„Bezdomnych zawsze mieć będziecie” – prezes Jan Sznajder

Andrzej Wawrzyczek, magazyn eIMPERIUM: Miesiąc temu gliwickie koło Towarzystwa Pomocy im. Świętego Brata Alberta obchodziło 30-lecie istnienia. Za Wami szmat czasu i ogrom pracy wykonanej na rzecz bezdomnych.

Jan Sznajder, prezes Koła Gliwickiego Towarzystwa Pomocy im. Św. Brata Alberta: Wszystko zaczęło się jeszcze wcześniej, bo już 2 listopada 1981 roku, gdy Towarzystwo zostało utworzone we Wrocławiu. Natomiast nasze gliwickie koło to rok 1988. 30 lat stuknęło nam dokładnie 15 lutego tego roku. Obchody zaplanowaliśmy jednak na 17 czerwca, gdyż jest to dzień imienin naszego patrona, świętego Brata Alberta i jego wspomnienie w liturgii Kościoła. Co roku w tym dniu sprawujemy w ogrodzie naszego schroniska eucharystię i muszę powiedzieć, że jeszcze nigdy, a przynajmniej w okresie ostatnich 20 lat, nie zawiodła nas w tym dniu pogoda. Nie inaczej było i tym razem. Jubileusz stał się dla nas okazją, żeby docenić te osoby, które przez te wszystkie lata nas wspierały i bez których nie moglibyśmy istnieć.

Do ważnych dla Towarzystwa osobistości z pewnością należy zaliczyć biskupów seniorów diecezji gliwickiej, którzy od samego początku bardzo nas wspierali. Gdy tylko powstała nowa diecezja w 1992 roku, jednym z pierwszych przedsięwzięć ówczesnego biskupa Jana Wieczorka  było poświęcenie naszego schroniska. Miało to miejsce już we wrześniu 1992 roku. Z kolei ks. bp Gerard Kusz w 1998 roku poświęcił kapliczkę, którą w ogrodzie naszego domu zbudowali sami mieszkańcy. A warto pamiętać, że rok później do Gliwic przybył sam Ojciec Święty Jan Paweł II, o czym w momencie poświęcenia kapliczki jeszcze nie wiedzieliśmy. Od października 1998 roku codziennie o godzinie dwunastej odmawialiśmy przy niej modlitwę Anioł Pański. I co się okazało? Papież miał być w Gliwicach 15 czerwca, ale ze względów zdrowotnych dotarł dopiero dwa dni później, czyli w dzień wspomnienia świętego Brata Alberta, a jego pierwsze słowa po wylądowaniu brzmiały: “Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi”.

Andrzej Wawrzyczek: W ubiegłym roku obchodziliśmy jeszcze inna ważną uroczystość, a mianowicie Rok Świętego Brata Alberta, którego rozpoczęcie zbiegło się w 2016 roku ze stuleciem śmierci Alberta Chmielowskiego.

Jan Sznajder: W ramach obchodów między innymi współorganizowaliśmy w Centrum im. Jana Pawła II, w Krakowie wraz z Zarządem Głównym oraz z zakonami Albertynów i Albertynek, ogólno- polskie spotkanie wszystkich kół Towarzystwa Pomocy im. Świętego Brata Alberta, ale również szkół i parafii, których patronem jest św. Brat Albert. Koło Gliwickie podarowało przy tej okazji figurkę świętego Brata Alberta, którą wykonał nasz były mieszkaniec – świętej pamięci Ryszard Wesołek, który uczęszczał przez pięć lat do Akademii Sztuk Pięknych i miał wówczas tyle zamówień, że nie miał już czasu na obronę dyplomu. Miał na koncie mnóstwo prac, które go zepsuły i uzależniły od alkoholu. Zaczął zachowywać się jak artysta, to znaczy najczęściej nie był w stanie tworzyć. Gdy zaczął trafiać do schronisk, bo nasze wcale nie było jego pierwszym, trzeźwiał i wracał do pracy. Ale jako to z uzależnieniami bywa, zazwyczaj wracał. Ten sam artysta wykonał płaskorzeźbę, którą w 2002 roku orkiestra KWK Sośnica wspólnie z ówczesnym przewodniczącym gliwickiej Rady Miejskiej, Zdzisławem Goliszewskim, przekazała w Rzymie papieżowi Janowi Pawłowi II.

A.W.: Ta historia pokazuje, że bezdomność nie wybiera i często staje się udziałem także ludzi, którzy – wydawałoby się – są ludźmi sukcesu.

