Andrzej Wawrzyczek,  magazyn eIMPERIUM: Spotykamy się we francuskiej restauracji? Ma Pani sentyment do Francji albo francuskiej kuchni? Skąd taki wybór?

Karo Glazer, kompozytorka i wokalistka jazova: Po prostu lubię to miejsce, lubię tu przychodzić. Ale mam też pewien sentyment do Paryża. Mój tata był architektem i gdy byłam jeszcze dzieckiem często mnie tam zabierał. Współprojektował między innymi słynne centrum La Villette. Poza tym mój niedoszły teść również był Francuzem, więc sporo czasu spędziłam też na południu Francji w Perpignan. Poza tym lubię koloryt i tę różnorodność, charakterystyczną dla Francji.

Andrzej Wawrzyczek,  magazyn eIMPERIUM: A sentyment do Gliwic? Tu się Pani urodziła i wychowała, ale obecnie na co dzień żyje Pani gdzie indziej.

Karo Glazer, kompozytorka i wokalistka jazova:  Aktualnie rzadko bywam w Gliwicach. Przyjeżdżam tu w zasadzie tylko do mojej mamy. Ale oczywiście, że mam sentyment do mojego rodzinnego miasta. Tutaj śpiewałam pierwsze jamy, tutaj chodziłam do szkoły, tutaj też z jednej szkoły mnie wyrzucili, tu są nadal niektórzy moi przyjaciele. Sentyment więc jest i zawsze będzie. Ale ja z natury jestem kosmopolitką, więc z zasady nie przywiązuję się do miejsc.

Karo Glazer w obiektywie Gochy Michalik:

Andrzej Wawrzyczek: O to właśnie chciałem zapytać, bo czytając różne notki prasowe, czy nawet oglądając Pani teledyski rzuca się w oczy ta różnorodność miejsc, w których Pani bywa – a to Warszawa, a to Nowy Jork, za chwilę Los Angeles

Karo Glazer: …bo ja po trzech dniach czuję się świetnie wszędzie.

Obywatelka świata – jak to się zwykło mówić?

Dokładnie, i tak jest mi dobrze. Jak jestem za długo w jednym miejscu to po prostu zaczynam źle funkcjonować. Gdybym miała zdefiniować, czym jest dla mnie “dom”, to zawsze będzie to miejsce, gdzie mieszka moja mama. Na święta najczęściej przyjeżdżam więc do Gliwic. Pozytywnie odbieram to jak to miasto zmienia się na plus. Dzwoniła do mnie niedawno koleżanka, redaktorka z Radia Lublin, że jedzie do “tego mojego miasta” na koncert zespołu Bokanté “w jakiejś Arenie”. Pomyślałem, że jak zespół Bokanté na jedyny koncert w Polsce wybiera Gliwice to znaczy, że jest świetnie.

Ale jednak pojawił się kiedyś ten moment, że w Gliwicach było już za duszno i trzeba było szukać dla siebie miejsca gdzie indziej.

Ale mnie generalnie jest za dusznow wielu miejscach. To jest myślę kwestia tego, czego oczekujemy od życia. Ja w przeciwieństwie do większości ludzi wcale nie marzę o tym, żeby wybudować dom, mieć cudownego męża oraz gromadkę pięciorga dzieci i czterech psów. Jak ktoś stawia sobie za cel takie ustatkowanie, to ja nie mam oczywiście nic przeciwko, ale mnie osobiście to zupełnie nie pasuje. Ja wolę życie w walizce.

Czyli podróż jako styl życia, a niekonieczne sposób na dotarcie do jakiegoś celu?

Podobno wszystkiego trzeba w życiu spróbować, więc stabilizacji też spróbowałam. Miałam dom w Szkocji i starałam się być perfekcyjną gospodynią. Nawet z nie najgorszym skutkiem, ale jednocześnie czułam, że to nie jestem ja. To co ja robię, projekty które podejmuję w różnych miejscach, wymagają ode mnie mobilności. Ale to też nie jest tak, że ktoś mnie do tego zmusza. Ja to najzwyczajniej w świecie lubię. Wiem, że to dla wielu osób może być szokujące – szczególnie dla kobiet brzmi to bardzo dziwnie – ale taka właśnie jestem i to mi daje energię.

