Andrzej Wawrzyczek, Magazyn eIMPERIUM:W tym roku obchodzimy 100-lecie polskiej niepodległości. Ale również 100 lat temu ta powstała na nowo po zaborach Polska przyznała swoim obywatelkom pełne prawa wyborcze. Dekret Marszałka Piłsudskiego potwierdzony później uchwałą Sejmu Konstytucyjnego to był finał wieloletnich zabiegów Polek, które jeszcze w czasach zaborów walczyły o swoje prawa. I co warto podkreślić, byliśmy jednym z pierwszych krajów w Europie, który zrównywał w tej kwestii prawa płci.

Małgorzata Tkacz-Janik: Polki już od czasów insurekcji kościuszkowskiej były bardzo zaangażowane w różnorodne ruchy niepodległościowe. Wyjątkowym przykładem są „Czarne Sukienki”, które po upadku powstania styczniowego do końca życia ubierały się w czerń. Drogi do niepodległości były dla kobiet uwarunkowane odmiennymi rozwiązaniami legislacyjnymi w trzech zaborach, ogromnym wpływem kościoła katolickiego i tym, do jakiej klasy społecznej należały. Bogate i średniozamożne ziemianki mogły najszybciej włączyć się do walki o niepodległość, często na równi z mężczyznami albo działali razem jak np. w przypadku ruchu Entuzjastów i Entuzjastek (1830-1850). Problemem dla kobiet często było jednak już samo zrzeszanie się. Od 1850 do 1907 roku było np. zakazane w zaborze pruskim. Zanim to nastąpiło sięgano po różne wybiegi, takie jak choćby zakładanie chórów, które stanowiły przykrywkę dla działalności patriotycznej, jakim było uczenie dzieci języka polskiego, czytanie wierszy, samopomoc.

Ostoją działań niepodległościowych były również polskie nauczycielki, znane wszystkim ze szkoły „siłaczki”. Pod płaszczykiem nauczania, także w języku zaborcy często prowadziły konspiracyjną działalność propolską.

Inny kierunek aktywizmu kobiecego na froncie niepodległościowym, to zakładanie pism i stowarzyszeń, co stało się możliwe w zaborze pruskim także po 1908 roku, ale w Galicji możliwe było wcześniej, gdzie już od 1895 roku (Lwów) ukazywał się radykalny „Ster” pod redakcją Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit, która łączyła tragiczną historię życiową z niebywałą charyzmą i wielkim talentem słowa. W Królestwie na wzmiankę zasługują „Bluszcz” i „Świt” Marii Konopnickiej. W Wielkopolsce szczególnym przykładem były „Warcianki”, stowarzyszenie założone formalnie przez mężczyznę, ale de facto prowadzone przez siostry Tułodzieckie, Anielę i Zofię. Aniela była znana kobietom na Górnym Śląsku, prawdopodobnie odwiedziła także Gliwice. Korespondowała z działającą tu bardzo aktywnie Janiną Omańkowską. Widziałam niedawno oryginały ich listów w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu. Wymieniały się, jakbyśmy to dziś powiedzieli „dobrymi praktykami” tworząc zręby prawa pracy dla kobiet, form samopomocy finansowej oraz wspomagania kobiet w wielu dziedzinach życia, na przykład w kwestiach organizacji opieki nad dziećmi.

W Galicji, gdzie – o czym wspomniałam – była najbardziej liberalna politycznie atmosfera w czasie zaborów powstawały nie tylko stowarzyszenia i pisma kobiece, ale można powiedzieć, że to właśnie tam mógł w sposób najbardziej ewolucyjny formować się polski feminizm na przełomie XIX i XX wieku. Jako ruch społeczny, intelektualny, ale także ponadnarodowy i ponadklasowy. Przekonywał, że kobiety nie powinny ograniczać się do pracy na rzecz swoich rodzin, ale włączać w działalność społeczną na rzecz niepodległości, a także wyzwolenia samych kobiet.

Andrzej Wawrzyczek: Skąd w kobietach przełomu XIX i XX wieku tyle zapału do walki o swoje prawa?