J.S.: To był bez wątpienia człowiek sukcesu. Miał rodzinę, dwójkę dzieci. Miał dom i samochód i to już w latach 70., co było nie byle czym. Także bardzo dobrze prosperował. Ale my mieliśmy też tutaj w schronisku człowieka, który miał firmę transportową. Jak sam mówił, w pewnym momencie przeinwestował i biznes mu się posypał. Skończyło się to próbą samobójczą. Odratowano go, a później trafił do nas.  

Święty Brat Albert jest patronem Towarzystwa. Czy to co Państwo robicie na co dzień to jest w jakiś sposób kontynuacja jego dzieła pomocy?

Brat Albert założył zakony Albertynów i Albertynek, twierdząc, że aby pomagać ludziom bezdomnym, trzeba się tej pomocy całkowicie poświęcić – zamieszkać z nimi i dzielić ich los. Nas, powiem szczerze, na tak daleko idące zaangażowanie nie stać. Każdy z nas tu pracujących ma swoje życie prywatne, ale oczywiście w miarę naszych możliwości chcemy rozwijać i krzewić te ideały solidarności z ludźmi w potrzebie, którzy nie radzą sobie w życiu. To jest podstawowa różnica pomiędzy tym, co robimy my, a co robił nasz patron. Po 1953 roku w Polsce zabroniona była działalność charytatywna kościoła, gdyż nie wpisywała się w oficjalną narrację propagandową, która utrzymywała, że PRL to kraj dobrobytu. Stąd również zakony Albertynów i Albertynek nie mogły pomagać bezdomnym na skalę swoich możliwości. Pojawiła się luka, którą na początku lat 80. zagospodarowało nasze Towarzystwo.

Zaczęliśmy od pomagania w 1981 roku we Wrocławiu. Rejestracja stowarzyszenia nie odbyła się jednak gładko. Konieczna była interwencja arcybiskupa Henryka Gulbinowicza u ówczesnego wojewody wrocławskiego, Andrzeja Owczarka, żeby ten wyraził zgodę na jego rejestrację. Kluczowym argumentem okazała się chęć objęcia pomocą Przodowników Pracy Socjalistycznej, którzy pozostawali bez miejsca zamieszkania. Arcybiskup na spotkanie do wojewody udał się z listą takich osób, czym wprowadził urzędnika w zdumienie. Działalności Towarzystwa nie przerwał również stan wojenny. O przyczynach dowiedzieliśmy się dopiero wiele lat później. Lista stowarzyszeń do zawieszenia, jak się okazało, powstała już w sierpniu 1981 roku, a nasze Towarzystwo zarejestrowano z początkiem listopada, więc nie było na niej ujęte. Mimo wszystko były próby likwidacji naszej działalności, ale państwo nie miało pomysłu co zrobić z mieszkańcami pierwszego schroniska, które powstało w takim baraku przy ulicy Lotniczej we Wrocławiu.

W tym czasie Albertyni i Albertynki skupiali się przede wszystkim na współpracy z Domami Pomocy Społecznej, do których delegowano braci i siostry w charakterze pracowników, którzy przy okazji mieli szansę głosić w tych placówkach Słowo Boże. Takie było bowiem główne założenie przyświecające działalności świętego Brata Alberta, żeby przywracać godność osobom bezdomnym, a także kierować ich myśli ku Bogu. Choć ja, z naszego doświadczenia, stwierdziłbym raczej, że chodzi bardziej o przygotowanie tych ludzi do tego, co czeka nas wszystkich, czyli do przejścia na tamten świat. To jedyne, co człowiek tak naprawde musi – umrzeć. Wszystko inne polega na pewnej dowolności. A jeśli tak, to warto już za życia skupić się na tym, czego oczekuję od przejścia na tamtą stronę. Obecnie Albertyni nadal udzielają się w Domach Pomocy Społecznej, a oprócz tego otwierają własne placówki, między innymi w Przemyślu. Co ciekawe, Albertynów jest przynajmniej dziesięć razy mniej, niż Albertynek. Kobiety znacznie bardziej angażują się w pomoc bezdomnym i mają dużo bardziej rozbudowaną działalność w tym zakresie. To one mają między innymi sanktuarium Ecce Homo, gdzie są prochy świętego Brata Alberta czy kościółek poświęcony świętemu Bratu Albertowi, gdzie ostatnie dni życia spędził kardynał Franciszek Macharski.