Ale w tym całym zabieganiu po “salonach świata” znajduje Pani jednocześnie czas, żeby właśnie wracać do Gliwic. Nie tylko do domu rodzinnego, ale też zawodowo. Także o ten sentyment pytałem nieco retorycznie, wiedząc, że ostatnio można było Pani posłuchać na przykład na nowej płycie Skorupa.

Bo Skorup jest moim kolegą z dzieciństwa. Jak miałabym odmówić człowiekowi, z którym bawiłam się w piaskownicy i jeździłam na wakacje? Poza tym robi świetne rzeczy z Jaz Brothers i dobrze mi się z nimi pracowało. Dla mnie nie ma znaczenia z kim gram. Nie przywiązuję się do nazwisk, Człowiek jest najważniejszy. Jeśli dobrze mi się z nim pracuje, to wchodzę w to w całości. Ważne, żeby była dobra energia i żeby stworzyć coś fajnego.

Karo Glazer w obiektywie Anny Miki:

Podsumowując, w życiu cechuje Panią pewna niechęć do stabilizacji…

Nie, to nie jest niechęć. Czym w ogóle jest stabilizacja? Nie jestem na pewno osobą, która fruwa w obłokach i nie ma nic poukładanego. Tam gdzie mam być poukładana, tam jestem poukładana. Biznesowo, na przykład, jestem bardzo poukładana. Po prostu nie dążę do kotwic.

Dobrze, zatem w życiu cechuje Panią niechęć do kotwic i zawodowo też zabiera się Pani za projekty z zupełnie różnych stron. Takie skakanie z kwiatka na kwiatek, a nie że jeden zespół albo stała grupa muzyków, płyta i życie od koncertu do koncertu.

Nie no, mam też stałą grupę muzyków, z którymi lubię grać, i którzy towarzyszą mi od wielu lat. To wynika z różnych kolei losu. Ale życie jest za fajne żeby zajmować się tylko jedną rzeczą. Ostatnio zaczęłam współpracować z tancerzami. Bardzo lubię wychodzić ze swoich pudełek, ze swojej strefy komfortu. Mam w sumie taką jedną zasadę – jeżeli jeszcze czegoś nie próbowałam, a ktoś wierzy, że świetnie się do tego nadaje, to chcę tego spróbować. Dlaczego miałabym się ograniczać? Daje mi to sporą frajdę! Uwielbiam przekraczać samą siebie… pokonywać swoje kompleksy. To dziwne, ale lubię wkładać w to co robię dużo pracy. Najlepiej to widać po tym jak często zmieniam gatunki muzyczne. Ostatnio od Jaz Brothers sporo nauczyłam się na przykład o polskim hip-hopie. A jeszcze wcześniej pracowałam nad rockowym projektem z Andrzejem Nowakiem, liderem legendarnego TSA. Lubię mieszać. Zawsze tak było. Warto się uczyć od kolegów. W przeszłości współpracowałam już z raperami – na przykład z Andym Ninvallem, amerykańskim raperem, który w Polsce koncertował ostatnio z Michałem Urbaniakiem. Jednak zarówno on jak i cała amerykańska scena hip-hopu to zupełnie inna historia, niż to co zobaczyłam w Polsce. To są dwa zupełnie różne światy. I to też jest fajne, bo ja się od tych młokosów, dwudziestoletnich “ziomali”z Gliwic, bardzo dużo uczę. Nie chcę się w życiu zatrzymać. Nie mam poczucia, że już coś zrobiłam. Raczej, że wszystko dopiero zaczynam i nie chcę tego zmieniać, bo dzięki temu cały czas jestem głodna, cały czas mam ochotę robić projekty, które są fajne. Wydaje mi się, że jestem trochę jak dziecko, ale jeśli chce się być muzykiem, to powinno się być właśnie takim dzieciakiem. Robić rzeczy, które kocham i mam odwagę je robić, Mogę kogoś nawet szokować, ale nie robię tego dlatego, żeby być kontrowersyjną… po prostu to robię… mam odwagę i chęć tak żyć, Nie umiem inaczej, bo to leży w mojej naturze.