Ówczesne ruchy kobiecie miały bardzo mocną bazę polegającą na poczuciu głębokiego patriotyzmu. W wyniku kolejnych zrywów niepodległościowych kobiety przeżywały traumę utraty swoich rodzin i upadku dotychczasowego życia – nieobecność mężczyzn, załamanie się finansów rodzinnych, konieczność częstych przeprowadzek. Ta sytuacja naruszenia sfery prywatnej w konsekwencji pchała kobiety w kierunku sfery publicznej. Znamienne jest jednak to, że gdy po odzyskaniu niepodległości sfera publiczna się normalizuje, kobiety wycofują się z powrotem do sfery prywatnej. To powtarzalne w „zbiorowych czynach” kobiet. Uznały, że wywalczona niepodległość oraz prawa wyborcze będą już teraz zawsze działały niejako za nie same, a one mogą teraz spokojnie wrócić do pracy na rzecz domu i rodziny. Już ówczesne aktywistki np. w Wielkopolsce bardzo nad tym ubolewały. Demokracja nie jest stałym stanem skupienia w polityce, jest systemem wymagającym nieustannego współuczestnictwa. Jednak trzeba podkreślić, że to doświadczenie zbiorowe wynikające przede wszystkim z pobudek patriotycznych, które stało się udziałem wielu kobiet było iskrą, bez której pewnie nie zdecydowałyby się nigdy na działalność publiczną. Zresztą, nie tylko polityczną, bo część z tych kobiet chwyciła również za broń i brała czynny udział najpierw w powstaniu styczniowym, a później już niemal stale, mając udział i w spiskach bombowych (głównie działaczki PPS-u, w tym pierwsza pierwsza dama II RP, czyli druga żona Marszałka Aleksandra Piłsudska) oraz w działaniach wojennych i akcjach militarnych. Początkowo kobiety garnące się do walki były raczej napiętnowane. Tymczasem były coraz bardziej zorganizowane jak Liga Kobiet Pogotowia Wojennego (1913), czy Liga Kobiet Galicji i Śląska Cieszyńskiego. Ligi te połączyła ostatecznie Izabela Moszczeńska w 1924 roku dając początek jednej z najważniejszych organizacji kobiecych w historii Polski tj. Ligi Kobiet. Począwszy od wojny polsko-bolszewickiej w armii pojawiły się już regularne oddziały kobiece, a ich członkinie dosługiwały się stopni oficerskich. Osobna historia to tzw. dromaderki, które zajmowały się przemycaniem broni pod spódnicami. Wiele z nich działało również w czasie powstań śląskich, dostarczając sprzęt wojskowy z terenu Polski.

Podsumowując – Polki przygotowały się do „wzięcia sobie praw” jak namawiała Zofia Daszyńska-Golińska oraz do współuczestniczenia we współtworzeniu niepodległego, nowoczesnego państwa. Marszałek Piłsudski nie mógł tego zignorować.

Andrzej Wawrzyczek: W 1921 roku jedno z dużych spotkań kobiet miało również miejsce w niemieckich wówczas Gliwicach w budynku dzisiejszego Teatru Miejskiego.

Śląsk nie był pod zaborami. Ci, którzy byli niechętni polonizacji tego obszaru na przełomie XIX i XX wieku, mówili, że “to wszystko przez te Polki”. Działaczki przyjeżdżały z Galicji, z Wielkopolski, z dawnego Królestwa Polskiego i „siały ferment w śląskich umysłach”. Zawsze jak o tym opowiadam przypomina mi się takie zdanie – wypowiedziane chyba przez jednego ze znanych śląskich księży: “To arystokracja straciła Śląsk dla Polski, ale lud go odzyska”. I rzeczywiście tak to wyglądało, że ten oddolny ruch, który ciągnął wówczas do polskiej kultury i języka rekrutował się z niższych warstw społecznych. To byli robotnicy, górnicy, mieszkańcy małych miejscowości, wśród których pracowały jako nauczycielki Polki przybyłe wówczas na Śląsk.