Czy to, że kobiety bardziej angażują się w pomoc bezdomnym ma związek z tym, że kobiet bardziej ten problem dotyka, czy też nie ma tutaj żadnej korelacji?  

Jest dokładnie na odwrót. Bezdomność dziesięciokrotnie częściej dotyka mężczyzn, a to kobiety dziesięciokrotnie chętniej zajmują się pomocą. Może to być dowód na zdolności adaptacyjne kobiet, które lepiej sobie radzą w życiu od mężczyzn, dzięki czemu unikają bezdomności. Na dodatek na tyle dobrze sobie z tym życiem radzą, że potrafią jeszcze pomyśleć o innych, którzy radzą sobie gorzej. U mężczyzn odwrotnie – gorsze radzenie sobie z życiem, większy problem bezdomności i brak zaangażowania w pomoc innym.

Choć akurat Koło Gliwickie pomaga głównie mężczyznom.

Zakładając to koło w lutym 1988 roku działaliśmy niejako za namową ówczesnej Przewodniczącej Zarządu Głównego Towarzystwa, Jadwigi Kozaczyńskiej, która podpowiedziała nam, że to mężczyźni częściej bywają bezdomni, więc wskazanym byłoby stworzyć schronisko dla mężczyzn, a my w to weszliśmy. Natomiast to nie znaczy, że nie myślimy w ogóle o kobietach. Ostatecznie udało nam się utworzyć w Zabrzu również schronisko dla kobiet. najpierw powstała placówka, a następnie zabrzańskie koło Towarzystwa, które przejęło zarządzanie nią. Oprócz Koła Zabrzańskiego z naszej inicjatywy powstały również koła w Rybniku i Katowicach oraz nieistniejące już koło w Chorzowie. Formuła rozwoju Towarzystwa polega właśnie na tym, żeby inspirować lokalne środowiska do działalności. W dalszej kolejności natomiast tworzone jest odrębne koło, które jest bytem autonomicznym w strukturze Towarzystwa.

Z bezdomnością kobiet jest jeszcze inny problem. Ona przeważnie łączy się z bezdomnością dzieci. Od zeszłego roku weszły natomiast w życie przepisy, że dzieci nie mogą przebywać w schroniskach dla bezdomnych. Powinno się więc tworzyć odrębne placówki dla matek z dziećmi, gdzie większy nacisk kładziony jest na edukację nieletnich pensjonariuszy. Chodzi o to, żeby nie dawać młodym ludziom złych wzorców życia opartego o pomoc od państwa. Z tego samego powodu od lat krytykowane były domy dziecka, gdzie obowiązki wychowanków były symboliczne, a wszystko było im tak naprawdę podsuwane pod nos. Brakowało też wspólnoty rodzinnej, autorytetu ojca i matki, których zastępowali opiekunowie przychodzący i wychodzący. Na bazie takich doświadczeń ciężko było im później stworzyć własne życie i rodziny. Takie osoby bardzo często trafiały później do nas. Schemat był dość typowy: dom dziecka, później jakiś hotel pracowniczy, a gdy fabryki były zamykane, te osoby trafiały prosto do schronisk. Po opuszczeniu placówki wychowawczej, nawet gdy zapewniano im pracę, te osoby bały się przejść na własne mieszkanie, bo to było coś zupełnie nieznanego. Obowiązki samodzielnego życia często ich przerastały – konieczność opłacenia czynszu, zadbania o własne lokum w sytuacji, gdy nie można liczyć na niczyją pomoc. Dlatego tak ważne jest, żeby takie osoby znajdowały w nowym miejscu zamieszkania przyjazne, wspierające ich otoczenie sąsiedzkie. W przeciwnym razie nie radzą sobie z samodzielnością i często wracają z powrotem do placówki pomocowej. Przebiega to podobnie jak w przypadku choroby alkoholowej. Alkoholik na odwyku również potrzebuje wsparcia najbliższych, żeby nie wrócić do picia. A bezdomność również jest pewną formą uzależnienia.

Uruchamianie działalności charytatywnej w warunkach PRLu nie mogło być łatwe. Oprócz oczywistych problemów związanych z kryzysem gospodarczym i brakiem niemal wszystkiego, trzeba było jeszcze rywalizować z propagandą, która rugowała ze świadomości ludzi fakt istnienia takich problemów, jak bezrobocie czy bezdomność. Tymczasem ci bezdomni byli od zawsze i na tę pomoc czekali.