A jak na ten Pani sposób bycia reagują inni?

Często się spotykam z opiniami, że mam takie fajne życie, że sobie latam, że nie mam tych wszystkich przyziemnych problemów. Owszem, ale to jest mój świadomy wybór, że nie chcę ich mieć. To jest przejaw mojej odpowiedzialności. Gdybym miała dzieci, to na pewno nie mogłabym tak żyć, bo wtedy chciałaby być naprawdę dobrą mamą i dać tym dzieciom to, co ja dostałam od moich rodziców. Więc mój styl życia to świadoma decyzja. W życiu nie można mieć wszystkiego, trzeba się tego nauczyć. W związku z tym świadomie dokonuje wyborów co jest dla mnie dobre, a co nie… co daje mi energię, a co ją wysysa. To czysta kalkulacja. Trzeba zastanowić się na spokojnie w czym jesteśmy naprawdę dobrzy i temu się poświęcić. Ja najlepiej w życiu energetyzuję innych. Lubię zachęcać ludzi do tego, żeby robili w życiu swoje… żeby sięgali gwiazd. To jest mocno związane z moją filozofią bycia. Jako artystka mam szansę mówić o rzeczach, o których inni głośno nie mówią. Wiele osób chce coś wyrazić, ale bardzo często boi się albo wstydzi to zrobić. W piosenkach mogę dotykać problemów, które nie są do końca łatwe, ale mam swoją licencja poetica, która pozwala mi o tych rzeczach mówić. Mogę więc głośno i świadomie wyrażać swoje zdanie i tym dodawać otuchy innym.To jest dla mnie bardzo ważne. Nie śpiewam dla siebie, śpiewam dla ludzi i do ludzi. Ostatnio bardziej na pewno do kobiet, bo pragnę je ośmielić do bycia sobą. Zaważyłam prawdziwy problem wśród polskich kobiet, które siedzą cicho i tylko przytakują, zamiast powiedzieć głośno co tak naprawdę myślą. To smutne i przerażające jak często kobiety godzą się na wiele nieprzyjemności i upokorzeń w Polsce. Mężczyźni też, ale to rzadsze, Po prostu nie jesteśmy asertywni i boimy się głośno sprzeciwić niesprawiedliwości. W moich nowych utworach o tym mówię. Powtarzam też to stale moim uczniom. Chcę by pamiętali, że śpiewanie i muzyka to nie jest sposób na robienie kariery, ale styl życia. I albo w to wejdziesz i od rana do wieczora to robisz, albo nie. Okrutne, ale prawdziwe. Muzyka jest bezwzględną kochanką. Jeśli naprawdę jej się oddasz i poświęcisz, to ona da ci naprawdę dużo, bo jest wierna. Ale jeśli potraktujesz ją na zasadzie, że wpadasz na chwilę i wypadasz, oczekując, że ona będzie na ciebie czekać z miłością, to się rozczarujesz. Tak więc w moim żuciu wykorzystuję możliwości jakie mam i staram się budzić świadomość – nie tylko muzyczną. Chodzi o świadomość chwili, którą się żyje. Nie rozumiem ludzi, którzy stale tylko siedzą w telefonach komórkowych i są wszędzie indziej, zamiast żyć tu i teraz. Siedzimy teraz w cafejce i robimy wywiad. Chcę to celebrować… tę rozmowę, tę herbatę i oczywiście tę muzykę, która leci w tle, bo takie mam skrzywienie zawodowe, że analizuje wszystko co słyszę. Chodzi o to, żeby każda chwila była tu i teraz. Jak jestem na scenie to jestem tu i teraz. Jak uczę – jestem tu i teraz. I nigdy nie robię dziesięciu rzeczy na raz. I tu dochodzimy do tego paradoksu, że żeby być takim wolnym ptakiem, który lata to tu, to tam, trzeba być jednocześnie perfekcyjnie zorganizowanym. W każdej chwili muszę wiedzieć co, gdzie i kiedy, i mieć to idealnie poukładane. Częściowo pilnuję tego sama, a częściowo pomaga mi moja menadżerka, ale zasadniczo w tym szaleństwie jest metoda. Ale nie może być inaczej. Jeśli się wchodzi w zawód artystyczny, to właśnie nie można tego traktować jako zawodu. To jest powołanie. I ja tak właśnie traktuję muzykę – jak powołanie. Zawsze zresztą powtarzam, że to nie ja wybrałam muzykę, ale ona mnie, bo ja miałam zupełnie inne plany na życie.