Pierwsze polskie organizacje kobiecie na Śląsku pojawiły się już na przełomie XIX i XX wieku. Towarzystwo Kobiet zakładały Teodora Dąbkowa i Janina Omańkowska, które działały w Bytomiu. Aby jak najlepiej przygotować się do Plebiscytu Omańkowska wspólnie z zarządczyniami poszczególnych Towarzystw Polek zorganizowała Wielki Zjazd Zarządów Towarzystw Polek w styczniu 1921 roku w Gleiwitz, w którym według niektórych doniesień wzięło udział ok. 3 tys. Polek i Ślązaczek. Nawet, jeśli ta liczba jest przeszacowana sejmik ten był kapitalnie zorganizowany. Wzięli w nim udział m.in. wysłannik rządu II RP, ponadto Wojciech Korfanty, Józefa Szebeko, późniejsza senator II Rzeczpospolitej, a także posłanka Zofia Sokolnicka z Wielkopolski. Przybywające do Gliwic uczestniczki meldowały się w Komisariacie Plebiscytowym przy obecnej ulicy Zwycięstwa 59. Tam dostawały do podpisania zjazdowe dokumenty. To jest na swój sposób fascynujące, że już wtedy – wbrew być może powszechnej opinii – panowała tak wysoka kultura organizacyjna, działająca – co ważne – w warunkach tajności. Bo pamiętajmy, że delegatki ”w polskiej sprawie” przyjeżdżały do niemieckich wówczas Gliwic. Zjazd odbył się w restauracji Neue Welt, która dysponowała odpowiednią salą, czyli w obecnym Teatrze Miejskim. Puentą zjazdu było przedstawienie “Tadeusz Kościuszko pod Racławicami” a wcześniej przez trzy dni odbywało się coś w rodzaju szkolenia, na którym kobiety uczyły się, jak przeprowadzić swoje rodziny i sąsiadów przez Plebiscyt. Jakie dokumenty należy zgromadzić, do której z czterech kategorii obywatelstwa należy dana osoba w rodzinie lub wśród sąsiadów, czy jest poświadczenie zamieszkania – o tym wszystkim rozmawiały delegatki, informowały się, że z całą pewnością zostaną podstawione rzesze obywateli niemieckich, żeby zagłosować za drugą stronę, więc uczyły się też agitować za Polską.

Fakt, że tak niewiele wiadomo o tym zjeździe kobiet w Gliwicach pokazuje, że tak naprawdę niewiele wiemy o samym Plebiscycie i powstaniach oraz o udziale w nich kobiet, które były łączniczkami, agitatorkami, pracowały w szpitalach i w Czerwonym Krzyżu, a będąc harcerkami, czy członkiniami Towarzystwa Gimnastycznego “Sokół” (które miało paramilitarny charakter) „automatycznie” były w te działania bardzo zaangażowane..

To jest też ten problem, na który obecnie wiele kobiet zwraca uwagę, że historia pisana jest raczej przez pryzmat działań mężczyzn. Stąd też pojawiło się to promowane przez Panią słowo “herstoria” na określenie alternatywnej historii uwzględniającej kobiecy punkt widzenia.

To nie jest alternatywna, ale równoległa historia. “Herstoria” zwraca uwagę na nieobecność kobiet w historii. Ta nieobecność jest widoczna nie tylko w podręcznikach historii, czy opracowaniach edukacji regionalnej, ale także na wyciągnięcie ręki – niemal nie ma kobiecych nazwisk w nazwach ulic czy skwerów.

Tak się ostatnio złożyło, że w Gliwicach kilka kobiecych nazw, na przykład Hanki Sawickiej czy Wandy Wasilewskiej nie przetrwało procesu dekomunizacji. Czyli ilość żeńskich nazw jest jeszcze mniejsza, niż była. Ale to też pokazuje, że PRL przykładał do tej kobiecej historii większą miarę, niż czynimy to obecnie.

PRL udawał zaangażowanie w sprawy kobiet, ale na tym stwierdzeniu nie można poprzestać. Nie jestem specjalistką w tej materii, ale istnieje wiele ciekawych opracowań. Na przykład książka Małgorzaty Fidelis „Kobiety Komunizm i industrializacja w powojennej Polsce”, czy Shany Penn „Sekret Solidarności”. Ta ostatnia zajęła się mało znanymi historiami kobiet Solidarności. Dla mnie kwestia czy socjalizm był lepszy dla kobiet, niż jest kapitalizm też ma swoją nieopowiedzianą herstorię.

Nie wiem, czy cały PRL był lepszy, ale ówczesna propaganda bez wątpienia zauważała, że są w społeczeństwie kobiety, które również potrzebują idolek i te idolki zostały wówczas wykreowane.