W 1966 roku byłem we Wrocławiu na wyjeździe ze swoim stryjem. Wtedy przed dworcem głównym zobaczyłem na własne oczy skalę problemu ludzi pijanych, zaniedbanych, którzy nie mają się gdzie podziać. Skąd się to wzięło? Nie mam wątpliwości, że problem ma swoje źródło jeszcze w II Wojnie Światowej i masowych przesiedleniach. Te osoby, które widziałem żebrzące pod dworcem we Wrocławiu to byli w większości repatryjanci, wyrwani niejako z korzeniami ze swoich ziem rodzinnych i rzuceni na zachód, którzy nie umieli się odnaleźć w tych nowych warunkach. No i też byli to wyłącznie mężczyźni.

W tym samym czasie w seminarium duchownym rozpoczął naukę Jerzy Marszałkowicz. Człowiek na tyle wrażliwy, że skupił się na pracy przy furcie seminaryjnej, gdzie wydawał potrzebującym żywność i koce. Z czasem zaczął nawiązywać z nimi bliższe kontakty i lepiej ich rozumieć. W 1981 roku brat Marszałkowicz zrezygnował z dalszej nauki w seminarium, żeby wspólnie z bezdomnymi zamieszkać pod jakąś wiatą w parku. To on jako pierwszy zaczął czynić starania w kierunku utworzenia stowarzyszenia pomocowego dla bezdomnych i bez jego zaangażowania Towarzystwo Pomocy im. Świętego Brata Alberta nigdy by nie powstało. Podstawy prawne stowarzyszenia stworzył jeden z ówczesnych posłów, który również zaangażował się w tę sprawę i wspólnie z arcybiskupem lobbował później za decyzją zezwalającą na jego działalność.        

Kolejna fala bezdomności to chyba okres przemian ustrojowych, które wiązały się z zamykaniem wielu nierentownych zakładów, a wraz z nimi likwidowano hotele robotnicze czy osiedla dla pracowników, które przechodziły w prywatne ręce, a wynajmujący tam mieszkania trafiali na bruk. Na dodatek zbiegło się to w czasie z odejściem od komunistycznej idei państwa opiekuńczego. Ludzie z dnia na dzień musieli nauczyć się radzić sobie sami.

Osób z tamtego okresu w większości nie ma już wśród nas. Natomiast obecnie mocno zasilają nas wychowankowie domów dziecka i z rodzin z problemami. W ogóle głównym problemem bezdomności jest niewydolna rodzina. Gdy brakuje miłości między rodzicami, gdy zaczynają się w domu konflikty i awantury, pojawia się alkohol i zdrady. A gdy rozbijana jest rodzina, to najbardziej cierpią na tym dzieci. Ci prawdziwi bezdomni pochodzą, jak wynika z moich obserwacji, w trzecim pokoleniu właśnie z takich problemów. Ich dziadkowie nie potrafili stworzyć kochającej się rodziny. Również w kolejnym pokoleniu kobieta wybierała swojego partnera na podstawie wzorca własnego ojca, wiecznie skonfliktowanego z matką, a to w kolejnym pokoleniu skutkowało tym, że ich dzieci również nie potrafiły stworzyć prawidłowej relacji rodzinnej. Odpowiedzią na narastające problemy często jest natomiast popadanie w uzależnienia, a to już prosta droga do bezdomności.

Zdarza się również, że trafiają do nas osoby z tzw. dobrych domów. Najczęściej są to zbuntowane dzieci. Wtedy rodzice przeważnie są skłonni po nie przyjechać i zabrać z powrotem. Bywało tak już nie raz. Bywały też takie przypadki, że trafiali do nas mężczyźni, którzy twierdzili, że stracili pracę i nie chcą być ciężarem dla rodziny, więc wolą mieszkać u nas, a żona z dziećmi jakoś sama da sobie radę. W takiej sytuacji również nawiązujemy kontakt z rodziną, która zachęca te osoby do powrotu. To są te przypadki, powiedziałbym, łatwe, które też się zdarzają. Natomiast prawdziwa bezdomność to jest, jak już wspomniałem, wielopokoleniowe narastanie nieprawidłowości wychowawczych, których też nie sposób zniwelować w ciągu jednego pokolenia. Ale trzeba oczywiście próbować, bo mamy też pozytywne przykłady wychodzenia z takiej bezdomności.