No właśnie, bo pierwsze były studia na Wydziale Architektury. Także zamiłowanie do muzyki to jest jedna tradycja rodzinna, a architektura – druga.

Rzeczywiście, skończyłam architekturę na Politechnice Śląskiej. Ale to nawet nie ma aż takiego znaczenia, czy to będzie muzyka, czy architektura, czy malarstwo – bo też miałam momenty, że chciałam zostać malarką. Jako nastolatka chodziłam tutaj niedaleko rynku do prof. Ludmiły Kowalskiej, która uczyła rysunku i to była bardzo ważna postać w moim życiu. Ona była zresztą taka, jak ja. Nauczyła mnie, że jak jesteś artystą, to nie ma miejsca na kompromisy. Chciałam też być projektantką mody – nadal to lubię, bo ja generalnie jestem estetką. Ale doszłam do tego, że jedna rzecz łączy te wszystkie dziedziny mojego życia – kreowanie. Uwielbiam kreować i wiem, że mój mózg tego potrzebuje. Nie jestem takim typem wokalistki, która przychodzi do jakiegoś projektu i wszystko ma już gotowe, podane na tacy i ma tylko zaśpiewać. Nienawidzę tego i unikam takich projektów. Raz na jakiś czas zdarza mi się coś takiego zrobić, ale za każdym razem mam po tym kaca moralnego. Są dziewczyny, które się w takim trybie pracy super odnajdują i świetnie, że są, bo to nie moja bajka. Powinny to robić, a ja powinnam poświęcać się kreowaniu muzyki. Ale wracając do wcześniejszej myśli – nieważne, czy to jest architektura, muzyka czy malarstwo. Zasady które rządzą kompozycją i estetyką w każdej dziedzinie są takie same. Jeżeli więc mam świadomość czym jest kompozycja w architekturze, czym jest rytm, czym jest linia i co to znaczy dominanta, to to wszystko w muzyce, w filmie i w innych sztukach tak samo funkcjonuje. Jest coś takiego, jak krzywa wrażeń. Świętej pamięci prof. Pfützner – bardzo ważna dla mnie postać – na pierwszych zajęciach uczył nas właśnie o krzywej wrażeń w architekturze. Jakie są moje odczucia, gdy wchodzę do budynku, jak się czuję w tej przestrzeni – dobrze, czy źle. Czy jestem przerażona, czy czuję się komfortowo? I to samo jest w muzyce. Jak słyszę nową piosenkę, to czy od razu mam trzęsienie ziemi, czy czuję spokój, a może radość? To też jest właśnie krzywa wrażeń. Więc te wszystkie zasady, których uczył mnie prof. Pfützner i mój tato o kompozycji w architekturze, można przenieść świadomie do kompozycji malarskiej, muzycznej czy jakiejkolwiek innej. Teraz bez kompleksów wchodzę więc też w świat filmu. Dostaję pierwsze role aktorskie i ponoć nie jestem zupełnie drewniana, ponoć umiem się wczuć. Zaczęłam też tańczyć. Mój przyjaciel Alexey Torgunakov z Teatru Bolshoi tworzy dla mnie niesamowite choreografie i wszyscy się dziwią: “jak to, jazzowa laska i ty tu będziesz teraz tańczyła?” A ja mówię: “tak”. Ponieważ piszę w tej chwili muzykę do tańca i wiem, że to byłaby hipokryzja, gdybym żądała od innych tańczenia, podczas gdy ja sama nie tańczę. Uważam, że jeśli w coś wchodzisz to rób to świadomie. Dwa lata temu nie umiałam tańczyć, chociaż chodziłam tutaj w Gliwicach przez wiele lat do szkoły baletowej, ale to zmieniłam i teraz tańczę. Nie muszę być w tym najlepsza. Mam być na to otwarta i to przeżyć. W zgodzie z moją zasadą, że tam mnie jeszcze nie było, więc to zrobię.