Niewątpliwie w PRL-u, gdy na sztandarach niesiona była równość, to ta obecność w życiu publicznym wszystkich stron była nieodzowna. I ja się z tym elementem zgadzam, bo tak działają kwoty i parytety. Jeśli się wprowadza do sfery publicznej grupy mniejszościowe – bo parytety nie muszą się odnosić wyłącznie do kobiet – to sam ich udział tzw. „reprezentacja substancjalna” w życiu społecznym powoduje w konsekwencji zmiany polityczne, kulturowe i gospodarcze. Obecność w społeczeństwie mniejszości ma szansę trafić do masowej świadomości. Ludzie dowiadują się, jakie te mniejszości mają cele i oczekiwania, i zaczynają je uwzględniać.

Wracając jednak do herstorii, dla mnie istotne jest to, jak tamten system obszedł się z kobietami. Po II Wojnie Światowej, podobnie jak po pierwszej, brakowało rąk do pracy, więc kobiety były zaproszone do pracy również w kopalniach. Nikt się nie zastanawiał czy one mogą i powinny tam pracować. Do 1949 roku każdy kto nadawał się do pracy był brany pod uwagę i nikt nie patrzył na płeć. To pokazuje niezbicie, że kobiety są w stanie te wszystkie zajęcia wykonywać. Kobiety realizowały się wtedy zawodowo przy odbudowie miast i zakładów przemysłowych, w gospodarstwach rolnych. Wiele z nich przyjechało wtedy z wielkiej biedy, głodu, złego traktowania w nadziei na poprawę swego losu. Aspirowały do lepszego życia, przeżywały swoją własną emancypację. W hotelach robotniczych miały dostęp do wyższego standardu życia, miały własne pieniądze i mogły same o sobie decydować, także o własnej seksualności. W stosunku do warunków jakie miały wcześniej, to był dla wielu z nich niesamowity skok obyczajowy i cywilizacyjny. Od 49 roku, masowe zwolnienia w zakładach dotknęły głównie kobiet, jedynie słuszna „matka partia ” oddelegowała je skąd przyszły. Tak naprawdę władza odwróciła się od kobiet i odesłała je z powrotem do domów, gdzie spotykały się z ostracyzmem tych małych społeczności, były bowiem już bardziej wyzwolonymi kobietami i obywatelkami.

Uważam, że to była wielka krzywda, że dano im namiastkę wolności, a następnie z dnia na dzień jej pozbawiono. Wtedy okazało się, że partia zupełnie nie była zainteresowana udziałem kobiet w budowaniu tej nowej Polski. Także to, że socjalizm był zainteresowany zrównywaniem praw kobiet i mężczyzn to jest taki sam mit, jak te słynne traktorzystki, których w rzeczywistości była garstka, ale dzięki ówczesnej propagandzie utarło się przekonanie, że kobiety masowo tymi traktorami kierowały. A z kolei mało kto wie, że na czele pierwszych marszy głodowych w 1956 w Poznaniu stały kobiety. O tym się w ogóle nie mówi, a one najbardziej doświadczyły od roku 1949 ciężkiego losu, krzywdy i upokorzeń.

Mówimy tu troszeczkę w kontrze obecnie: kobiety kontra mężczyźni. Tak też się to tradycyjnie rozpatruje, że to z mężczyznami kobiety muszą walczyć o swoje równouprawnienie. Często jest jednak tak, że przeciwko przyznawaniu większych praw kobietom występują same kobiety. Na przykład w imię wyznawanych przez siebie tradycyjnych wartości odmawiają uznania reprodukcyjnych praw kobiet.

W okresie zaborów i międzywojennym też nie wszystkie kobiety były zainteresowane czymś więcej, niż tylko wywalczeniem niepodległości. Wręcz przeciwnie, ówczesne działaczki to w większości były patriotki i rozmodlone „Matki Polki”. Ja się z tego nie naśmiewam, ale podkreślam, że ta sufrażystowska mniejszość była bardzo potrzebna , aby poszerzyć świadomość, wykształcić się w feminizmie, ale przede wszystkim spotkać inne kobiety i „wytłumaczyć im świat na nowo”. Te, które się tym zajmowały dodawały do tego “pakietu patriotyczno-niepodległościowego” również inne postulaty kobiece. Dzisiaj zresztą jest podobnie. W dorocznej pielgrzymce do Piekar wzięły ponoć udział dziesiątki tysięcy kobiet, to jest wciąż więcej niż w „Czarnych Protestach” w województwie śląskim.

Jest symptomatyczne, że gdy w zeszłym roku Sejm głosował za ustanowieniem roku praw kobiet nie odbyło się to jednogłośnie. Na sali były kobiety, które zagłosowały przeciwko tej decyzji. Mężczyzn można jeszcze zrozumieć, mogą się tym czuć z jakiegoś powodu zagrożeni, ale kobiety działają same przeciwko sobie?