Praca z bezdomnymi to nie jest łatwy kawałek chleba. Z jednej strony mamy tu do czynienia z tymi trudnymi historiami, z którymi trzeba się mierzyć, z drugiej – często są to osoby niepełnosprawne czy chore psychicznie. Zajmowanie się takimi osobami wymaga więcej zachodu i specyficznego podejścia. Ale ta ciężka praca podejrzewam jest w jakimś stopniu równoważona satysfakcją z tego, że jednak udaje im się pomóc.

Jeżeli ktoś trafia do schroniska jako młody, to ma gigantyczne szanse do powrotu do normalnego życia w społeczeństwie. Najmniejsze szanse dajemy natomiast tym, którzy są już po sześćdziesiątce, mają zniszczone organizmy i w zasadzie nadają się na rentę. Dla nich nie mamy oferty usamodzielnienia się, bo im zupełnie na tym nie zależy. Oczekują przede wszystkim zapewnienia im bezpieczeństwa, a to dużo łatwiej zrobić w schronisku, niż we własnym mieszkaniu. Niektórzy z naszych penitencjariuszy mają po 80 lat i przywykli już do życia w schronisku. Na dodatek wiedzą, że w razie jakichś awaryjnych sytuacji zawsze mogą liczyć na pomoc współmieszkańców. Poza murami schroniska nikt by się nimi nie zainteresował. W skali kraju takie osoby są dużym problemem placówek dla bezdomnych, bo nie ma dla nich żadnej oferty. Schroniska zamieniają się więc w swego rodzaju nieformalne domy pomocy społecznej. Jeśli szukać w tej sytuacji pozytywów, to może w tym, że dzięki temu DPSy – gdzie koszt pobytu jednej osoby oscyluje w okolicach 3-4 tys. złotych miesięcznie – mają więcej miejsca dla osób, które przez całe życie ciężko pracowały, odkładały składki rentowe i na starość mogą z tego korzystać. Nasi mieszkańcy przeważnie przez większość życia byli bezrobotni albo pracowali na czarno, nie odprowadzali więc składek i byłoby pewną niesprawiedliwością, gdyby teraz bez kolejki, jako bezdomni, zajmowali w DPSach miejsce osób, dla których te placówki są dedykowane.

Wspomnieliśmy o tych wzorcach całkowitego oddania się pomocy dla bezdomnych – świętym Bracie Albercie i bracie Jerzym Marszałkowiczu. A jak to u Pana wygląda? Mówił Pan, że nie jest w stanie zaangażować się całkowicie w to dzieło, ale podejrzewam, że też nie jest to praca na 8 godzin dziennie, tylko służba wypełniająca większość czasu w ciągu dnia.

Jeżeli chodzi o brata Jerzego Marszałkowicza, to uzupełnię, że on ma już 84 lata i mieszka obecnie w schronisku w Bielicach. Zajmuje się tam między innymi wydawaniem leków, więc wciąż ma w Towarzystwie pewnie obowiązki i jest aktywny.

Co do mnie, to zacząłbym od tego, że od lutego 1981 roku byłem przewodniczącym NSZZ “Solidarność” w Zakładzie Automatyki Chemicznej “Metalchem” na Chorzowskiej. W stanie wojennym zostałem zwolniony i zacząłem szukać czegoś nowego. Miałem też wtedy czas, żeby bardziej zastanowić się nad sensem życia i moimi potrzebami wewnętrznymi. Zaowocowało to w 1988 roku stworzeniem tego koła. Zaczęło się od zebrania zorganizowanego przez Klub Inteligencji Katolickiej, który wówczas prowadził ś.p. ks. Herbert Hlubek. Głównym inicjatorem powstania Koła i jego pierwszym Prezesem był Roman Hofman. Ja od tego czasu zacząłem interesować się pracą na rzecz bezdomnych, ale z początku robiłem to czysto społecznie po godzinach pracy.

A co Pan robił w międzyczasie, pomiędzy zwolnieniem w stanie wojennym a przejściem do pracy w kole Towarzystwa Pomocy im. Świętego Brata Alberta?

W Metalchemie jednym z ważnych pracowników był były milicjant, który został później przewodniczącym Rady Pracowniczej. Miał on kontakt między innymi z szefową kadr w Ośrodku Badań i Rozwoju Urządzeń Mechanicznych (OBRUM), gdzie udało mu się załatwić mi pracę. Zajmowałem się tam projektowaniem układów elektrycznych do żurawi samojezdnych. On sam wyjechał jednak do Niemiec. Wydaje mi się, że wiedział za dużo na temat sytuacji w kraju, aby w nim zostać. Moim zdaniem to co wydarzyło się później, całe przemiany ustrojowe, w pewnym zakresie odbyły się pod kontrolą dawnej nomenklatury, która chciała uwłaszczyć się na majątku narodowym i to jej się udało. Natomiast to jest moja refleksja po latach. W tamtym czasie o tym nie myślałem.