Więc gdzie jeszcze Pani nie było? Są jeszcze jakieś ogródki, gdzie nie wrzucała Pani swoich przysłowiowych kamyczków?

Teraz idę w zupełnie nową stronę muzycznie. Ciągnie mnie coraz bardziej w kierunku popu, czyli czegoś, w czym też zupełnie mnie nie było. I nagle się okazuje, że skomponowanie piosenki jest trudniejsze, niż skomponowanie standardu jazzowego. Bo ona musi mieć radiową długość 3 minuty i 20 sekund i w tym czasie trzeba zawrzeć wszystkie elementy: solówkę, nośny refren, dobrą frazę, dobry groove. To wszystko razem musi współgrać, żeby ludzie powiedzieli: “Wow!” Bo w popie albo coś kręci, albo nie kręci i tutaj nie ma intelektualnego przeniesienia. To jest takie pudełko, do którego kiedyś absolutnie nie chciałam wejść, ale w Londynie się w tym zakochałam i teraz mnie to pochłania.

Jak to się więc zaczęło z tym popem?

Mam bardzo dobrego kolegę w Hiszpanii. Ma na imię Robert, jest Amerykaninem i agentem rockowym – jednym z największych w kraju. Poleciałam do niego do Barcelony akurat w dniu koncertu Chicka Corea. Robert zaprosił mnie na ekskluzywny jam, mówiąc, że będzie tam Chick i jego band. Pojechaliśmy więc na jam do słynnego Ritza, gdzie okazało się, że to nie jest jam jazzowy tylko rockandrollowy. I nie gra się tam Stella by Starlight” tylko “Knockinon Heavens Door”, “Proud Marry” i “Hey Joe”, czyli to na czym ja wyrastałam. Dobrze znałam te kawałki, ale nie śpiewałam ich od miliona lat. Robert wypchnął mnie na scenę i zaśpiewałam stare, dobre piosenki. Była moc. Przypomniałam sobie siebie, gdy miałam naście lat i w Gliwicach nazywali mnie Janis. Po wszystkim rozpromieniony Robert podchodzi do mnie i mówi: “Girl, youre dynamite!” [„Dziewczyno, jesteś jak dynamit!” – tłum. AW] Myślę sobie, fajnie, że mu się podobało. A on na to: “Why someone, who can rock sings pussy music like jazz?” [“Dlaczego ktoś, kto ma takiego pazura śpiewa taką nudną muzykę, jak jazz” – tłum. AW] To dało mi do myślenia. W tym zdaniu była kwintesencja wszystkiego. Bardzo zresztą cenię sobie opinie takich ludzi, którzy są z zewnątrz, z zupełnie innej świadomości. Robert w ogóle ma argentyńskie korzenie, amerykański paszport, wychowywał się w Londynie, a obecnie mieszka właśnie w Barcelonie. To są tacy ludzie jak ja, z którymi się bardzo dobrze dogaduję. Więc miał rację i pomyślałam, że czemu by do tego nie wrócić? Zaraz się zresztą pojawili inni producenci, którzy też zaczęli mnie zachęcać do tej ścieżki. Poza tym zmęczyłam się w pewnym momencie jazzem, a właściwie jazzową publicznością. Jest taka przeintelektualizowana, smutna, zamknięta…