Nie. Kobiety będą się różnić w poglądach i działaniach politycznych, tak jak różnią się mężczyźni, tu płeć nie ma znaczenia. Co innego patriarchalny wzorzec kultury. „Stary jak świat”, wygodny dla mężczyzn, bo są u władzy, wygodny dla wielu kobiet, bo wygodnie jest poruszać się w obrębie stereotypów. To daje poczucie bezpieczeństwa, a ludzie kochają poczucie bezpieczeństwa. Kobiety mogą nie decydować się na feministyczny projekt, bo on wymaga odwagi, przełamania pewnych stereotypów – także w sobie – oraz konsekwencji. Myślę, że wiele kobiet cofa się z tej drogi, gdy zaczynają myśleć o konsekwencjach takiego działania.

A patriarchalizm bywa wygodny, bo zdejmuje z kobiet odpowiedzialność i konieczność jakby „dodatkowego działania”, a podkreślmy patriarchat i tak obciąża je w ogromnym stopniu. Dom i praca, a pensje i tak mniejsze. Wielu kobietom samo bycie kobietą i rodzenie dzieci wypełni całe życie – stąd jednoznacznie uważają, że za to należą im się od mężczyzn (ale także od państwa) pieniądze czy opieka.
I to jest fakt, ale wymaga systemowych rozwiązań uwzględniających i mężczyzn i kobiety, a nie 500+. Nie jest jednak łatwo wejść na inny poziom myślenia, że to, że jestem kobietą do niczego mnie szczególnie nie upoważnia i z niczego nie zwalnia. Płeć to nie przywilej. Płeć to płeć.

A u Pani kiedy pojawił się ten moment zebrania się na odwagę i wejścia w ten “feministyczny projekt”?

Nie wiedziałam długie lata, że jestem kimś kogo można nazwać feministką. To przyszło samo. Miałam znakomite wzory w rodzinie. Dobrze wykształconą matkę wykonującą wolny zawód lekarki. Zdobyłam też wykształcenie kierujące mnie w stronę wiedzy o społeczeństwie i o kulturze – o różnych kulturach. Dużo w swoim życiu zwiedzałam – przejechałam całą Europę autostopem, co też miało tutaj swoje znaczenie. Moim zdaniem perspektywa feministyczna, podobnie jak każda inna perspektywa humanistyczna, jest jednym z wielu oglądów tego, co zmierza do zrozumienia czym jest godność ludzka, a to niezbędne w relacji z innymi ludźmi, czyli także miedzy płciami.

Oczywiście, na tak zadane pytanie mogłabym odpowiedzieć, czy miałam traumatyczne przeżycia związane z relacjami damsko-męskimi, które spowodowały, że jestem „walczącą feministką”? Tak. Jako 11-letnia dziewczynka zostałam w centrum Gliwic zgwałcona. Byłam też grubą dziewczynką i stąd często bardzo ośmieszano mnie w szkole. Z drugiej strony głęboka wrażliwość ciągle pchała mnie niejako w sprzeciwie na to zło albo na manowce, albo do przodu, bo nie pozwalała pogodzić mi się z wieloma obowiązującymi schematami wewnątrz wspomnianej kultury opartej na męskiej dominacji .

Te wszystkie doświadczenia oczywiście miały swoje znaczenie, ale najważniejsza jest refleksja, która później nas w życiu prowadzi – albo do cynizmu i swoistej zemsty, albo do zrozumienia, że życie takie po prostu jest. Patriarchalna kultura odciska swoje trudne brzemię na mężczyznach i kobietach i dlatego warto próbować chociaż trochę ją zmienić. Nie chcę zgodzić się na to, żeby feminizm rozpatrywać tylko i wyłącznie z perspektywy kobiet i ich walki o większe prawa. Uważam, że feminizm jest nasz wspólny. Potrzebny nam dialog bez przemocy między płciami.

W tym szerokim pojmowaniu feminizmu wyszła też Pani poza samą walkę o równouprawnienie kobiet, w sferę chociażby ekologii. Mam tu na myśli partię Zieloni 2004, która Pani przez wiele lat współtworzyła.

