszego Parku Chrobrego, stało się przyczyną wytyczenia swoistych aż dwóch promenad między tymi obiektami miejskimi. Pierwsza prowadziła od Parku Miejskiego (Chopina) wzdłuż Kanału Kłodnickiego aż do rejonu ul. Jagiellońskiej, gdzie trzeba było skręcić w stronę Kłodnicy przechodząc obok dzisiejszego Inkubatora Przedsiębiorczości. Do parku Chrobrego przechodziło się mostem nad tzw. „wodospadem”. Trasa ta jest uwieczniona na wielu pocztówkach i stanowiła w owych czasach chlubę gliwickiego magistratu. Park Cesarza Wilhelma wyglądał wtedy zupełnie inaczej. Istniał tam basen kąpielowy zasypany w latach 60. oraz spory basen dla żaglówek. Podobno do basenu dostawała się woda z pobliskiej Kłodnicy co zagrażało zdrowiu gliwiczan. Mniej oficjalna wersja mówi, że po prostu potrzebne były któremuś z ówczesnych włodarzy miasta granitowe płyty, którymi wyłożone było dno potężnego basenu. To zapewne tylko plotka, ale pochodzi od mieszkańców pobliskich ulic którzy „po prostu” wszystko widzieli.

Ciekawą sprawą jest nazwa Park Chrobrego. Skąd akurat tutaj Chrobry? Otóż kiedy na początku XX wieku zlikwidowano na dawnym placu Germanii (dzisiejszym pl. Piastów) jej pomnik, postanowiono przenieść go do Parku Cesarza Wilhelma. Tak też uczyniono. Kiedy jednak rok 1945 przyniósł zmianę użytkowników parku, pomnik w jakiś sposób przeszkadzał, był przecież personifikacją całego narodu niemieckiego. Ale w rzeczywistości wyglądał jak pomnik naszego króla Chrobrego – tak przynajmniej widzieli go pierwsi powojenni mieszkańcy Gliwic oraz ówczesna młodzież szkolna. I stąd właśnie ta nazwa całego parku która funkcjonuje do dziś. To oczywiście legenda, ale czy nie jest w jakiś sposób prawdopodobna?

Druga trasa z Parku Chopina do Parku Chrobrego prowadzi ulicą Kłodnicką a potem Zimnej Wody. To tu rosną potężne klony srebrzyste (Acer saccharinum), które Wojewoda Śląski w 2005 roku wpisał na listę Pomników Przyrody. Aleja złożona z 15 takich drzew zaprasza do spaceru ul Kłodnicką między ulicami Częstochowską i Dworcową. Nie powinniśmy tylko patrzeć na nowiutkie balustrady nad brzegiem Kłodnicy. Te stare wykonane jeszcze przed wojną były już przecież do niczego, jakieś zardzewiałe, powyginane w ozdobne esy-floresy przez mistrzów kowalskich a przede wszystkim chyba niemodne. To sarkastyczne zdanie jest w pewnym sensie spóźnionym żalem za tym prawdziwym zabytkiem, który na całej długości kilkuset metrów ul Kłodnickiej został wymieniony na bardzo gustowne – a jakże – współczesne balustrady. Jest tylko jeden z nimi problem – są obskurne. Pomalowane kiedyś na niebiesko i zielono straszą odłażącą farbą i niechlujstwem wykonania w samym centrum Gliwic. Chwała Bogu, że nie ma zbyt wielu turystów w Gliwicach, którzy chcieli by odwiedzić obydwa parki spacerując przez miasto – mocno by się zdziwili wyglądem nad kłodnickich „bulwarów”.

Hura! Kolonie nad morzem! (archiwum M. Jabłońskiego):

Związki Zawodowe licznych dawnych gliwickich zakładów pracy naprawdę dbały o swoje załogi. Organizowano wycieczki niedzielne, wyjazdy po jabłka, śliwki i gruszki. No i tradycyjne grzybobrania nierzadko ostro zakrapiane. Dziś, współcześni pracownicy nielicznych dużych przedsiębiorstw i mnóstwa malutkich zakładzików tego nie doświadczą. Prawdopodobnie chodzi o brak funduszy i organizatora zakładowego (czyt. związku zawodowego).

Latem dzieciaki wyjeżdżały na kolonie nad morzem, w górach i nad jeziora – funkcjonowały wtedy zakładowe ośrodki wypoczynkowe będące własnością zakładów. Po powrocie dzieciaków z kolonii, rodziny pakowały się do walizek by zajechać zakładowym autobusem lub zatłoczonym pociągiem do „swojego” domu wypoczynkowego na dwa tygodnie wczasów. Pamiętacie ? Co z tego, że pracownicy widząc się cały rok w pracy, znów się widzieli w ośrodku, ale w jakże przyjemnych okolicznościach. Dziś to się nazywa „integracją” pracowników (bez udziału rodzin), a wówczas były to po prostu wczasy rodzinne, pełne radości, śmiechu, grzybobrań, wieczorków zapoznawczych i pożegnalnych.
Zapewne wzbudziłem tym artykułem wspomnienia starszych teraz wiekiem gliwiczan, ale proszę przyznać – czyż nie były to wspaniałe wakacje?

Lato, lato, nie płacz czasem,
Czekaj z rzeką, czekaj z lasem
W lesie schowaj dla nas chłodny cień
Przyjedziemy lada dzień

Autor: Marian Jabłoński 2018