Hermetyczna też trochę…

A ja taka nie jestem. I nawet jak piszę piosenki jazzowe to podkreślam, że to są piosenki, a nie jazz. Także spodobało mi się wyjście z jazzowego pudełka. Potem zrozumiałam, że pójście w stronę popu wcale nie oznacza, że muszę rezygnować z tego, czego nauczyłam się w jazzie. Na przykład Jamie Cullum, mój ukochany artysta, jest i jazzowy, i popowy, i trochę rockowy. I ja też taka jestem. Wolę grać dla młodych ludzi, a nie dla starszej generacji, która nie zawsze kupi to, co ja robię. Ta historia nauczyła mnie, żeby zawsze być otwartą na nowe doświadczenia i tą otwartością staram się też zarażać innych. Docierać do nich z przekazem, że nigdy nie jest za późno, żeby coś zmienić w swoim życiu, żeby podążać za marzeniami, zrobić coś zupełnie po raz pierwszy. Przeraża mnie to, jak ludzie potrafią zamykać się w tych swoich pudełkach, w rolach w które wpakowali się sami, albo wpakował ich w nie ktoś inny, a oni przyjęli je tak mocno, że boją się już nawet coś zmienić.

A pudełko pod tytułem “starość”, że ktoś jest już za stary, żeby próbować czegoś nowego to już jest całkiem przytłaczające. Choć z drugiej strony lubimy historie o DJ Wice, która po siedemdziesiątce zaczęła rozkręcać imprezy taneczne w klubach.

Lubimy, ale patrzymy na nią jak na dziwoląga. To jest niestety bardzo – bym powiedziała – polskie. Na przykład w Stanach Zjednoczonych mentalność jest zupełnie inna. Pamiętam, jak raz jechałam przez Los Angeles pięknym, czerwonym Mustangiem, o jakim zawsze marzyłam, aż tu nagle wyprzedza mnie również czerwone Porsche, które prowadziła kobieta, która na bank miała przeszło osiemdziesiąt lat. Pomyślałam wtedy, że ja taka właśnie chcę być. Chcę mieć osiemdziesiąt lat i pędzić moim Jaguarem po Pacific Coast Highway z pełnym przekonaniem, że nadal jestem królową. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby każdy miał być taki, jak ja, to ten świat byłby trochę trudny. Trzeba jednak zawsze pamiętać, że życie jest ograniczone, że my kiedyś umrzemy. Życie nie jest wieczne, więc jak masz siedzieć na kanapie i oglądać z nudów na YouTube głupie filmiki, to lepiej wstać i zrobić je samemu, a potem wpuścić do sieci. Przecież też możesz być super youtuberem. Tylko musisz zrobić ten pierwszy krok i zacząć działać. Ale czasem mam wrażenie, że wiele osób woli opowiadać o marzeniach, niż faktycznie zaryzykować ich spełnienie… bo jak się próbuje, to przecież zawsze może się nie udać, a wtedy to będzie porażka. Łatwiej jest później opowiadać, że się miało marzenie, niż to faktycznie je zrealizować.  

Rewitalizacja Elektrociepłowni Szombierki to jest projekt, w którym ma Pani szansę połączyć te wszystkie swoje pasje: architekturę, muzykę i również taniec, bo w końcu Bytom to śląska stolica tańca.

Tak jest, ale nie mogę do końca o tym opowiadać. Taką mamy przyjętą politykę informacyjną. Z mojej strony mogę powiedzieć, że to jest dla mnie projekt-marzenie. To nie jest zadanie na rok, czy na dwa lata, ale na conajmniej dziesięć. Oczywiście na tym etapie ja nie jestem ani inżynierem, ani bizneswoman, która może coś praktycznego do tego projektu wnieść. Ja jestem jedynie tą osobą, która znowu zaraziła innych swoim pomysłem, że można się tym zająć. Mój przyjaciel Piotr Szwimer ten pomysł podłapał i realizuje.

Skąd zatem pomysł, żeby w ogóle się tym zająć? Rewitalizacja śląskich ikon poprzemysłowych to nie jest łatwa rzecz.