To było dla mnie bezcenne doświadczenie, które nie mija, ale też powoduje opór przed „fałszywkami” Na przykład przed chwilowymi modami lub trendami, które najzwyczajniej pożerają prawdziwy zielony bunt i tzw,. Green Power. I nie ukrywajmy, że jest w tym wszystkim za dużo ekomarketingu, a za mało ekologii. Kobiety często dają się na to nabrać, eko-życie wg rad z kolorowych pisemek może być złudne i bardzo nie ekologiczne en bloc. Jednak kobiety, które sadziły drzewa w Afryce w pasie równikowym albo te, które zbierają śmieci w Brazylii lub są lub były zaangażowane przy innych akcjach, jak choćby w Polsce „Siostry rzeki” czy „Matki Polki na wyrębie”, to ma wielki sens, lokalny i globalny. Staram się wierzyć, że „ekotroska” kobiet wynika z rozbudowanej wrażliwości kobiecej, że to właśnie kobiety lepiej rozumieją, że tylko ocalona przyroda i ochrona środowiska zapewnią nam dalsze życie na Ziemi. Ja sama z przerażenie patrzyłam na to, co się działo w Puszczy Białowieskiej albo gdy niemal bez oporu obecnego rządu wdrażana była ustawa ministra Szyszki o wycince drzew czy nowa ustawa i przepisy umożliwiające developerem niemal samowolę w miastach. To tylko przykłady z ostatnich miesięcy, ale tak szczerze powiedziawszy, to nigdy nie byliśmy w awangardzie jeśli chodzi o ochronę przyrody. Może poza jednym momentem, gdy wpisaliśmy do obowiązującej obecnie konstytucji zapis o zrównoważonym rozwoju.

Ten zapis często pozostaje jednak tylko zapisem. Ludzie mają problem, żeby zdefiniować, czym jest zrównoważony rozwój. Ciężko więc egzekwować ten zapis.

Jeszcze żadna władza – ani lewica, ani prawica, ani centrum – nie sprawdziła się w Polsce jako państwowy czy samorządowy organ, który dba o środowisko. Wręcz, gdy wstąpiliśmy do Unii Europejskiej i zderzyliśmy się z zachodnimi normami ochrony przyrody, to większość naszych rodzimych patriarchów rządowych i samorządowych nadal kreci głową i powtarza “no oni to już przesadzają”. Oni? Jacy oni? Europa to my. Na szczęście samo społeczeństwo jest często mądrzejsze od władzy.

Ale to też jest znaczące, że na przykład w Niemczech Partia Zielonych była swego czasu bardzo dużą siłą – tworzyła rządową koalicję, miała swoich ministrów. A w Polsce od 14 lat nigdy tak naprawdę nie weszła do głównego nurtu.

Nie weszła i raczej szybko to się nie stanie, ale nieustannie trzymam kciuki za Zielonych. Ostatnio wielki powrót Zielonych w Niemczech, drobne sukcesy w Austrii pozwalają jednak mieć nadzieję. Z drugiej strony spójrzmy, ile wysiłku od aktywistów wymaga w Polsce walka o każdego psa trzymanego na wsi na łańcuchu. Jak się trzeba namęczyć, żeby ludzie segregowali śmieci i oszczędzali wodę. Jak bardzo jesteśmy oporni na sprzeciw obywatelski wobec zamiany prawa, które pozwala deweloperowi na przykład na wykarczowanie starej alei drzew. A do tego jeszcze cały pakiet obyczajowy, który niosą ze sobą Zieloni. Nie mam wątpliwości, że nie jesteśmy jeszcze na to gotowi. Że polskie społeczeństwo nie jest w koniecznej masie krytycznej na tym etapie rozwoju. My póki co zajmujemy się dyskutowaniem tak podstawowych spraw, jak trójpodział władzy. Wierzę jednak, że to kwestia czasu i że za chwilę jesteśmy będziemy gotowi na tę wrażliwość społeczną i kulturową, która jest niezbędna dla wdrożenia zielonego pakietu.

“Myśl globalnie, działaj lokalnie” – to jest hasło, które może Pani chyba uznać za swoje motto. Bo oprócz tych działań ogólnopolskich, o których mówimy, nie zapomina też Pani o swojej “małej ojczyźnie”.