W 1989 roku, gdy premierem został Tadeusz Mazowiecki, czułem wiatr zmian. Chciałem też zmienić coś w swoim życiu, nabrać nowych kompetencji i koniec końców zatrudniłem się w Urzędzie Skarbowym. Na ekonomi nie znałem się wówczas wcale, ale jako informatyk z wykształcenia zajmowałem się tworzeniem systemu przetwarzania danych. W związku z tym znakomicie poznałem specyfikę pracy urzędu, bo musiałem dotrzeć do każdego pokoju i do każdego pracownika, żeby dowiedzieć się, czym się konkretnie zajmują i jak to ująć organizacyjnie.

W tym okresie cały czas działał Pan już w Towarzystwie Pomocy im. Świętego Brata Alberta?

Tak. W 1992 roku mieliśmy tutaj w Towarzystwie poświęcenie nowego schroniska w Bojkowie, a od 1996 roku kierownik zaczął stopniowo niedomagać. Coraz częściej brał zwolnienia lekarskie, a nie miał nikogo, kto mógłby go zastąpić. Po namowach rozstałem się więc ze skarbówką i przeszedłem na etat do Towarzystwa jako kierownik schroniska. Ani się obejrzałem, a przeleciało dwadzieścia lat i w 2016 roku przeszedłem na emeryturę. Mimo to staram się tu nadal być przynajmniej trzy dni w tygodniu. Nie mogę tego wszystkiego tak po prostu zostawić, ale jednocześnie staram się usamodzielniać tutejszych pracowników. Nie wszystko jestem jednak w stanie im przekazać. W Towarzystwie pełnię między innymi, społecznie, rolę administratora systemu informatycznego i nie umię znaleźć nikogo, kto by mnie w tym wyręczył.

W praktyce praca w Towarzystwie to jest zajęcie całodobowe. Czasem niektóre problemy  trzeba po prostu przespać. Stres towarzyszy nam stale. Jest to chociażby związane z pozyskiwaniem środków na działalność, bo utrzymujemy się z wielu różnych źródeł finansowania. Część pieniędzy mamy od naszych beneficjentów – Ci, którzy mają jakieś dochody powinni partycypować w kosztach. Dalsze, zewnętrzne źródła finansowania, to środki z Ośrodka Pomocy Społecznej, z Urzędu Miejskiego, Urzędu Wojewódzkiego, Urzędu Marszałkowskiego, lub Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej. Możemy również pozyskiwać środki od fundacji czy z funduszy unijnych. Rocznie robi się z tego kilkanaście różnych dotacji, które trzeba później jeszcze rozliczyć, a to jest dużo trudniejsze, niż samo ich pozyskanie. Dopinanie budżetu, żeby były środki na wynagrodzenia dla dwudziestu zatrudnionych tutaj pracowników, to jest zawsze duży stres.

Pan sam udziela się w Towarzystwie już tylko społecznie. Co Pan robi z pozostałym wolnym czasem, którego nie spędza Pan w schronisku w Bojkowie?

Moja aktualna pasja to jest ogródek. Mamy z małżonką takie zamiłowanie do ogrodnictwa. Uprawiamy w sumie 400 m kw., które dostaliśmy po teściu. Zawsze jest tam więc coś do zrobienia. Ale też fascynuje mnie praca tutaj w schronisku i stałe ulepszanie naszych obiektów. To jest też solidna baza nieruchomości, bo działamy obecnie pod dziewięcioma różnymi adresami, a mieliśmy też placówki w Bojszowie czy Świętochłowicach. W międzyczasie utworzyliśmy kilka nowych kół, każde z własnymi lokalami. W każdym naszym budynku przebywa bardzo wiele osób, panuje pewna z góry założona ciasnota, co powoduje, że substancje mieszkaniowe szybko się zużywają i trzeba je często remontować, co również mnie mocno angażuje. Nie bez przyjemności zajmuję się ciągle tym wspomnianym systemem informatycznym, który też wymaga sporo pracy przy aktualizacjach. Te wszystkie zajęcia powodują, że moje codzienne stresy mają szansę znaleźć swoje ujście.