To jest hołd dla mojego nieżyjącego taty, który był architektem, a ten projekt to jest połączenie wszystkiego, czego mnie w życiu nauczył i dlatego jest dla mnie tak ważny. Mój tata był absolutnie oddany temu co robił, czyli był takim architektem, jak ja muzykiem – z powołania. Był zawsze niesamowicie cierpliwy na budowach, ze swoimi studentami mógł rozmawiać o architekturze niemal bez przerwy, a jednocześnie zarażał wszystkich swoim uśmiechem i pasją. I ten projekt jest właśnie o tym, żeby zarażać innych pasją do działania. Nawet bez wyznaczenia jednego kierunku, bo mój brat dla odmiany jest naukowcem – biologiem molekularnym i też robi zwariowane rzeczy. Na co dzień mieszka w Szkocji, pracuje nad wizjonerskim projektem walki z nadwagą, a po godzinach prowadzi portal odkłamujący naukowe mity “Ciekawostki o Poranku”. I moje, i jego sukcesy to jest właśnie nasz tata, który zawsze zachęcał nas do tego, żebyśmy wychodzili poza schematy. Nie zapomnę, jak byłam dzieckiem i siedzieliśmy z moim tatą, a on wziął zegarek i pokazywał nam Wstęgę Möbiusa. To był właśnie on – zawsze nam udowadniał, że wszystko może wyglądać w jeden sposób, a za chwilę może wygląda zupełnie inaczej. I robienie takich dużych projektów to jest właśnie chęć pokazania, że może być inaczej. Gdybym miała dzieci to pewnie chciałabym przekazać im to samo. Ale że ich nie mam, to przekazuję tę dobrą energię ludziom, których spotykam na swojej drodze. Żeby mieli odwagę wyjść ze swojego schematu i zobaczyć, że może być inaczej, niż jest.

Szczególną okazją do inspirowania innych są, jak rozumiem, treningi wokalne, które Pani prowadzi z młodymi adeptami śpiewu.  

Kocham uczyć, ale nie jestem typem nauczycielki. Na moich zajęciach panuje partnerstwo, To rewolucyjna metoda. Ja przekazuje młodszym swoją wiedzę i doświadczenie, a oni w zamian dzielą się swoją energią i pomysłami. To bezcenne. Uczę ich “wolności”, czyli umiejętności dokonywania każdego dnia świadomych wyborów. Uczenie w dużej mierze na tym właśnie polega. Trzeba prowadzić ucznia, jednocześnie nie wskazując mu kierunku. To inspirujące dla obu stron. Zawsze też powtarzam moim studentom, że mają się uczyć nie tylko u mnie, ale szukać też innych nauczycieli, bo warto poznać wiele różnych punktów widzenia i na ich podstawie zbudować sobie własny światopogląd. Aktualnie mam bardzo dużo różnych warsztatów i właściwie to mogłabym uczyć bez przerwy, dlatego staram się to mimo wszystko ograniczać, żeby mieć czas na swoją muzykę. Ale to też jest kwestia tej dobrej organizacji pracy, o której już rozmawialiśmy. To ona pozwala mi to wszystko zgrabnie połączyć. Tym bardziej, że to też nie jest tak, że ja siadam do pianina i od razu mam natchnienie i piszę nową piosenkę. Ono przychodzi niespodziewanie. Dzisiaj rano przyszła mi do głowy pewna melodia, którą od razu nagrałam. Ale to dopiero początek. Potem przychodzi cała ciężka praca, o której artyści też nie bardzo chcą słyszeć, czyli rozbudowanie tego pierwotnego pomysłu, który stanowi może pięć procent utworu do gotowej piosenki. Miałam kiedyś też takie warsztaty z songwritingu i uczyłam ludzi pisać piosenki. Im się wydawało, że to jest jak pstryknąć palcami – samo się stanie. A prawda jest zupełnie inna. Napisanie piosenki to jest bardzo długi proces. To wymaga nie tylko zacięcia artystycznego, ale również dużej dozy logicznego myślenia. No i kluczowa jest dyscyplina. Tego uczę moich uczniów. Ciekawe…to nie do wyobrażenia, jak bardzo zdyscyplinowanymi ludźmi są artyści.

Czytaj i oglądaj grudniowe wydanie Magazynu eIMPERIUM!