Nie ukrywam, że projekty, które dotyczą praw człowieka albo praw kobiet, łatwiej mi podejmować poza Śląskiem. Często pracuję poza Gliwicami. Jednocześnie zawsze czułam potrzebę, żeby być obecną z bliskimi mi ideami tutaj na miejscu i sposobem na to było współzakładanie partii Zielonych na Śląsku oraz mój bar wegetariański. Jako zielona polityczka odniosłam sukces zasiadając w ławach Sejmiku Śląskiego. A „Ajntopf”? Byłam z niego bardzo dumna. To, że było tam wege-jedzenie to jedno, ale odbywały się też liczne spotkania, a na parapecie obok siebie leżały i „Jaskółka Śląska” Ruchu Autonomii Śląska i “Replika” – pismo osób LGBT. Taka mała tęcza nad rzeką, nad rzeką Kłodnicą w Gliwicach.

Cztery lata temu ubiegała się Pani także o fotel prezydenta Gliwic. No właśnie, prezydenta czy prezydentki? Bo to też jest oddzielna dyskusja, czy stanowiska i zawody należy odmieniać przez rodzaje męskie i żeńskie?

Wiele kobiet się na to krzywi. Nie chcą być “dyrektorkami”, bo to być może brzmi mniej poważnie, niż “dyrektorzy”. Ale jeżeli będziemy przez najbliższe 20 lat używać słowa “dyrektorka” to przestanie ono peszyć kogokolwiek. Nie będziemy już dłużej słyszeć w nim tego zdrobnienia, tylko będzie to zupełnie zwyczajne słowo. Ludzie często zapominają, że język ma swój rytm i jest odbiciem zmian w rzeczywistości. Jeżeli nie było sto lat temu studentek, to później pierwsze studentki miały z tym problem, jak dzisiaj naukowczynie, czy pilotki. Tak samo śmiano się niedawno z „ministry”. A w okresie międzywojennym nikogo to nie śmieszyło. Były wówczas doktorki i profesorki oczywistą oczywistością. Polszczyzna się zmienia, bo my się zmieniamy. Niedawno Polka została oblatywaczem odrzutowców, a właściwie oblatywaczką i czy tego chcemy czy nie, jest ona właśnie pilotką. I to też wkrótce przestanie kogokolwiek dziwić, a tym bardziej śmieszyć.

Wróćmy do prezydentury w Gliwicach. To była jednorazowa próba, czy myśli Pani o ponownym starcie w przyszłości?

Myślę, że to był bardzo dobry pomysł. Władze samorządowe powinny się zmieniać, jestem za kadencyjnością, co innego specjaliści różnych dziedzin. Na przykład architekt, czy konserwator miejski. Ponoć nie należy nigdy mówić nigdy. Ale najgorsza ówczesna decyzja polegała moim zdaniem na tym, że poszliśmy do wyborów w dwa obywatelskie komitety – nasz „Gliwice to MY” i Dariusza Jezierskiego. Nasze zsumowane głosy byłyby bardzo blisko czwartego miejsca, zaraz po Platformie Obywatelskiej, to była większa szansa na wprowadzenie radnych, bo jednak system D’Hondta jest nieubłagany i zgubny dla małych komitetów. Nie mam jednak wątpliwości, że trzeba wciąż takie obywatelskie wysiłki podejmować. Na tym polega demokracja. Jest to trud, nakład energetyczny i finansowy, ale po prostu trzeba to robić. W tym roku rekordowa ilość kobiet wzięła udział w wyborach. Koleżanka sprawdziła, jak wygląda reprezentacja kobiet we wszystkich miastach na prawach powiatu (mamy ich 66). Kobiety stanowiły wśród kandydatów 46%, tyle ich też było na listach Koalicji Obywatelskiej, SLD Lewica Razem i PSL-u, PiS miał 43% kandydatek. Wśród wybranych radnych miast na prawach powiatu kobiety stanowią 26,54%. Najlepszy wynik uzyskały 3 miasta: Warszawa (46,66%), Poznań (44,11%) i Koszalin (40%). W Białej Podlaskiej w 23-osobowej radzie miasta jest tylko 1 radna (Anna Korolczuk z PiS), w Ostrołęce (23 mandaty) i Bielsku-Białej (25 mandatów) są w radach miast 2 radne. W 18 miastach reprezentacja kobiet w radzie wynosi już ponad 30%, w 14 miastach – poniżej 20%. Gliwice, raczej na końcu listy wciąż aspirują z zaledwie 20% reprezentacją kobiet. Wszystko przed nami.

Małgorzata Tkacz-Janik kulturoznawczyni, polityczka, feministka.